Z Kanciapy MSG #4

28/05/2016

Dzień dobry wieczór się z Państwem.

Piszę do Was leżąc na swoim składanym łóżku w mojej kanciapie. Nie doszedłem jeszcze do siebie po ostatniej imprezie jaką rodzina Knicks zgotowała po ogłoszeniu wieści o zmianie trenera. Pana Mietka nie ma od 3 dni w pracy. Podobno wziął chorobowe, a sądząc po ilości alkoholu jaką w siebie wpompował nie wróci do poniedziałku.

Ale nie martwcie się o mnie. Koło mojego barłogu na kulawym taboreciku stoi duża butelka coli. Ten najbardziej znany napój na świecie nafaszerowany kofeiną i różnej maści chemią ma na mnie zbawcze działanie podczas „syndromu dnia poprzedniego”. Mało tego! Robię się odrobinę głodny, a to zawsze dobrze rokuje.

Zanim pójdę wrzucić coś na ruszt podzielę się z Wami pewnym przemyśleniem. I nie będzie ono o trenerze. O nie…

Jeszcze żadne tajemne uściski dłoni nie zostały wymienione, a podpisy krwią na cyrografach nie zostały złożone w kwestii formalnego zakontraktowania Jeffa jako nowego trenera. Zatem czekamy na to co przyniesie nam najbliższy tydzień, gdyż wówczas wszystko powinno być już jasne.

Na razie sen z powiek spędzają mi 2 osoby, które jeszczepozostają w składzie Knicks. Są to Arron Afflalo oraz Derrick Williams. Obydwaj podpisali przyzwoite kontrakty na dwa lata, z opcją zawodnika na drugi sezon. Mogą pozostać w składzie i zgarnąć łatwe pieniądze, lub mogą podziękować Philowi za współpracę i pomachać chusteczką na pożegnanie MSG i dumnie wkroczyć na rynek wolnych agentów czekając na deszcz pieniędzy.

Arron jest obrażony na cały świat za to jak Kurt Rambis traktował go w drugiej części sezonu. Swoją drogą gdyby ktoś mnie wprowadzał z ławki, a w pierwszym składzie dziarsko hasałby Sasha V. to też by mnie krew zalewała. Nie wiem co by się teraz musiało stać i ile wiklinowych bransoletek by to kosztowało Jacksona by Afflalo pozostał w składzie. Pisząc jak płatni mistrzowie pióra w naszym kraju: Arron jest „done” w Nowym Jorku. Jego odejście z Wielkiego Jabłka szacuję na 90%. Na rynku wolnych agentów będzie bieda i to może być szansa na syty czek od innego zespołu. Płakać za nim nie będę, ale gdyby został to też będzie dobrze. Po pierwsze: jest sprawdzony i pomimo ogromnej nieregularności w ataku daje swoje w obronie. Po drugie: jego pozostanie może zabezpieczyć Knicks przed przepłaceniem jakiegoś kasztana na pozycji rzucającego obrońcy.

Drugi gagatek to niezła zagadka. Już po pierwszym swoim sezonie nazywano go bustem i wskazywano mu kierunek na Chiny. Wybrała go Minnesota z drugim numerem w drafcie 2011. Uwierzyli w młodego skrzydłowego, który na uniwersytecie Arizona notował (na ostatnim roku) średnie na poziomie: 19.5 punktów, 8.3 zbiórek, 1.1 asysty i 1 przechwyt na mecz. Spędzał średnio 30 minut na boisku i trafiał ze skutecznością 59%, a zza łuku notował magiczne 56%. Narody przed nim uklękły, tak jak zarząd Leśnych Wilków. Do spółki z Hiszpańskim cudownym dzieckiem Rickym Rubio, grającym pierwsze skrzypce Kevinem Love oraz próbującym ratować twarz Michaelem Beasley’em miał odbudować potęgę Minnesoty w lidze.

Spoiler: nie wszyło

Pierwszy sezon wchodził głównie z ławki. Rick Adelman nie miał przekonania do debiutanta. Dlatego jego średnie nie powalały: 8.8 punktu oraz 4.7 zbiórki na mecz. Jak na drugi numer draftu szału nie było. Do tego wszystkiego doszedł brak obrony i już wieszczono mu naukę jedzenia pałeczkami. Drugi sezon w mroźniej Minnesocie przyniósł mały postęp. Z powodu kontuzji Kevina Love’a – Williams dostał więcej minut, a co za tym idzie możliwości gry w pierwszym składzie. ?rednie podskoczyły do 12 punktów i 5.5 zbiórek, jednak niesmak i smród drugiego wyboru pozostał. Trzeci sezon to tylko 11 meczy w barwach Wolves. Drużyna oddała go do Sacramento za Luca Mbah a Moute nie uroniwszy nawet łezki smutku czy tęsknoty.

Nowa drużyna i nowy start. Wydawało się to pięknym prezentem od losu dla Derricka. W Sacramento od razu kazali mu grać na niskim skrzydle i pozostawić masowanie się pod koszem silniejszym od siebie. I tak 9 grudnia w meczu przeciwko Dallas rzucił swój ówczesny rekord kariery – 31 punków. Widać było poprawę w jego grze i to, że swobodnie czuje się w atakowaniu kosza na pełnej szybkości, niż poukładanym systemie Adelmana. Biedak nacieszył się rolą startera tylko przez 7 spotkań. Notował wówczas solidne 12.9 punktu oraz 5.4 zbiórek. Włodarze sprowadzili z Toronto Rudy’ego Gaya i dzień dziecka dla Williamsa dobiegł końca. Ostatni sezon przezimował na ławce gdzie dano mu do zrozumienia, że nie ma czego dalej szukać w stolicy Kalifornii.

Tak o to pomocną dłoń pachnącą szałwią i olejkami eterycznymi wyciągnął do niego Phil Jackson, który szukał niespełnionego talentu na ławkę Knicks.

Derrick jest w żargonie koszykarskim określany mianem „Tweenera” – czyli gracza mogącego grać na dwóch pozycjach – teoretycznie bez spadku jakości. W przypadku Derricka są to obydwa skrzydła. „Dwa w jednym” to kiedyś były dobre szampony do włosów, a nie koszykarze. Nie ma obrony (chociaż czasami potrafi ustać na nogach), źle zbiera (jak na swoje warunki fizyczne) i często ma problem z regularnością w ataku. 0.7 to średnia asyst przez całą jego karierę, więc piłką dzielić też się nie lubi. Przechwyty i bloki to jeszcze mniejsze cyfry po przecinku nawet w ukochanej przez wielu statystyce PER36, która jest dla mnie tak użyteczna jak pokrowce na telefon przypinane do paska lub spodnie rurki robione na „mężczyzn”.

Więc co się stało, że Jax dał mu szansę? Pewnie ujęła go smutna historia zawodnika. Chciał zapewne by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ten skryty talent w końcu z poczwarki przeistoczył się w motyla. Dodatkowo za takie pieniądze (4,4 mln dolarów za pierwszy rok i 4,5 mln dolarów za drugi) można było sobie pozwolić na eksperymenty. Gracz z ławki do napędzania kontr jak znalazł. Tylko jakich kontr skoro same „trójkąty”?

Na samym początku sezonu próbowano wsadzić Derricka w ramy „triangle offense”. Chłopak dusił się nieprzyjemnie jako kołek stojący gdzieś w rogu boiska. Kiedy piłka do niego docierała nie do końca wiedział w jaki „wierzchołek” ma teraz zostać oddana. Zauważył to Fisher i dał mu jasno do zrozumienia: jak złapiesz piłkę w obronie to biegnij jak szalony do kontry i urywaj obręcze. W ataku ścinaj pod kosz i szukaj okazji do odebrania podania na 6 piętrze. Uwolniony ze statycznego ataku Derrick został małą iskierką z ławki. 34 mecze zakończył ze zdobyczą ponad 10 punktów. Już słyszę te śmiechy, że to nie lada wyczyn dla drugiego wyboru w drafcie, ale za takie pieniądze to czysty zysk dla klubu.

Dlatego mam nadzieję na to, że pozostanie w Knicks. Jego szybkość, energia, atletyzm i zamiłowanie do widowiskowego kończenia nad obręczą jest stworzone do systemu jaki ma wprowadzić Jeff. Razem z Grantem mogą stworzyć fajny duet w kontrze i liczę na dużo akcji dwójkowych do tych panów. Sądzę, że pod Wodzem „Wytartym Policzkiem” Williams rozegra najlepszy sezon w swojej karierze (o ile zostanie w Knicks) i nie wstydzę się tego napisać. Z chęcią rozliczę się z tych słów po sezonie. Pójdę nawet o krok dalej i wspomnę, że upatruje w nim kogoś na miarę Geralda Greena z sezonu 2013-2014 z tą różnicą, że o wiele lepszego.

Czy mam rację? O tym przekonamy się już prawie za rok. Ja na razie wstaję z mojego legowiska i idę coś zjeść.

Poniżej mała namiastka tego co możemy zobaczyć w wykonaniu Derricka w nadchodzącym sezonie:

P.s: Dla wszystkich podnieconych kasą jaką dostanie Bismack Biyombo w nadchodzącym lecie pozdrowienia przesyła Derrick i jego sprężyny w nogach:

P.S 2: Ksywa Williamsa to „D-Thrill” a nie „D-Will”. Ten drugi to oszukany przez okrutny los rozgrywający Dallas. Pamiętacie te kłótnie o to kto jest lepszym zawodnikiem: Chris Paul czy Deron Williams? To były czasy…

Smacznego i do następnego!

Kopiuj link do schowka