Z Kanciapy MSG #10

23/09/2016

Jak ten czas leci. To już 10 wpis z mojej kanciapki gdzie zaczynałem czuć się prawie jak w domu. Czuję się tak jakby od ostatniego mojego wpisu minęło 10 lat. Toż to przecież dekada! A w obozie Knicks nie działo się aż tak wiele by męczyć wysłużoną klawiaturę i jak to mówi idol dzisiejszego internetu „szczempić ryja”.

Preseason tuż tuż i te wakacyjne wydarzenia jakoś zebrać w jedną całość – nie tyle wypada – co trzeba!

Zacznijmy małe podsumowanie od Darka Gwałciciela, który po raz kolejny otworzył te swoje melodyjne usta i dał kilkanaście powodów do tego, by pismaki miały żerowanie na biednych Nowojorczykach. Najpierw jego mały mózg wysłał za pośrednictwem słów przekaz, że Knicks są taką super drużyną jak obecne Golden State Warriors. Ludzie postronni pewnie byli w szoku i szukali numeru do jego dilera w internecie. Ci co się trochę bardziej znają na temacie wiedzą, że gość mówi czasami takie rzeczy od których włos na głowie staje i nie chce opaść. Opada za to coś innego i chodzi mi tu o ręce.

Ja wiem, że w jego małym świecie zamieszkałym przez Byczki Fernando i Kubusiów Puchatków taki niewinny żart jest nagradzany uczuciem spełnienia, ale co strzeliło mu do głowy by mówić takie rzeczy? Ja rozumiem, że może chciał podbudować morale drużyny (która naczytała się w prasie o tym jaka to jest pomyłka z pozyskaniem go) i chciał wlać nadzieję w serca nowych kolegów. Ale może to jest jakaś choroba? Bo kilka dni po tym „wystąpieniu” wydawać by się mogło – małomówny i wyciszony Courtney Lee odpalił kolejną torpedę i nazwał Knicks kontenderem. Tytuł ten raczej zarezerwowany jest dla zespołów z realnymi szansami na pierścień. Knicks mają realne szanse, ale na wejście do PO i przy sprzyjającej koniunkcji planet, pełnym zdrowiu i zgraniu MOŻE  na drugą rundę.

Nie wiem co te chłopaki wygadują. Może to wina kafeterii w MSG? A może to „szałwia” Phila Jacksona weszła za mocno? Grunt, że się pośmialiśmy.

Następnie Dariusz powiedział, że obecni Knicks to najlepszy zespół pod względem talentu w jakim grał. Mówił, że nie spodziewał się tak ciepłego przyjęcia ze strony Knicks i takie tam pierdoły.

Darku cieszymy się, że jesteś. Nie połam się i dziel się piłką.

Ale nasz nowy rozgrywający opuści obóz przygotowawczy i pewnie preseason, gdyż wówczas odbędzie się jego proces w którym jest oskarżony o gwałt zbiorowy na swojej koleżance. Sprytna dziewucha chce się wzbogacić o przeszło 20 mln dolarów (widzicie Rose’a w roli prowodyra gwałtu?), jednak trochę mina jej zrzedła kiedy to sędzia przekazał informację jej adwokatowi o nakazie ujawnienia swojej tożsamości. Do tej pory „Jane Doe” ukrywała się w cieniu i czekała na opasły czek. Teraz będzie musiała odkryć swoją tożsamość na procesie i stać się osobą publiczną. Takie jest prawo. Jak to się wszystko potoczy? Nie mam pojęcia…

Ale już ludzie śmieszkują z niego w internecie w dość osobliwy sposób…

Ale starczy już o Derricku. Jedziemy do innej gwiazdy.

Melo miał bardzo ciekawe lato i stał się królem reprezentacji USA. Tak jak szczupak jest królem wody i lew jest królem dżungli tak Carmelo jest dzikiem. Wygrał swój kolejny złoty medal na igrzyskach olimpijskich i wyśrubował kilka rekordów dzięki czemu to on teraz jest na szczycie reprezentacyjnej hierarchii. W czasie trwania turnieju powiedział takie rzeczy:

„Większość sportowców nie ma możliwości by powiedzieć, że zdobyli złoty medal, tym bardziej trzy. Będę szczęśliwy, kiedy odejdę od koszykówki, wiedząc że oddałem tej grze wszystko co miałem, wiedząc że grałem na wysokim poziomie na każdym szczeblu: w szkole średniej, w college’u, wygrywając tam mistrzostwo i być może mając trzy złote medale. Będę mógł wtedy spojrzeć w przeszłość gdy skończę karierę i nawet nie mając mistrzowskiego pierścienia w NBA, będę mógł powiedzieć, że miałem wspaniałą karierę.”

Ludzie dostali świra. Serio. Pojawiły się głosy po co on gra i czy z takim nastawieniem powinien zarabiać tyle kasy. Baranek w ścianę zalecany.

Melo zwrócił uwagę na problem, który jest dość popularny wśród dzisiejszych realiów panujących w NBA. Nie masz pierścienia nie liczysz się. Nieważne co zrobiłeś w szkole średniej, koledżu czy reprezentacji. Nie wygrałeś mistrzostwa jesteś nikim. Barkley, Stockton czy Ewing pozdrawiają.

Po turnieju postanowił sobie odpocząć. Najpierw jednak odbył kilka treningów z Kristapsem (a reszta ekipy pluskała się w basenie) po czym zgarnął 3/4 drużyny i poleciał do swojej daczy w Puerto Rico. Zatem w delegacji znaleźli się: Lance Thomas, Kyle O’Quinn, Dariusz Róża, Justin Holiday, Courtney Lee, Marshall Plumlee i ten którego nazwiska nie wolno wymawiać. Tam miał czuwać nad swoją fundacją i przy okazji zacieśniać więzy z nowymi i starymi kolegami z drużyny. Razem biegali po plaży bez koszulek jak w 3 części filmu o Rockym. Palili cygara i tworzyli chemię. Nie metaamfetaminę jak Walter White, ale więź która spoi ich w szatni i na boisku. Zdjęcia z tych wakacji poszukajcie na Instagramie, gdyż ja nie znam się na tym medium.

Następnie w tajemnicy przyleciał do Polski – tak do naszego kraju – by promować swój napój energetyczny. Do ostatniej chwili nikt nie widział o jego przyjeździe więc jego wizyta to był prawdziwy szok.

Siedzę sobie w domu i nagle dzwoni telefon. Patrzę „Karmelek” no to odbieram i taki dialog się wytworzył:
CA: Cześć mordo! Jestem w Warszawie, idziemy na wódę czy coś tam?
JA: No fajnie że jesteś i że dałeś znać wcześniej o przyjeździe gruba dupo, ale zanim wyruszymy w tango powiedz mi, po jaką cholerę podpisaliście znowu Lu Amundsona?
CA: No tego, no, muszę kończyć i do zobaczenia przy okazji!

I się rozłączył. Bo chyba zapomniałem wspomnieć, że podpisali Lu Amundsona na kolejny sezon. Potrzebny jest kolejny rozgrywający bo dwójka która już jest na pokładzie to rekonwalescenci, a oni właśnie dołożyli kolejnego podkoszowego gdzie i tak jest spory tłok.

Ech ci Knicks…

Kristaps jako ambasador obcokrajowców został w USA i wziął pod skrzydła dwa nowe nabytki ze starego kontynentu: Willy Hernangomeza oraz Mindaugaskasa Kuzminskasa. Załatwił im serię treningów razem z graczami Thunder na czele z Russellem Westbrookiem. Panowie ostro się spocili i mam nadzieję, że liznęli trochę klimatu NBA dzięki czemu proces aklimatyzacji w najlepszej lidze świata przebiegnie szybciej i bez zbędnych ociągnięć.

Następnie #ŁotyszMVP powiedział jak bardzo cieszy się z gry u boku Joakima Noah i dał nauczkę małemu gówniakowi, który wygwizdał go w noc draftu płacząc przy tym jak mała dziewczynka. Jordan – bo tak ma na imię – jest teraz największym fanem Porzingisa. Ten jednak nie zapomniał o przyjęciu jakie mu zgotowano i jak przystało na prawdziwego mężczyznę: wybaczył, ale nie zapomniał:

Swoją drogą to młody ma lepszy pierwszy krok niż Jose Calderon he he he hmmm.

Dodatkowo Karl Anthony Towns nazwał na Twitterze Porzingisa czymś z innego wymiaru. Wszystko na zasadach przyjaźni i wzajemnego szacunku. ESPN jednak chciało sprawdzić czy to rzeczywiście człowiek i zaprosiło go na testy do swojego tajnego laboratorium, gdzie mają farę brudzącą tablice oraz skrzynki po jabłkach. Poniżej mała zajawka tego przedsięwzięcia:

Czy coś jeszcze pominąłem? Chyba nie i to tyle jeżeli chodzi o te większe sprawy.

W telegraficznym skrócie podsumuję teraz małe niuanse:

Joakim Noah chodzi po domach kibiców, którzy posiadają długoletnie karnety i wręcza im prezenty. Wszystko jest ustawione jak „Trudne Sprawy” ale okrzyk dzieci „O Boże! Joakim W MOIM DOMU!” wydaje się być prawdziwy.

Brandon Jennings bez przerwy spamuje na Twitterze muzyką i był widziany ostatnio jak pykał w kosza na „West 4th Street” w Nowym Jorku. Ponadto zdradził, że Zen Master rzucił mu wyzwania by ten wygrał nagrodę dla najlepszego rezerwowego. Ach ta szałwia…

Justin Holliday spamuje na Twitterze cytatami z biblii. Kiedyś coś podobnego robił Cleanthony Early i dostał kulkę w kolano. „Człowiek strzela, a pan Bóg kule nosi” jak to się mówi. Niestety nie odpowiedział na mój wpis kiedy mu poradziłem by wziął się do treningów bo „Bóg Wybacza – Fani Knicks Nigdy”.

Willy Hernegomez taplał się w basenie z młodą nadzieją Słoweńskiej koszykówki – Lucą Doncicem i może próbował go zwerbować do Knicks. Znają się ze wspólnej gry w Realu Madryt. Zatem młodzieńcze: bramy MSG stoją przed tobą otworem drogi Luka. Prawie jak Luca Brasi…

Jeff Van Gundy powiedział ostatnio, że Knicks mają potencjał by wygrać 50 spotkań w nadchodzącym sezonie. Polać temu panu, ja stawiam!

Lu Amundson złożył podpis na małym stoliku siedząc na skórzanej kanapie, ale o tym już pisałem.

Phil podpisał też Maurycego N’Doura którego kibice mogą pamiętać z zeszłorocznej ligi leniej. Rok za późno, ale doceniamy pamięć Jax. Ale po jaką cholerę?

Justin wybrał grę z numerem „8” który odziedziczył po Robinie Lopezie, który pojechał za niego do Chicago.

Teraz rozwiążę zagadkę z którą większość portali nie mogła sobie poradzić: Kuzminskas wybrał numer „91”. Czemu tak? Bo do tej pory grał z „19” a ta jest zastrzeżona dla Wielkiego Willisa „Kapitana” Reeda. Zatem by nie rozstawać się z ulubionymi cyframi zamienił ich kolejność.

Hernangomez wybrał sobie „14”. Czyli numer Anthony’ego „MASE” Masona. Jakim cudem ten numer jeszcze nie jest zastrzeżony? Ostatnio nazwano ulicę jego imieniem na nie można zastrzec tej „14”? Dalej panie Dolan. Zrób pan coś z tym! Ale i tak Willy lepiej w niej wygląda niż Jason Smith, który wcześniej dopuścił się świętokradztwa…

Tak o to wygląda podsumowanie letnie z obozu Knicks w skrócie. Teraz trzeba przygotować się na sezon i trzymać kciuki by wszystko wypaliło.

Była to moja ostatnia „Kanciapa” na łamach „Z Krainy NBA”. Dziękuję Piotrkowi Zarychcie, że pozwolił mi tu trochę popisać o Knicks i dać upust swojej grafomanii. Dziękuję też Wam, że chcieliście czytać te głupoty.

Mam nadzieję, że znajdzie się chętny na mój stołek i czerstwe żarty pana Mietka.

I pamiętajcie:

ONCE A KNICK, ALWAYS A KNICK!

I niech Was PorzinGOD błogosławi!

Kopiuj link do schowka