Z kanciapy MSG #3

24/05/2016

Nie będę kłamać. Nie wiem która to mogła być godzina kiedy to nastąpiło. Obudził manie ogłuszający hałas, feeria barw i mnóstwo słów wykrzykiwanych w pijackim amoku.

Ale po kolei.

?rodek nocy. Zatem śpię sobie smacznie na rozkładanym łóżku polowym w mojej kanciapie. Owe łoże zdobyłem z pomocą pana Miecia w demobilu amerykańskiej armii. Nie chciałem ichniejszych poduszek, koców, prześcieradeł czy grubej kołdry pamiętającej jeszcze wojnę w Wietnamie, która pachniała dymem i takim bliżej nie określonym, słodkim aromatem. Wszystko to miało się znaleźć dla mnie kiedy tylko dotaszczymy to łóżko do piwnicy MSG. Konserwator rodem z Polski zapewniał mnie, że potrzebny mi jest tylko ten składany cud techniki. Jak się pewnie domyślacie z obietnic nic nie wyszło i musiałem improwizować by załatwić sobie wygodne spanie. Obiecaną „wyprawkę” ukradł Frank Isola, kiedy uciekał przed widłami i pochodniami rozzłoszczonych kibiców Knicks. Plotka głosi, że zatrzymał się na pewien czas u ?ółwi Ninja, jednak i ci wykopali go ze swojego legowiska kiedy to z fanatycznym uporem zaczął przekonywać ich do porzucenia pizzy na rzecz spaghetti.

Pod głową miałem ułożony stos świeżo upranych ręczników. Tego akurat było pod dostatkiem. Za prześcieradło służyła mi płachta z logo Knicks, którą od czasu do czasu występowała w roli głównej podczas pokazów w przerwie spotkań. Pod tym prześcieradłem miałem ułożoną warstwę z gąbczastych paluchów, które można nabyć w trakcie meczu by pokazać wsparcie drużynie. Idealnie amortyzują wystające sprężyny z cudownego wypoczynku amerykańskiego wojska. Kołdrę symulowały spodenki Eddy’a Curry’ego. ?miejcie się, ale złożone na pół i zeszyte na kształt śpiwora spełniają swoje zadanie idealnie. Są trochę za duże, ale w zimę ta dodatkowa warstwa materiału chroni mnie przed hipotermią.

No więc śpię sobie jak dzieciątko Jezus, aż tu nagle skobelek z drzwi został wyłamany z ogromną siłą. Do środka wdarła się bliżej nie określona postać ubrana w masywne robocze buty, rozpięte i bezwładnie dyndające niebieskie ogrodniczki. Od pasa w górę osobnik był nagi. Jego tors pokrywały gęste kępy kruczoczarnych włosów oraz ogromna ilość brokatu wymieszana z konfetti. Na szyi dyndał złoty łańcuch do którego był przymocowany masywny klucz. W ustach miał tlące się cygaro, a na głowie papierową czapkę jaką rozdaje się dzieciom na urodzinach. Zataczając się wpadł na plastikowe pudełka z koszulkami Landry’ego Fieldsa i głośno jękną:

– Przemkuuuuuu! Przemkuuuuuu!!!! Ała!! Pomóż mi!!

Z początku myślałem, że w końcu ziścił się mój najgorszy koszmar. Clown Pennywise z powieści Stephena Kinga dotarł do mojej dorosłej już osoby i zamierza mnie zabić. Kiedy sięgałem po mop na którym znajdowały się resztki potu Anthony’ego Masona, by bronić swojego życia usłyszałem znajomy rzęsisty kaszel.

– To pan, panie Mietku? – Zapytałem przerażony.
– No a kto inny? – odpowiedział konserwator – Weź mi pan pomóż wstać z tego dziadostwa, bo jeszcze grzyba na plecach dostanę.

Wyskoczyłem spod kołdry i pomogłem panu Mieciowi wstać. Waliło od niego jak z gorzelni. Twarz miał całą czerwoną od ogromnej ilości wypitego alkoholu. Pomimo to uśmiech nie znikał z jego twarzy, a cygaro które palił przeskakiwało z jednego kącika ust do drugiego. W końcu odzyskał pion, złapał mnie za ramiona i oddechem, który mógłby zabić szczura wykrzyczał mi w twarz:

– Wybrali trenera! Wybrali trenera! I nie jest to Rambis! Panie Przemku NIE JEST TO RAMBIS!!!

– Co? Jak? Kiedy? KOGO? – zdążyłem wykrzyczeć na wpół zaskoczony, na wpół jeszcze przerażony z lekką nutką fanatyzmu.

– Jeffa Hornaceka – wydyszał resztką sił pan Mietek – nie Blatta, nie Vogela, a właśnie Hornego Jeffa.

Mówiąc te słowa Mieczysław zakołysał się gwałtownie, aż musiałem go posadzić na łóżku.

– Wszystko dobrze? Nie najlepiej pan wygląda.

– Coś mnie tak lewa ręka zdrętwiała panie Przemku. Do tego mam jakiś ból w klatce piersiowej.

– To może być zawał! – wykrzyknąłem przerażony – już dzwonię po karetkę, jaki tu jest numer? 911?

– Tak. Dzwoń pan bo jakoś licho się czuję.

Wykręciłem podany numer i ambulans zjawił się w kilka minut. Zabraliśmy konserwatora do samochodu, a kiedy pomagałem nieść jego rzeczy osobiste widziałem całe biuro MSG udekorowane jak podczas balu sylwestrowego. Banery i serpentyny rozciągały się po całym holu. Ludzie tańczyli i śpiewali sprośne piosenki. Alkohol lał się strumieniami, a jedzenie walało się po całej podłodze. Ja w piwnicy nie słyszałem nic. Takie są uroki mieszkania na najniższych partiach mekki koszykarskiej. Podobno miał być tam schron przeciwatomowy, jednak w połowie przerwano pracę gdyż ekipa przepiła połowę materiałów. Nie pytajcie mnie jakiego pochodzenia byli owi fachowcy.

Kiedy znaleźliśmy się w karetce bystry lekarz szybko stwierdził, że to nie zawał. Ręka zdrętwiała od walenia w moje drzwi. W klacie kuła go zgaga od nadmiernego spożycia alkoholu i dużej ilości przekąsek. Zawroty głowy były spowodowane entuzjazmem oraz procentami. Wszystko wydawało się ok ze zdrowiem pana Mieczysława, do czasu jak zobaczył pod kitlem młodego lekarza koszulkę Brooklyn Nets. Zelżył go wówczas słowami tak szpetnymi, że szkoda mi na nie klawiatury. Spurpurowiał na twarzy i głośno beknął. Wówczas było już widać, że powrócił stary, dobry pan Miecio. Kiedy definitywnie było wiadomo, że nic mu nie jest – dosłowniewyrzucono nas – kilka przecznic od MSG.

Pan Mietek zbierając swoje rzeczy z chodnika pozdrowił lekarza kolejną porcją siarczystych wyzwisk kiedy ten odjeżdżał do innego wezwania. Karetka zniknęła nam z widoku, a pan Mietek zapalił papierosa i bez słowa wskazał kierunek powrotu do MSG. Tak o to szliśmy w środku nocy po ruchliwej ulicy w samym sercu Nowego Jorku. Pół nagi, pijany w sztok mężczyzna w średnim wieku obsypany brokatem i konfetti w papierowej czapeczce na głowie, oraz ja w swojej piżamie ze smurfem Marudą, kapciami z logiem Knicks oraz potarganymi włosami wracaliśmy na rozkręcającą się dopiero imprezę. Obrazek niczym z serii „Kac Vegas”.

Milczenie przerwał Mieczysław:

– Coś z tego będzie panie Przemku? – zapytał od niechcenia konserwator.

– Gorzej nie ma prawa być – odpowiedziałem. Pamięta Pan jak objął posadę w Suns? Z bandy nieudaczników zrobił postrach całej ligi. I ci na dole i ci na górze tabeli bali się konfrontacji z tamtymi nieobliczalnymi Słoneczkami z Arizony. Dostosował taktykę do posiadanego składu i wszyło mu to znakomicie. Szybka koszykówka oparta na krótkich akcjach i rzutach za 3 punkty. Z tamtego sezonu pamiętam jak znakomicie wykorzystywał Channinga Frye’a. Teraz pomimo późnej pory i nie sprzyjających nam warunków jestem w stanie sobie wyobrazić naszego ?otysza zamiast Frye’a. Jeżeli spuszczą ze smyczy Granta i pozwolą mu napędzać atak i grać szybciej widzę światełko w tunelu. Do tego Derrick Williams z ławki i jest komu biegać. Reszta powinna się dostosować i z chęcią porzucić skostniałe ramy „trójkątów”. Sądzę, że nawet nasz Melo będzie zadowolony z takiego obrotu sprawy.

– I sądzi pan, że stary da mu wolną rękę w wyborze taktyki i asystentów oraz usunie Rambisa w cień? – Zapytał ożywiony moimi słowami pan Mietek.

– Oby udało mu się to wynegocjować, gdyż naprawdę sądzę, że niesłusznie potraktowano go w Phoenix. Zarząd zaczął mu dobierać złych graczy, a ten robił co mógł do czasu. Później stał tylko przy linii bocznej i marzył by ktoś go dobił. Tutaj ma szansę na nowy start z ciekawym zapleczem zawodników. Stary Rambisa od tak nie zwolni. Pewnie znajdzie mu jakąś posadę bliżej siebie i da zakaz wtrącania się w sprawy drużyny. Bo gdyby mimo wszystko zostawił go jako asystenta, będzie wiadomo, że Jeff jest tylko marionetką i próbą udobruchania prasy i kibiców, którzy domagali się głowy Kurta. Liczę na wolną rękęHornaceka, ale coś więcej będę mógł panu powiedzieć kiedy poznam skład asystentów lub zobaczę kawałek treningu.

– Mam nadzieję, że masz pan rację, panie Przemku – odpowiedział pan Mietek kiedy podeszliśmy pod boczne wejście MSG – idzie pan trochę zabalować?

– Czemu nie? – odpowiedziałem – chodźmy celebrować upadek tyrana…

Kopiuj link do schowka