Źródło wygranych Mavs leży w…

…oczywiście końcówkach meczów. To jest bardzo jasne, ale żeby wam pokazać jak duża jest to różnica pomiędzy obiema ekipami, to zobrazuję to na liczbach.

Nie licząc meczu numer 1, w którym Mavs przegrali ostatnie 6 minut 17:15, w kolejnych czterech meczach łącznie wygrali te 24 minuty gry 60:26. To jest pogrom, to jest czas przeznaczony na pół meczu i to jakie pół meczu, to najważniejsze decydujące o wynikach spotkań. W kolejnych meczach wyglądało to tak:

Mecz 1: 15:17 dla Heat

Mecz 2: 20:5 dla Mavs

Mecz 3: 12:7 dla Mavs

Mecz 4: 11:5 dla Mavs

Mecz 5: 17:9 dla Mavs

Takie liczby oczywiście od razu powodują powrót do zarzutów w stronę Heat, jeśli chodzi o kończenie spotkań. Nie pamiętam ile to było meczów w sezonie zasadniczym, które przegrywali w samych końcówkach, ale w rywalizacji z Dallas jest to naprawdę dla nich problem. Z tych czterech końcówek uratowali tylko jedną, zaledwie dwoma punktami.

A to wszystko dzieje się gdy na boisku po obu stronach przebywają praktycznie Ci sami zawodnicy. Akcje są do siebie z meczu na mecz bliźniaczo podobne, a Heat nie potrafią wyciągnąć wniosków i przeciwstawić się graczom Mavs.

Inna sprawa, że akurat zacięte końcówki to też świetne pole do oceniania trenerów. W końcu wtedy gra się najwięcej set plays. I po tym można rozpoznać jak dobrze coach jednej z drużyn potrafi znaleźć największe luki w obronie rywala.

Druga sprawa to indywidualności. Oprócz set plays najważniejsze w końcówce są izolacje. To one budują legendy zawodników. Dzięki nim Michael Jordan jest tym kim jest, a Dirk Nowitzki wchodzi na bardzo wysokie stopnie w drabince najlepszych w historii. Byli oczywiście też tacy jak Reggie Miller, którzy kończyli po tych set plays.

Heat nie mają takiego klasycznego closera. Z jednej strony są jeszcze stosunkowo młodzi. Mają czas, żeby dojrzeć w końcówkach meczów i trafiać najważniejsze rzuty. Czy zrobią ten krok wystarczająco szybko, żeby jeszcze tej jesieni zawiesić baner pod kopułą hali?

Komentarze

komentarzy