W Philadelphii nie ma braterskiej miłości, są regularne zwycięstwa
Tego, że Milwaukee Bucks przegrają mecz na wyjeździe można się było spodziewać. Tego, że Philadelphia 76ers zagra jak zwykle z zębem także. Jednak pomimo tych dwóch rzeczy i wyniku pokazującego różnicę dwucyfrową mecz był bardzo zacięty i bardzo przyjemnie się go oglądało.
Sixers mają za sobą najlepszy start sezonu od sezonu 2000/2001, kiedy to z pierwszych 13 spotkań wygrali 11. Teraz są bliscy podobnego bilansu, a co najważniejsze grają jak z nut. W meczu z Bucks zabrakło lekko kontuzjowanego Evana Turnera, a swojego dnia nie miał zdecydowanie Thaddeus Young, który trafił tylko 1 z 8 rzutów, pudłując między innymi wsad i layup spod samego kosza. Nadrobił to jednak walecznością w obronie i na atakowanej desce.
Jeśli spojrzycie na boxscore, to powinny wam się rzucić w oczy dwie rzeczy, które zdecydowały o wygranej. Wszędzie obie ekipy były blisko remisu poza rzutami za trzy i stratami. Sixers w tym sezonie najbardziej dbają o piłkę i przed meczem z Bucks notowali średnio zaledwie 12.5 straty na mecz, a w tym spotkaniu popełnili ich tylko 9, samemu wymuszając 16, z czego aż 12 było przechwytami.
W rzutach za trzy byli lepsi aż o 8 trafień, a pierwsze pięć rzutów z obwodu było celnych. Dwa daggery rzutami za trzy zaliczył Spencer Hawes, który jest największą niespodzianką tego sezonu. Miał świetny początek sezonu i ponownie udowodnił, że jest w gazie. Starał się jak mógł uprzykrzać życie Andrew Bogutowi. Najpierw na 4 minuty przed końcem trzeciej kwarty trafił w 20. sekundzie akcji w trzeciej kwarcie, a drugą na 7 sekund przed końcem trzeciej odsłony.
Były to dla niego pierwsze trójki w sezonie, ale przyszły w bardzo ważnym momencie. Bardzo zaimponował mi Andre Iguodala, o którym jeszcze w zeszłym sezonie mówiło się, że zależy mu na tym, żeby rzucać jak najwięcej punktów i chce być strzelcem na poziomie 20 punktów co mecz. Jeśli tak rzeczywiście jest, to się świetnie maskuje.
Cała drużyna Sixers zagrała bardzo zespołowo i to wystarczyło. Bucks z kolei mocno polegali na swoim środkowym, który jako jedyny oprócz debiutantów zagrał na swoim optymalnym poziomie. Zaliczył porządne double-double – 20 punktów, 11 zbiórek i 3 bloki i to on na swoich barkach w czwartej kwarcie dźwigał ciężar ofensywy Bucks.
Zawiedli na całej linii Brandon Jennings i Stephen Jackson, którzy łącznie trafili 6 z 23 rzutów z gry i dostarczyli 16 punktów. W tej sytuacji drużynę punktami ratowali Jon Leuer, Tobias Harris i Beno Udrih. Widać też było niedostatki w defensywie Bucks, co bardzo irytowało Boguta, który parę razy był bliski złapania się za głowę, albo co gorsza złapania za głowę jednego ze swoich kolegów z drużyny.
Mimo wszystko kibice Kozłów (wierzę, że tacy są w Polsce) nie mogą być w 100% pesymistami. Po Australijczyku można się spodziewać stabilizacji na tak wysokim poziomie, o ile tylko będzie grał. Kwestią najważniejszą dla ich powodzenia jest poprawa gry Jenningsa i Jacksona, bo to oni powinni być pierwszymi strzelcami drużyny.
A jeśli wam się znudzi w koło oglądanie Lakers, Bulls, Knicks, Heat czy Clippers, to nie krępujcie się i przełączcie się na Philadelphię, bo ich koszykówka jest naprawdę porywająca i jest co oglądać.
PHI: Jrue Holiday – 24 (5 as, 5 prz), Andre Iguodala – 21 (3×3, 7 zb, 3 prz), Lou Williams – 17 (3×3, 6 as), Spencer Hawes – 11 (10 zb), Jodie Meeks – 9, Elton Brand – 6, Tony Battie – 2, Thaddeus Young – 2, Andres Nocioni – 2
MIL: Andrew Bogut – 20 (11 zb, 3 blk), Tobias Harris – 12, Jon Leuer – 11, Beno Udrih – 10, Stephen Jackson – 9 (9 zb, 3 prz), Carlos Delfino – 7, Brandon Jennings – 7, Ersan Ilyasova – 4, Drew Gooden – 2, Shaun Livingston – 0, Jon Brockman – 0 Darlington Hobson – 0










