Warriors lepsi w starciu najgorszych drużyn Pacific Division

W pojedynku outsiderów Pacific Division lepsi okazali się gospodarze z Oakland. Golden State Warriors, które potrafiło na własnym parkiecie odprawić z kwitkiem Chicago Bulls i Miami Heat tym razem pokonali w zaciętym meczu Kings 93-90.

Jak to już w zwyczaju bywa, mecz w Oakland rozpoczęty o 4:30 polskiego czasu dostarczył dość sporych emocji, pod tym względem spotkania u siebie ekipy Marka Jacksona były już niejednokrotnie bardzo ciekawe. Bo Golden State to taka specyficzna drużyna, ogląda się ją z przyjemnością, tylko od lat nie mają żadnych wyników.

Gdy stają naprzeciwko siebie drużyny przeciętne, ale za to z młodymi i rozpalonymi głowami można wziąść za pewnik, że będzie co oglądać poza taktycznymi schematami. Tak po części było w Oakland, gdzie ani Warriors, ani Kings nie grzeszyli skutecznością, ale potrafili stworzyć widowisko, które oglądało się lepiej niż np. ostatnie męczarnie Los Angeles Lakers na wyjazdach. Sporo improwizacji w grze i młodzieńcza fantazja sprawia, że, zapominając o ujemnych bilansach obu drużyn, możemy w takim meczu obejrzeć basket całkiem przyjemny dla oka.

Dzisiejszy mecz pokazał jak dobrym ruchem dla Golden State było zatrudnienie Brandona Rusha i Nate’a Robinsona. Wchodząc z ławki zdobyli wspólnie 1/3 punktów całej drużyny. Największym zaskoczenie powinien być fakt zwycięstwa w momencie, gdy liderzy Stephen Curry i Monta Ellis rzucili łącznie tylko 15 „oczek”. Pomimo słabości gwiazd drużyny, Warriors pokazali, że mogą funkcjonować nawet bez nich. Odwrotnie wyglądała gra Kings, oparta głównie na osobach Tyreke Evansa i DeMarcusa Cousinsa. Zastanawia trochę fakt słabości Jimmera Fredette. Chłopak przychodził z łatką jednego z najlepszych graczy NCAA. W NBA trudno mu się na razie wykazać i nawet w słabych Kings mimo wielu okazji do gry nie potrafi (na razie) jakoś do siebie przekonać.

Wynik i wygrana Golden State pewnie niewiele wniesie do ogólnego bilansu tak samo jak porażka Sacramento. Konferencja Zachodnia jest zbyt silna, aby te drużyny mogły chociaż otrzeć się o play-off. Jeśli jednak komuś nie chce się spać po wcześniejszych meczach lub wstanie w środku nocy warto przenieść się do hali w Oakland, praktycznie zawsze od 4:30. Emocje gwarantowane, nieważne czy Warriors grają z Bulls, Heat czy Kings.

Na koniec drobna ciekawostka. Nastąpiło w tym spotkaniu niecodzienne zdarzenie, które miało miejsce w trzeciej kwarcie, kiedy Isaiah Thomas grał przez moment  w… skarpetce. I trzeba przyznać, że „jednonogi” Thomas radził sobie dzielnie w tym fragmencie gry. Jak brzmi pewien  klasyk, takie rzeczy to tylko w NBA.

GSW: Brandon Rush – 20 (4×3), Dorell Wright – 15 (3×3), David Lee – 15, Monta Ellis – 12, Nate Robinson – 11 (5 as), Ekpe Udoh – 6 (4 blk), Andris Biedrins – 5 (3 blk), Klay Thompson – 4, Stephen Curry – 3 (8 as), Dominic McGuire – 2, Jeremy Tyler – 0

SAC: Tyreke Evans – 22 (10 zb, 9 as, 3 prz), DeMarcus Cousins – 21 (14 zb), Jason Thompson – 13 (11 zb), Isaiah Thomas – 11 (3×3), John Salmons – 8, Jimmer Fredette – 5, J.J. Hickson – 5, Francisco Garcia – 3, Chuck Hayes – 2, Donte Greene – 0, Tyler Honeycutt – 0

Śledź autora tekstu na Twitterze.