Retro NBA: Tony Allen i jego głupota
allen

Styczeń 10th, 2017

Jeśli myślicie o zawodniku zażarcie broniącym własnego kosza i poświęcającym się za wszelką cenę, to Tony Allen jest jednym z pierwszych, którzy przyjdą wam na myśl. Nie zawsze jednak tak było. Allen za młodu wcale nie grzeszył odpowiedzialnością i równo 10 lat temu srogo się na tym przejechał.

Jest 10 stycznia 2007 roku. Tony Allen jest w trakcie swojego trzeciego sezonu w NBA, wreszcie dostaje ponad 20 minut na mecz, w połowie meczów gra w pierwszej piątce i wydaje się, że jest na dobrej drodze do tego, żeby zaistnieć w NBA. Sami Celtics niestety wtedy dołują.

Przystępują do tego spotkania z Indiana Pacers z bilansem 11-22, nie grozi im udział w play-off. Doc Rivers stara się spokojnie zbudować zespół, który się rozwinie i pozwoli swojej gwieździe, Paulowi Pierce’owi walczyć o najwyższe zaszczyty. Mecz jest bliski remisu, dość wyrównany, sam Allen jest najlepszym strzelcem drużyny z 19 punktami. Na 3 minuty i 1 sekundę przed końcem trzeciej kwarty Allen jest sfaulowany na obwodzie przez Stephena Jacksona.

Sędziowie odgwizdują przewinienie. Jackson, jak i cała dziewiątka graczy obu drużyn poza Allenem przestaje grać, a nasz Tony atakuje obręcz, wybija się w górę, pudłuje wsad, a po lądowaniu zaczyna się zwijać z ogromnego bólu:

Po meczu Allen zostaje zabrany do szpitala, gdzie badanie rezonansem magnetycznym wykazuje zerwanie zarówno więzadeł ACL, jak i MCL. Do gry wróci dopiero na okres przygotowawczy przed kolejnym sezonem. Zdobędzie w nim tytuł mistrzowski, bo Danny Ainge ściągnie do zespołu między innymi Kevina Garnetta i Raya Allena. Ale w tamtym momencie Tony Allen wydawał się jednym z najgłupszych zawodników w lidze. Taka kontuzja?

Na szczęście w kolejnych sezonach się zmienił. Najpierw w Bostonie, a potem w Memphis Grizzlies stał się jednym z najlepszych defensorów w NBA i jest nim do dzisiaj. O czym przekonali się choćby kilka dni temu Golden State Warriors.