RetroWtorki: 1v1 z Jeromem Williamsem

19/06/2018
Jerome Williams

Toronto Raptors wciąż oczekują na awans do finałów NBA – czekają już 22 lata. Wielu ekspertów uważa jednak, że największą szansę w historii klubu mieli w sezonie 2000-01, gdy zabrakło im jednego celnego rzutu, by wyeliminować Philadelphię 76ers i awansować do Finałów Konferencji Wschodniej.

Mimo porażki z Allenem Iversonem i Sixers, prowadzeni przez Vince’a Cartera gracze Raptors zaprezentowali się z niezłej strony. Jednak kto mógłby lepiej opowiedzieć o tej grupie zawodników, niż były zawodnik „Dinozaurów” z Kanady – Jerome Williams.

Zacznijmy w 2001 roku, gdy dołączyłeś do Raptors. Co czułeś opuszczając Detroit?

Zacząłem grać w Detroit w 1996 roku i spędziłem tam cztery udane lata, grając u boku legend, takich jak Joe Dumars i Grant Hill. Granie pod przewodnicwtem weteranów, takich jak Rick Mahorn i Grant Long, było wspaniałym doświadczeniem, które z pewnością pomogło mi w rozwoju. Nie byłem zbyt szczęśliwy z powodu transferu, ale byłem podekscytowany możliwością gry w Toronto.

Czy to prawda, że gdy tylko dostałeś informację o transferze, natychmiast pojechałeś do Toronto?

Dokładnie tak. Nie chciałem opuścić pierwszego treningu, który był zaplanowany na następny dzień. Pojawiłem się szybko na miejscu, spotkałem się z kolegami z zespołu i byłem gotowy do gry tego samego dnia. Byłem podekscytowany rozpoczęciem nowego etapu w karierze, ale żałowałem opuszczenia moich fanów w Detroit.

Jak odnalazłeś się w systemie gry Lenny’ego Wilkensa? Poprowadził Supersonics do dwóch finałów NBA w latach 70.

To był trener z poziomu Galerii Sław. Lenny był moim trzecim trenerem należącym do Hall of Fame. Pierwszym był John Thompson z Uniwersytetu Georgetown, następnym Doug Collins w Pistons, a potem Lenny Wilkens w Toronto. To była ogromna zmiana w kontekście filozofii i podejścia do gry, ale Lenny był prawdziwym trenerem, który wywodził się z zawodników. Potrafiliśmy się ze sobą zgrać. Ze wszystkich trenerów, z którymi współpracowałem, on jest moim numerem jeden. Świetnie wspominam swoje lata z nim w roli trenera, zarówno w Toronto Raptors, jak i kilka lat później, gdy kończyłem karierę w New York Knicks.

Jak czułeś się w zespole z tyloma świetnymi zawodnikami, takimi jak Vince Carter, Dell Curry, Kevin Willis, Hakeem Olajuwon. Czy czułeś presję z tym związaną?

Nie, absolutnie. Zawsze chcesz grać z najlepszymi – dzięki temu twoja praca jest łatwiejsza. Mieliśmy świetną drużynę i byliśmy w czołówce Konferencji Wschodniej. Wiele osób uważało nas nawet za kandydatów do zdobycia mistrzostwa ligi. Granie z nimi było naprawdę świetną sprawą.

Sezon 2000-01 był najlepszy w historii Raptors, aż do czasów duetu DeRozan&Lowry. Przegraliście jednak z 76ers w Półfinale Konferencji. Co pamiętasz z tej niezwykle zaciętej serii?

To było niesamowite przeżycie. Mecz numer sześć był dla nas niezwykle ważny i trudny – musieliśmy wygrać, by nie odpaść z playoffs. Daliśmy z siebie wszystko. W czwartej kwarcie zrobiłem wsad nad moim kolegą z Uniwersytetu Georgetown, Dikembe Mutombo. To była jedna z akcji, która poprowadziła naszą szarżę w końcówce, co zapewniło nam zwycięstwo. Przystępowaliśmy do meczu numer siedem z dużą pewnością siebie, zabrakło nam jednak jednego celnego rzutu.

Co możesz powiedzieć o Allenie Iversonie, który również był twoim kolegą z drużyny uniwersyteckiej Georgetown.

Dokładnie, był moim kolegą z drużyny i z pokoju. Allen był MVP ligi, a obecnie jest członkiem Galerii Sław. Trzeba przyznać, że był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym graczem jego wzrostu w historii NBA. Mierzący niespełna 185 cm wzrostu facet naprawdę odmienił koszykówkę, nie tylko z punktu widzenia samej gry. Walka przeciwko niemu w playoffs pozostaje świetnym wspomnieniem. Nie udało mi się go pokonać, ale przynajmniej jeden z zawodników Georgetown awansował do Finałów Konferencji.

Wróćmy na chwilę do Charlesa Oakley’a i Hakeema Olajuwona. Czy nauczyłeś się czegoś od nich w trakcie wspólnej gry w Toronto?

Oczywiście! Ci goście byli rewelacyjni. Charles był jednym z najlepszych zbierających w historii ligi. Jego siła, profesjonalizm i mentalność twardziela z pewnością były rzeczami, które można było od niego czerpać. Hakeem to jeden z najlepszych centrów wszechczasów. Jego praca stóp była niezwykła. Był niesamowicie dobrym graczem zarówno w obronie, jak i w ataku. Nauczył mnie bardzo dużo, a ja bardo miło wspominam możliwość gry z nim.

Czy pamiętasz jakiś konkretny mecz lub moment z twoich lat gry w Toronto?

Pamiętam wiele spotkań, ale z całą pewnością najbardziej w pamięć wryły mi się te z playoffs 2001 roku, przeciwko Philadelphii 76ers.

A jeśli chodzi o mecz przeciwko Orlando Magic, w którym zdobyłeś 30 punktów?

To był świetny mecz! (śmiech) To był dla mnie pamiętny dzień. Kilka miesięcy wcześniej on [Tracy McGrady] był w Toronto i spuścił nam łomot. W meczu, o którym wspomniałeś nie mógł zagrać Vince Carter, co dało mi znacznie więcej okazji do zdobywania punktów. Pokazałem, że potrafię więcej, niż tylko bronić i zbierać. Jest to coś szczególnego, gdy robisz to przeciko komuś takiemu, jak Tracy McGrady.

Miałeś okazję obserwować ligę NBA w latach 90. i 00. Czy uważasz, że bardzo się zmieniła?

Z pewnością zmieniają się pewne elementy. Sama gry jest szybsza, na parkiecie jest więcej przestrzeni, co raz mniej jest zagrań pod koszem. Kiedy grałem, w lidze było mnóstwo wybitnych podkoszowych, od Alonzo Mourninga, Patricka Ewinga, Dikembe Mutombo, aż po zawodników takich, jak Karl Malone, Charles Barkley, Hakeem Olajuwon. Gości, którzy ciężko pracowali pod koszem i często wymuszali podwojenia. Obecnie gra toczy się zdecydowanie dalej od kosza. Zawodnicy tacy, jak James Harden, Kevin Durant, Stephen Curry, Damian Lillard, LeBron James czy Kyrie Irving. Potrafią rzucić celnie z dystansu, ale okazje do zdobywania punktów kreują raczej swoim ruchem po parkiecie, niż graniem tyłem do kosza. Z pewnością gra się zmienia.

Chciałbym również spytać o ligę BIG3, ponieważ miałeś okazję występować w jednej drużynie z Rasualem Butlerem, który zginął w wypadku samochodowym kilka miesięcy temu. Jak wspominasz grę z nim?

Był świetnym kumplem z drużyny, zawsze dawał z siebie 100%. Był świetnym strzelcem. Niestety nie udało nam się zajść daleko w playoffs, ale dołączenie Rasuala do składu znacząco wzmocniło nasz zespół. Dołączył do nas na trzy mecze przed końcem sezonu… niech spoczywa w pokoju.

Kopiuj link do schowka