Trenerskie różnice między NCAA a NBA

05/07/2017
John Calipari fot. AP

Czemu drużyny NBA tak rzadko sięgają po trenerów z NCAA, często z wieloletnim doświadczeniem, woląc w zamian postawić na nieznanych asystentów, bez praktyki na stanowisku head coacha? Ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi, lecz wyniki zdają się mówić same za siebie.

John Calipari ostatnio był brany pod uwagę jako następca Phila Jacksona w Nowym Jorku, jednakże odmówił, twierdząc iż ma najlepszą pracę jaką potrafi sobie wymarzyć i nie zamierza jej porzucać. Trudno nie przyznać mu racji, prowadzenie rok w rok niezwykle utalentowanego zespołu z pewnością daje dużo satysfakcji. Mimo wszystko, czy na jego decyzję mogły mieć wpływ słabe doświadczenia z przeszłości?

Calipari ma za sobą bowiem epizod w NBA, kiedy to był trenerem New Jersey Nets, w latach 1996-99, lecz ta przygoda nie była zbyt udana. Od tamtej pory, pozostaje w rewirach NCAA, odnosząc tam sukcesy i bynajmniej nie wybierając się do National Basketball Association. Historii podobnych do tej, jest wiele. De facto, poza małymi wyjątkami, trenerzy uniwersyteccy w ostatnich 20 latach radzili sobie po prostu słabo. Poza Caliparim, w najlepszej lidze świata zawitało wielu fachowców, między innymi Rick Pitino, Tim Floyd, PJ Carlesimo, czy ostatnio Fred Hoiberg (tylko ten ostatni nie ma wyraźnie ujemnego bilansu, gdyż osiągnął równe 50%, chociaż w tym sezonie może się to zmienić).

Ani jednej z tych przygód nie można uznać za udaną.

Niezależnie od doświadczenia i sukcesów trenerskich, praktycznie żaden z nich nie potrafił odnaleźć się w NBA. Inne warunki, większa presja, zdecydowanie trudniejsze osobowości do szkolenia, odmienny styl gry. Wszystko to sprawia, że trenerzy uniwersyteccy nie odnoszą sukcesów na zawodowym poziomie, a sami włodarze w NBA podchodzą raczej nieufnie do pomysłu zatrudniania kolegów po fachu z NCAA. Jedyny, któremu nie odmówiłby prawdopodobnie żaden zespół, Mike Krzyzewski, kategorycznie odrzuca możliwość odejścia z Duke.

Są jednak przypadki przeczące tej regule, czego najlepszym przykładem pozostaje z pewnością Brad Stevens.

Zaledwie 40-letni trener okazał się być strzałem w dziesiątkę ze strony Danny’ego Ainge’a, poprawiając bilans zespołu w każdym sezonie, od momentu trafienia do Celtów w 2013 roku. Obecnie ma już dodatni bilans zwycięstw i porażek, a przyszłość wydaje się być tylko lepsza. Według mnie to obecnie jeden z najlepszych trenerów w NBA i jeśli tylko Boston go nie straci to może być spokojny o poziom swojej gry.

Drugim przykładem, choć zdecydowanie mniej spektakularnym, jest Billy Donovan, który w pierwszym sezonie z OKC, pokazał się z bardzo dobrej strony, stawiając niezwykle ciężkie warunki ówczesnym mistrzom z Oakland w finałach konferencji (na tyle trudne, że Andre Iguodala powiedział później, iż była to najlepsza drużyna tamtych playoffs). Drugi sezon jednak pozostawił trochę więcej wątpliwości. Oklahoma osłabiona brakiem Duranta musiała grać słabiej, lecz można było odnieść wrażenie, iż Billy za bardzo oparł drużynę na dominacji Westbrooka, zbyt mocno jednocześnie minimalizując pozostałych graczy, co było kontrastem do pierwszego roku, w trakcie którego zadaniowcy mieli znacznie większy udział w zwycięstwach. Teraz, z Paulem George’em na pokładzie, nadchodzi nowa próba jego umiejętności trenerskich. Próba, która może zdecydować o jego przyszłości.

W historii oczywiście nie brakuje przykładów trenerów z sukcesami na koncie w lidze uniwersyteckiej oraz NBA, jak chociażby wielki dr Jack Ramsay, lecz w ostatnich latach posiadanie w CV obu lig, zdaje się bardziej odstraszać, aniżeli kusić.

A Wy co myślicie? Jest jakiś trener w NCAA, którego widzicie wkrótce w NBA? Czy może lepiej, żeby trenerzy uniwersyteccy zostali w college’ach i nie pchali się do zawodowej koszykówki?

Kopiuj link do schowka