Zwycięstwo Clippers w derbach

Wiele razy słyszeliśmy przed sezonem, że układ sił w Los Angeles uległ zmianie. Potwierdziły to mecze przedsezonowe, gdzie Clippers właściwie wkręcali swoich rywali zza miedzy w parkiet. I dzisiaj obie drużyny spotykają się w Staples Center, by rozegrać pierwsze derby od „wielkich zmian” zeszłej przerwy międzysezonowej. Zapraszam do przeczytania relacji ze spotkania.

Obydwa zespoły zagrały dzisiaj bez swoich rezerwowych rozgrywających. Brakowało Steve’a Blake’a w ekipie Jeziorowców, a także Erica Bledsoe z Clippers. O ile w przypadku Bledsoe nie było to może jakieś olbrzymie osłabienie, o tyle Steve Blake był jednym z najważniejszych ogniw ławki Lakers Miewał już w tym sezonie bardzo dobre spotkania i niewątpliwie jego brak źle wpłynął na drużynę „gości”.

Nie można jednak zapominać w jakiej formie znajduje się obecnie Kobe Bryant. Pokazuje, że starość go jeszcze nie dopadła, od tygodnia zdobywa co najmniej 40 punktów na mecz i z pewnością nie jest mu do tego potrzebny żaden rozgrywający. Mecze potrafi wygrywać niemal samemu, a punkty zdobywać seriami.

Pierwsza kwarta należała raczej do Clipps. Bardzo dobre zawody rozgrywał Chris Paul, który zdobył podczas pierwszej ćwiartki aż 11 punktów. Jednak najlepsze wrażenie sprawił pierwszoroczniak Darius Morris, którego zadaniem było zastąpienie nieobecnego Blake’a. W ostatniej sekundzie pierwszej kwarty zdecydował się na rzut z własnej połowy przy komicznej pozycji. Udało mu się, czym zniwelował straty Lakers do 24-31. To jego dopiero trzeci mecz na parkietach NBA, a komentator spotkania stwierdził, że „wiemy, iż nie potrafi rzucać z pięciu metrów, za to potrafi z piętnastu!”

Na początku drugiej kwarty ekipa Jeziorowców nieco podgoniła wynik. Do meczu wrócił Kobe Bryant, i chociaż nie była to do tej pory jego najlepsza noc pod względem strzeleckim, to nadrabiał wchodzeniem pod kosz z faulem. Po time-oucie w środku kwarty sprawy w swoje ręce wziął jednak Chauncey Billups, który dwiema szybkimi trójkami powiększył przewagę Clippers. Chris Paul nie rzucał już tyle, co w poprzedniej części meczu, ale sporo asystował i naprawdę dobrze grał w defensywie. Już po połowie meczu double-double uzyskał Blake Griffin z 12 punktami i 10 zbiórkami. W momencie zakończenia pierwszej połowy na tablicy świetlnej widniał wynik 42-55 dla Clippers.

Trzecia kwarta zaczęła się podobnie jak poprzednie. Dość szybkie punkty Bryanta, przy nazwisku którego pojawiła się już liczba 20. Następnie długie trójki Billupsa i Paula. Chris Paul również z 20 punktami, do tego dołożył pięć asyst. Cała trzecia część meczu była bardzo brutalna z mnóstwem fauli technicznych. Na boisku dochodziło do bójek i sprzeczek, co na koszykarskich parkietach jest rzadkością. Prawie cały skład Lakers otrzymał już ostrzeżenia faulami technicznymi, nie wymigał się od tego nawet szkoleniowiec Jeziorowców Mike Brown. Problemy z przewinieniami Jeziorowców nie miały jednak przełożenia na ich grę. Szczególnie dobrze zaczął grać ich lider – Kobe Bryant. Przewagę Clipps udało się zniwelować do jedynie czterech punktów. Wynik 72-76 i w następnej kwarcie na pewno czekały nas olbrzymie emocje.

Nie, żadnych emocji. Lakers zostali stłamszeni zaraz na początku przez fenomenalnego dzisiaj Chrisa Paula. Przewaga wzrosła do 10 punktów i nie udało się jej już zniwelować. Bardzo dobre zawody rozgrywał Blake Griffin, który skończył ostatecznie z 22 oczkami przy swoim nazwisku. Po prostu oglądaliśmy dzisiaj bardzo jednostronne spotkanie, poza nielicznymi zrywami ze strony Bryanta. Od czasu przyjścia CP3 do Clipps są oni niepokonani w wewnętrznej walce Los Angeles. Wynik końcowy to 102-94. Liderem punktowym Kobe, który zaliczył swój czwarty już mecz pod rząd z co najmniej 40 punktami, tym razem miał ich na koncie 42.

Ten mecz odsłonił wady i zalety obu drużyn. Zacznijmy może od Lakers. Dzisiaj jedyną zaletą tej ekipy był Kobe Bryant. Słaby, stary rozgrywający, który 10 punktów zdobywa już tylko od święta, dość niemrawy center, pasywny w obronie. Andrew Bynum swój tydzień miał już jakiś czas temu. Dodatkowo bardzo słaba ławka, Ron Artest nie jest już tym graczem, którym był jeszcze dwa sezony temu. Na upartego, za plus można uznać dużą liczbę asyst, zdecydowanie większą niż u rywala.

A u Clippers? Fantastyczni na tablicach. Zbierają w ofensywie, defensywie, dobrze zastawiają własny kosz i nie zostawiają zbiórek rywalom. Pierwsza piątka to skład kompletny. Genialni na każdej pozycji. Ale ławka… zdobyła w tym meczu 10 punktów, a raczej zdobył, bo rzucał tylko Randy Foye. Reggie Evans przez niemal 20 minut na parkiecie nie oddał nawet rzutu, Ryan Gomes i Brian Cook spudłowali wszystko co się dało.

Derby w Mieście Aniołów mają zawsze specyficzną atmosferę. Na trybunach siedzą kibice obu drużyn w porównywalnej liczbie. Niezależnie od tego, który zespół zdobędzie punkty na hali podnosi się wrzawa, co daje dodatkowego „kopa” zawodnikom. Nigdzie w całej NBA nie ma takiej atmosfery i chociażby dlatego derby są warte obejrzenia.

 

LAC: Paul – 33 (3×3, 4 zb, 6ast); Griffin – 22 (14zb, 5ast); Billups – 19 (4×3, 4zb, 3ast); Butler – 13 (5zb, 1ast); Foye – 10 (2zb); Jordan – 4 (10zb); Gomes – 1 (3zb); Evans – 0 (8zb, 1ast); Cook – 0

LAL: Bryant – 42 (7zb, 4ast); Gasol – 14 (10zb, 3ast); Bynum – 12 (16zb, 4ast); Fisher – 7 (2×3, 4ast); Morris – 7 (4ast, 1zb); Barnes – 6 (2zb, ast); McRoberts – 2 (2zb, 3 ast); World Peace – 2 (3zb, 2ast); Kapono – 2; Murphy – 0