Z Kanciapy MSG #9

28/07/2016

Powracam po krótkiej przerwie spowodowanej „nicością” w klubie z Nowego Jorku. Od czasu opisania wstępnego składu Knicks w poprzedniej Kanciapie – nie działo się za wiele w moim ukochanym klubie. Zanim zaczniecie ciskać we mnie gromy za to, że utrata Langstona Gallowaya jest niczym wiedzcie, że noszę żałobę razem z Wami i bardzo przeżywam jego odejście. Nie chcę na nowo rozdrapywać świeżych ran. Oby rodzinne bagna Luizjany były dla niego szczodre i w nękanych kontuzjami Pelikanach odnalazł stałe minuty w rotacji.

Można jeszcze krótko wspomnieć no nowych nabytkach. Przybyłych ze starego kontynentu Hernangomezie oraz Kuzminskasie którzy już stoczyli ze sobą bój w swoich reprezentacjach narodowych przed IO w Rio. O powrocie za minimum dla weterana tego, którego imienia nie wolno wymieniać. O spóźnionym o rok kontrakcie dla Maurice’a N’Doura oraz Brandonie Jenningsie, który w rok postara się powrócić na świecznik NBA – tylko tym razem od tej dobrej strony.

Wszystko to jest fajne i nakręca mnie jeszcze bardziej na nowy sezon ale najpierw zajmę się newsem ostatnich dni. Amar’e Stoudemire podpisał jednodniowy kontrakt z Knicks, by zaraz ogłosić koniec swojej kariery. Szalone, ale w tym wszystkim jest jakaś metoda.

Kiedy w 2010 cały świat wstrzymywał oddech w napięciu śledząc „Decyzję” LeBrona Jamesa – Knicks również stanęli w konkury o względu monarchy. Kiedy ten wybrał przeniesienie swoich talentów do South Beach, James Dolan postanowił działać by jakoś rozruszać swoją organizację. Na pokładzie miał już Mike’a D’Antoniego który razem z Amar’e oraz Stevem Nashem zrobili z Suns jedną z najgorętszych drużyn w lidze. Zatem skoro miało się jeden element układanki to za drugi trzeba było zapłacić 100 mln dolarów płatnych w 5 lat. Zarząd Knicks zdecydował się na taki krok pomimo doniesień (Suns dawało mu tylko 3 lata gwarantowane a pozostałe 3 miały być uzależnione od jego stanu zdrowia) o problemach STATa z kolanami. Drużyna potrzebowała kopa w zad i obecność Stoudemire’a miała być tego początkiem.

Sam zawodnik kiedy ogłoszono podpisanie kontraktu wypowiedział sławetne:

„The Knicks Are Back”

I od pierwszych meczy nie można było wetknąć mu tych słów na powrót do gardła. Grał jak przystało na gwiazdę i w połączeniu z ofensywą Mike’a D. oraz wsparciem pomocników w postaci Wilsona Chandlera oraz chociażby Danilo Gallinariego był jednym z kandydatów do nagrody MVP. Wówczas w sezonie notował statystyki na poziomie: 25.3 punktów, 8.2 zbiórek, 2.6 asysty, 1.9 bloku dodając do tego 50% z gry. Przez 54 mecze to on był tym „Niksem” który wyrwał ospałą organizację z marazmu i dał powód do dumy kibicom w MSG.

Knicks wrócili i kopali innym dupy!

Lecz parafrazując słowa piosenki Perfectu: James Dolan czujny był jak szczur i sypał proch do kilku dziur. Wymusił trade Carmelo Anthony’ego z Denver do Nowego Jorku oddając za to ogromnie dużo talentu i picków. Obydwie strony mogły poczekać i ubić muchę w kiblu w lato, ale zniecierpliwienie dało o sobie znać. Tak o to Melo z miejsca stał się bohaterem nr 1 w NY, a Amar’e zszedł na drugi plan.

Tutaj pozwolę sobie trochę wyhamować.

Teraz w internecie pojawiła się fala artykułów o tym jaki to STAT był pokrzywdzony przez los i osłabiony przez kontuzje. Jak to Melo, Tyson Chandler czy nawet J.R Smith zabrali mu błysk reflektorów i pozycję tego pierwszego w drużynie. Jak ten godził się na to wszystko w milczeniu i z pokorą godził się ze swoim losem i nowymi kontuzjami.

Wszystko to jest prawda, ale moim zdaniem zbytnio rozdmuchana na potrzeby godnego odejścia gracza, który teraz powinien wychodzić ze swoich najlepszych lat i stawać się przydatnym weteranem. Mówimy dobrze, albo wcale. Ale czemu? Przecież tylko odwiesił buty na kołku. Przynajmniej w NBA, bo chodzą plotki o chęci gry dla jednego z Izraelskich zespołów którego jest współwłaścicielem. Stoudemire od czasu jak dowiedział się o posiadaniu w swoim drzewie genealogicznym Izraelskich korzeni bardzo zafascynował się tą kulturą. Często jeździł do Izraela i okolic by studiować i analizować wszystko co było z tym związane.

Ale wracając do tematu.

Ma dopiero 33 lata i już postanowił zakończyć karierę z powodu kontuzji. Rok temu grał dla Miami Heat, ale nie zdobył sobie zaufania pana z przetłuszczonymi włosami, który grał nim po 15 min w meczu ze słabym skutkiem. Chodziły słuchy o chęci powrotu do Suns, ale ci mają już 15 osób w składzie a w roli menora oraz „Starego człowieka który jeszcze może” figuruje tam Tyson Chandler i radzi sobie dobrze.

W naszym kraju utarło się powiedzenie: „mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna” czy jakoś tak. Ja z premedytacją odwracam je w przypadku opisywanego gracza i chcę pamiętać jego pierwszy sezon w Knicks kiedy to wyrwał drużynę ze snu i jako pierwszy dał sygnał do ataku*. Nie chce pamiętać następnych lat w trykocie Knicks pełnych nadziej na powrót w dobrej formie i zdrowiu.

Wiele osób mówi, że Nowy Jork to specyficzne miasto i trudno jest tam wytrzymać presję. Zwłaszcza kiedy jesteś jednym z najlepiej opłacanych koszykarzy w tym mieście a dzień w dzień siedzisz w garniturze na ławce rezerwowych. Masz wówczas sporo wolnego czasu do wykorzystania w Mieście Które Nigdy Nie Śpi. Zaczęło się od kąpieli w winie, które miały zregenerować jego ciało. Później przyszła kolej na własną kolekcję ubrań, gotowanie, pisanie książek dla dzieci, filantropię, udział w wydarzeniach kulturalnych oraz nagą sesję dla ESPN Magazine. Można powiedzieć, że poza boiskiem był człowiekiem poszukującym nowych doznań i bardzo ciekawym świata.

Jednak kiedy zdrowie pozwalało wybiec na parkiet nie był już tym samym zawodnikiem, który rozpoczął rewolucję w Knicks. Zatracił praktycznie wszystko co robiło z niego przydatnego gracza. Presja i frustracja rosła. Mam przypominać drugi mecz z Miami w PO 2012 i jego pojedynek bokserski z gaśnicą po porażce?

Jednak w baku zostało mu jeszcze trochę paliwa i kiedy pojawiła się okazja do wykupu kontraktu nie wahał się ani chwili. Tutaj trochę jestem na niego zły, gdyż wyglądało to tak jakby tylko czekał na tą okazję. Poniżej znajdziecie krótkie opowiadanie, które powstało wczoraj kiedy dowiedziałem się o całym zamieszaniu z jednodniowym kontraktem. Ma ono zabarwienie humorystyczne i fanów wszystkich występujących tam postaci ostrzegam przed tym już teraz by później nie czytać komentarzy urażonych kibiców…

— OPOWIADANIE O ZABARWIENIU HUMORYSTYCZNYM JAK TO AMAR’E D”ŻYŁ DO WYKUPU KONTRAKTU —

Derek Fisher idąc korytarzem MSG był bardzo zamyślony. Jego wyobraźnia krążyła pomiędzy cycami żony Matta Barnesa, a nadchodzącym starciem z OKC. Zostawił drużynę na rozgrzewce pod okiem Kurta Rambisa i udał się do swojego biura po notatki odnośnie meczu z Thunder, ale bimbały jego kochanki nie dawały mu spokoju. Nagle do jego uszu dotarł ogromny lament dochodzący ze schowka na gaśnice oddalonego kilka metrów od wyjścia z sali treningowej. Niezłomny zajrzał do środka i ujrzał tam Amar’e ubranego w dresy treningowe, skulonego w pozycji embrionalnej, który leżąc w kałuży własnych łez kwilił niczym mała świnka:

– Oj jak boli!, oj jak boli!, oj jak boli!, ooooooooooj jak boli!
– Amare co Ci jest? – Zapytał wystraszony Fisher
– Nic trenerze. Strasznie mnie boli i nie wiem czy zagram dziś w meczu, oooooj jak boli – wyskiełczał Amar’e
– Ale co cię boli? – dociekał szkoleniowiec
– NO BOLI MNIE TRENERZEEEEEEEEE, OJ JAK TO BOLIIIIIII NIECH PRZESTANIEEEEEEEE
– no nic – jak boli to nic nie poradzisz. Załóż garnitur i usiądź przy linii bocznej. Któryś z chłopaków przejmie twoje minuty.
– Och! Dziękuję trenerze! Już mi trochę lepiej, ale dalej boli.

Fisher zostawił zawodnika samego i powrócił do rozmyślań. Umysł Dereka wypchną starcie z Thunder z kręgu najważniejszych tematów i zajął się w 100% krągłościami Glorii. Kiedy pospiesznym krokiem skręcił za róg zamykając za sobą drzwi od korytarza, Amar’e płynnym ruchem wstał z ziemi. Z kieszeni wyjął małą, pustą butelkę po wodzie której zawartość rozlał wokół siebie imitując kałużę łez. Zgniótł ją w jednym ręku, po czym wyrzucił do kosza oznaczonego jako „plastik”. Z uśmiechem na twarzy udał się do szatni, gdzie przebrał się w jeden ze swoich garniturów i na smartfonie sprawdził stan swojego konta. Ta czynność była jego rutyną od czasu podpisania kontraktu z Knicks. Tych kilka ruchów palcem na nowym iPhonie zawsze wprawiało go w błogi nastrój. Uśmiech zagościł na jego twarzy i mimicznym ruchem uderzył się w kolano otwartą ręką tak jak to robiły postacie na starych kreskówkach, które oglądał podczas kąpieli w winie. Odpicowany udał się do stołówki by zjeść kanapkę z tuńczykiem.

Nie wiedział jednak, że w mroku była skryta pewna postać, która obserwowała go bacznie od kilku dni i śledziła każdy jego krok. Około dwumetrowa, barczysta sylwetka skąpana w ciemności w skupieniu analizowała jego zachowanie w ostatnim czasie. W pewnym momencie indywiduum uśmiechnęło się i przez ułamek sekundy było widać biel jego zębów oraz z powodu nagłego poruszenia głową nikłe, blade dochodzące z korytarza światło załamało się w jego okularach. Następnie tajemniczy osobnik szybko wycofał się tyłem i zniknął w morkach korytarzy koszykarskiej mekki.

Amar’e przesiedział kolejne 4 spotkania na ławce. Po przegranym meczu z Bostonem zbił piątki z kolegami z drużyny przybierając smutną minę nr 4. Melo dwoił się i troił na parkiecie. Jose dołożył 17 punktów, a grający w pierwszej piątce Jason Smith otarł się o double-double. Z ławki wspomagał ich „nowy” Lance Thomas oraz grający drugi sezon Tim Hardaway. Pocieszył chłopaków, pozdrowił kumpli z Bostonu i udał się na odprawę po meczową. Wysłuchał ociężałego przemówienia Fishera o porażce, który dwa razy nieświadomie powiedział słowo „Cyc” zamiast „nic”. „Cyc się nie stało chłopaki”

STAT pożegnał się z kolegami z klubu i udał się do podziemnego garażu, gdzie zaparkowany był jego samochód. Za wycieraczką jego żółtego Lamborghini była wsadzona koperta. Amar’e rozejrzał się dookoła jednak nie zauważył nic podejrzanego. Wyjął kopertę zza wycieraczki. Była cała biała, a na samym środku było odręcznie napisane „Otwórz mnie”. Zawodnik nie rozpoznał charakteru pisma. Postąpił zgodnie z instrukcjami i ostrożnie otworzył kopertę.

W środku była karta papieru na której tym samym charakterem pisma było napisane:

„Interesuje się Tobą kilka drużyn z czołówki ligi. Nie zmarnuj tej szansy

                                                                                              ŻYCZLIWY”

Na Amar’e zstąpiła światłość. Nie dla tego, że nad jego samochodem zadziałała druga fotokomórka, która bardziej doświetliła całe miejsce do parkowania, ale w jego umyśle również pojawiła się żarówka. Do przerwy na ASG zostały 4 spotkania. To wystarczająca ilość czasu by pokazać, że potrafi grać w kosza i stanie się kąskiem dla drużyn chcących się wzmocnić przed PO. W pośpiechu wsiadł do swojego samochodu i z piskiem opon ruszył do apartamentu, w którym już czekała na niego kąpiel w winie.

Stojąca za filarem tajemnicza postać zaśmiała się cicho po czym skryła się w objęciach mroku.

Nazajutrz Amar’e pełen werwy i chęci do działania pojawił się na treningu.

– Już ok Amar’e? Już cię nie boli to co tam wtedy cię bolało? Zapytał zdziwiony Fisher

– Już wszystko wróciło do normy trenerze i mogę grać! – odparł STAT

– Cieszy mnie to, ale i tak będziesz grać w ograniczonej ilości minut

– Ok, byle bym powąchał trochę parkietu i mógł pomóc chłopakom coś wygrać!

Następne 4 mecze przed ASG Knicks przegrali. Stoudemire spędzał na parkiecie średnio 17 min notując 10 punktów, 5 zbiórek oraz prawie 2 asysty. Nawet zaczął grać w obronie. Wszystko to robił wchodząc z ławki. Prasa pisała o rezurekcji i powrocie. Bardzo cieszyło to gracza, który już nie mógł doczekać się okienka transferowego.

Po ostatnim gwizdku meczu z Orlando podszedł do niego Steve Mills i powiedział, że właściciel chce się z nim widzieć w hotelu gdzie zameldowani są gracze. Amar’e nawet się nie wykapał tylko pobiegł się przebrać i sprintem udał się do lobby hotelowego gdzie czekali na niego właściciel drużyny – James Dolan – oraz wspomniany Mills. Zaproponowali mu wykup kontraktu (o którym nie chciał wcześniej słyszeć). Zdyszany zawodnik z marszu podpisał dokumenty, podał ręce obydwu panom i szczęśliwy wrócił prędko do hali mając nadzieję, że jeszcze złapie kilku dziennikarzy, którzy będą mogli podać dalej wieść, że znowu jest wolny i czeka na propozycje.

Amar’e zobaczył dwóch dziennikarzy ESPN, którzy ćmili sobie fajkę przed halą. Rozmawiali o tym jaki to Jason Smith rzucił 25 punktów i na głos wymyślali „sources” które miały być związane z kontuzjowanym Melo i jego frustracją z powodu kolejnej porażki. Dopadł ich kiedy petowali resztki Marlboro pod podeszwami swoich robionych na zamówienie butów z włoskiej skóry.

– JESTEM WOLNY! – krzyczał Amar’e – wykupili mój kontrakt i mogę teraz podpisać z kim chcę i za ile chcę!

Dziennikarze z miejsca wyrzucili do kosza notatki o tym jak Smith mówił, że jest szczęśliwy grając w Knicks i że może się pokazać z jak najlepszej strony i zaczęli notować każde słowo STATa z taką zawziętością, że zapomnieli o dyktafonach spoczywających w kieszeniach ich marynarek.

Całe zajście przed halą obserwował tajemniczy osobnik z okna swojego pokoju. Okna apartamentu nr 11 umiejscowione były na wprost „punktu spotkań” lub „palarni” jak kto woli – dziennikarzy i kiedy tylko usłyszał krzyk Amar’e podbiegł do okna i z uwagą śledził rozwój wydarzeń. Kiedy skupisko pismaków wokół byłego już gracza Knicks powiększało się i spijało każde słowo z jego ust – zasłonił zasłony i podszedł do stolika na którym stała karafka Japońskiej Whisky.

W pokoju panował półmrok, i jednym źródłem światła były świece zapachowe i kadzidła. Było to wbrew przepisom BHP hotelu, jednak on miał specjalne względy i zawsze wyłączano dla niego czujnik dymu. Nalał sobie solidną porcję trunku i podszedł do starego sekretarzyka. Usiadł w skórzanym fotelu, jedną ręką włączył małą lampkę która idealnie oświetlała środek mebla, a drugą ręką odłożył szklankę na blat. Rozejrzał się po pokoju jakby czegoś szukał. Obok lampki leżał pilot do małej wieży Hi-Fi. Mężczyzna palcem uzbrojonym w masywny, złoty pierścień nacisnął na pilocie przycisk „Play” i z głośników poleciało zapauzowane wcześniej „Not To Touch The Earth” zespołu „The Doors”. Z szuflady wyjął papierową teczkę opisaną „#ŁotyszMVP”. Otworzył ją stronie gdzie ostatnio skończył czytać. Za zakładkę służyły mu indiańskie paciorki nawleczone na włosie jednorożca. Przynajmniej on w to wierzył, że były to włoscy tego mitycznego stworzenia. Zakładkę dostał dawno temu od swojego dilera razem z zamówieniem kwasu. Była to tak naprawdę nić dentystyczna na którą ktoś nawinął jakieś korale, jednak dla niego był to święty amulet.

Uniósł szklankę z whisky do ust i pociągnął solidny łyk. Kiedy trunek zaprzyjaźnił się ze ściankami jego szyi, a Jim Morrison wypowiadał sławetną kwestię „I am The Lizard King. I Can do Anything” na jego twarzy pojawił się bardzo szeroki uśmiech.

Uśmiech człowieka, który zawsze jest kilka kroków przed innymi i jest gotowy na każdy scenariusz…

— KONIEC —

Mam nadzieję, że się podobało. Co złego to nie ja i do następnego!

* To o czym pisałem znakomicie podkreślają jego słowa jakie wypowiedział w podziękowaniu za możliwość zakończenia przygody z NBA jako gracz Knicks.

„Chciałem podziękować Panu Dolanowi, Philowi (Jacksonowi) oraz Steve’mu (Millsowi) za podpisanie mnie bym mógł oficjalnie przejść na emeryturę jako New York Knick”

Kontynuuje dalej:

„Przybyłem do Nowego Jorku w 2010 by pomóc w odbudowaniu tej marki i to staraliśmy się robić. Carmelo (Anthony), Phil oraz Steve kontynuowali to zadanie i patrząc na ich tegoroczne wzmocnienia drużyna ponowie wydaje się kandydatem do gry w PO. Przez całą swoją karierę zwiedziłem różne miejsca w tym kraju, jednak moje serce na zawsze pozostanie w „Wielkim Jabłku”. Once a Knicks, Always a Knick”

Ja również dziękuję Ci Amar’e za walkę i pierwszy sezon w Knicks, którym wlałeś nadzieje w serca kibiców i poruszyłeś kamyk, który zapoczątkował lawinę zmian w klubie, który od dawna potrzebował przewietrzenia…

Kopiuj link do schowka