Strzaskane serce

23/06/2017
Detroit

Wstałem rano, jak zawsze spóźniony, włączam autopilota.

Sprzątnąć dom.

Umyć naczynia.

Wysrać psa.

Telefon. Zachrypniętym jeszcze głosem gadam z Sebastianem o drafcie minionej nocy. Smutno i bezrefleksyjnie. Jaramy się duetem Booker-Jackson w Phoenix. Nie wierzymy w Ainge’a. Śmiejemy z Bulls. Mówimy o stealach Mavs i Bobcats. O dealu Butlera. O kurwa, Indiana wzięła w drugiej rundzie Ike’a i Edmonda. Gdzie jest Motley? Czemu Spurs nie wzięli Franka Jacksona? Kogo słuchałeś w nocy? PS czy Palmy? Byli jacyś goście? Jak transmisja na C+? Kiedy się położyłeś? A, Celtics mają steal w drugiej rundzie z tym skoskowanym dzieciakiem. Bam w Miami. Na chwilę się unosimy z tego powodu. Bam i Dennis Smith trafili w super warunki, za 5 lat będą gwiazdami tej ligi. Seba dissuje SVG. Ja dissuję SVG. Emocje opadają. Praca? Praca. To nara.

Pocałować dziewczynę.

Przytulić córeczkę, podnieść ją pod sam sufit. Usłyszeć jej śmiech, potrzebujesz go dziś bardziej niż czegokolwiek.

Tak Kochanie, wrócę jak najszybciej. Wieczorem obejrzymy film.

Papapapapa.

Metro.

Tramwaj.

Zamiast słuchać podcastów wyjątkowo czytam książkę. Elantris opowiada o upadłych bogach.

Mordor.

Na wejściu wszyscy kłaniają się korporacyjnym bożkom, schylając się z przepustkami żeby przepuściły ich bramki.

W pracy audyt.

Przenoszenie 134 kg papierów które smutni panowie w garniturach zamienią w kłopoty.

Bez uśmiechu. Czemu się nie uśmiechasz jak zawsze Maciek? Aaa nie wyspałem się.

Czemu jesteś taki wymieciony dzisiaj? Nie zdążyłem wyprasować koszuli.

Praca. Excel, word, rolling forecasty, meetingi.

Spotkanie.

Po spotkaniu. Przerwa.

Obiad, kawa, książka śliwki w czekoladzie. Kawa.

Trzecia kawa…

Nie wytrzymałem.

STAN TY CHUJU.

Sobowtór Rona Jeremy’ego złamał mi wczoraj złamane po trzykroć serce.

Było złamane ubiegłym sezonem, ale zaczęło się zrastać.

Było złamane przez Mavs, ostatni zespół, który przed Pistons mógł wziąć Smitha.

Było złamane przez Hornets, którzy sprzątnęli Pistons sprzed nosa Monka.

Ale ostatecznie złamał je dopiero SVG.

Wyborem Luke’a Kennarda.

Co masz do Kennarda?

Do niego samego nic. To biały lamus z gąszczem włosów wystających spod pachy, ale może być dobrym graczem. Może nawet Redickiem 2.0. Albo Stauskasem, niestety. Miałem go nawet gdzieś w swoim top20 graczy dla Pistons, ale to nieważne. Mądrzejsi ludzie mówią, że nie będzie Jimmerem. Nawet im wierzę.

No to o co chodzi? Cieszyć się powinieneś. Strzelec w zespole non-shooterów.

W dupie to mam.

Chodzi o to co ten wybór znaczy. Co ten draft znaczy dla Pistons.

Znaczy tyle, że jesteśmy zadowoleni ze średniactwa. Jesteśmy? Są zadowoleni ze średniactwa. Mam problem z utożsamianiem się z tym co się dzieje. Biorąc Kennarda i nie wykonując innych ruchów, pokazują, że nie są gotowi zaryzykować, poszukać poważnego talentu, tylko lekko poprawić skład.

Na chuj na Wschodzie lekko poprawiać skład.

Jesteś kurwa na wieki zagrzebany na miejscach 6-12.

Możesz się lekko korygować ale i tak jesteś za Cavs, za Wizards, za Bucks, za Celtics, za 76ers, za Bobcats, za… ech.

Czy SVG naprawdę myśli, że lepiej zapełni nową halę drużyną na 8 miejsce na Wschodzie niż zespołem nawet z 10 miejsca, ale mającym w sobie ekscytujący talent i potencjał?

Ekscytujący? Jakikolwiek.

Tak wiem, że Pistons gdyby byli zdrowi, byliby w playoffach w zeszłym sezonie. Tak wiem, że kiedy wszyscy oczekują kroku naprzód od drużyny, ona często robi go dopiero sezon później. Ale dokąd będzie ten krok? Do 1 rundy? Czy jeśli bogowie pomogą do sweepu w drugiej?

To miasto od dawna tkwi w beznadziei, teraz wrócił do niej też zespół, który miał je z niej wyciągać.

Tylko za pieniądze za które można by wykarmić całe miasto.

Kennard znaczy przedłużenie dla KCP. Kennard znaczy dalsze zagrzebywanie Stanleya w rotacji. Kennard znaczy kolejną szansę dla duetu Reggie – Dre, otoczonego teraz lepszym spacingiem. Kennard znaczy stagnację za jeszcze większy hajs. Za bardzo bardzo duży hajs, płacony za brak frajdy.

Czy jeśli zapytam Cię Stan dokąd zmierza ten zespół, będziesz umiał mi odpowiedzieć nie bełkotem. Nie polityką. Powiesz o co chodzi? Bo mam wrażenie, że coś ci się tak na łeb spierdoliło, że teraz umiesz tylko gadać. Bo robisz już źle. Mieszasz się. Może za dużo obowiązków? Oddaj komuś połowę. Pozwoliłeś Stanowi trenerowi wpłynąć na decyzję SVG Prezydenta.

Kto gra grubo wygrać musi podobno. Ale ważniejsze, że kto nie gra, ten nie wygra. Detroit nie zagrało w loterii szans w tym sezonie.

Jakich szans? Wszystkich.

Mam świadomość, że SVG może podpisać fajnych graczy poza draftem. Że to, że jeszcze podeptał moje złamane serce nie kupując picków w 2 rundzie, kiedy taka Indiana kradła pierwszorundowe talenty, to jeszcze nic nie znaczy. Że teraz w offseason ciągle może zrobić ekscytujące wymiany, wstrząsnąć zespołem.

Ale już mu nie wierzę.

Od razu po drafcie zacząłem szukać sobie nowego zespołu. Miami?

Może, lubię Spo i kocham Bama.

Mavs? Nie, ni chuja, lubię tam tylko Smitha.

Wolves? Chciałbym.

Warriors? Kibicuję im trochę od dawna, ale teraz są za mocni.

Brooklyn? Lubię ich z daleka, nie kiedy ich oglądam.

Tak się jednak nie da.

Moje strzaskane serce wciąż bije w rytmie pracujących tłoków. Jednak jest strzaskane i mam nadzieję, że uda się je odbudować inaczej. I tak nie mam czasu na NBA. Po co miałbym go marnować na taką beznadzieję.

Może Stan coś zrobi co zadziała na mnie jak respirator. Może. Teraz jednak jestem smutny. Mam dość tej ligi, dość tego że kocham zespół który mnie nie kocha. Miłość bez wzajemności najbardziej boli i najtrudniej ją porzucić. To jakiś pojebany mechanizm, który wszczepiła w nas natura.

Chciałbym, żeby Stan coś zrobił. Rzucił mi koło ratunkowe.

Na razie dostałem tylko w łeb kotwicą.

Mam dość.

Nie wiem co zrobię.

Nie wiem co mogę wam obiecać tutaj.

Nie wiem czy jeszcze w ogóle lubię NBA.

Trzecia kawa się skończyła.

Idę po czwartą.

Siadam do Excela. Zapowiada się ekscytująco po tym co zobaczyłem w Motown.

Kopiuj link do schowka