W Niedźwiedzim uścisku

Rasheed Wallace /fot. Flickr

Nie ma już drużyn niepokonanych w NBA. Ostatnią z nich strącili Memphis Grizzlies, pokonując Knicks po fantastycznym pojedynku w stylu lat 90.

Jeszcze 2 tygodnie temu nikt nie obstawiłby, że to spotkanie będzie pojedynkiem liderów obu konferencji po przeszło dwóch tygodniach rozgrywek. Tymczasem nie dość, że obie ekipy mają najlepszy bilans, to grają zdecydowanie najlepszą koszykówkę w całej lidze. Ten mecz był tylko tego potwierdzeniem.

Pierwszą zagadką, na jaką otrzymaliśmy odpowiedź, to jak będzie wyglądało krycie po obu stronach. O ile Lionel Hollins specjalnie nie zaskoczył, grając Tony Allenem na Raymondzie Feltonie (plusik za tylko 6 punktów do przerwy), to już Mike Woodson tak. Carmelo Anthony grający jako silny skrzydłowy dostał w opiekę Marca Gasola i oznaczało to dla niego dużo przytulania i masowania Hiszpana po plecach łokciami.

W pierwszej połowie to nie był jednak największy problem Knicks. Ten problem nazywa się zastawianie. Przed tym meczem Nowojorczycy byli ostatni w lidze jeśli chodzi o różnicę zbiórek na mecz. Średnio przegrywali tablicę ponad 6 piłkami i ani razu nie wygrali jej w tym sezonie. To, co robił z nimi Zach „Rodman” Randolph w pierwszej połowie było momentami wręcz śmieszne. Wydawało się, że piłka jest zaprogramowana i wpadnie w jego ręce po każdym pudle. A przypomnijmy, że Zach nie jest lotnikiem i tego jak robi wsady nie widzieli najstarsi górale.

Jaka była odpowiedź na Randolpha? Rasheed Wallace. Człowiek, który ostatnie dwa sezony odpoczywał, a teraz miał być najpierw tylko wsparciem gdy problemy z faulami będzie miało kilku zawodników w rotacji przed nim. W pierwszej połowie był pierwszą opcją w ataku Knicks. Gdy wracał do NBA powiedział, że chciałby pokazać kilku młodszym zawodnikom jak się powinno grać tyłem do kosza, bo ten sposób gry już wymiera. No i pokazał, trzy razy w trakcie jednej kwarty:


Mecz się rozstrzygnął w drugiej połowie, gdy czwarte przewinienie podczas miziania z Marciem Gasolem dostał Carmelo Anthony. Nie chciał się pogodzić z decyzją sędziów i otrzymał faul techniczny. Usiadł na ławkę, a Grizzlies od tego momentu zanotowali serię 19:1, przy okazji zmuszając też Rasheeda Wallace’a do czwartego faulu, a Tysona Chandlera do czwartego i piątego. Zrobili 21 punktów przewagi i wydawało się, że zaraz zaczną wchodzić rezerwowi i będzie po meczu.

Tak byłoby z Knicks jeszcze rok temu. Teraz to już jest inna drużyna. Wystarczyło kilka razy lepiej zagrać w obronie, sprytnie wymusić faul (Jason Kidd i jego pompki na linii rzutów za trzy), parę razy trafić z półdystansu i było już tylko -8. W tym momencie realizator transmisji szukając winnego znalazł Rudy’ego Gaya, wyświetlił jego statystyki w tym momencie (4/14 z gry), a ten po chwili trafił bardzo ważną trójkę. W kolejnych akcjach dwie asysty zanotował Mike Conley i Knicks podziękowali za walkę.

Co by jednak nie mówić, przeciwstawili się zdecydowanie Grizzlies. Przegrali z faulami, brakiem klasycznego silnego skrzydłowego, który mógłby powalczyć z Randolphem (jest ktoś kto teraz możę?), no i zabrakło im skuteczności w rzutach za trzy. Trafili tylko 5/19 zza łuku, czyli tyle razy ile Grizzlies.

Na teraz jednak obie drużyny są najmocniejsze w lidze. W najbliższych dniach powinny potwierdzić swoją dominację, choć Knicks mają nieciekawy terminarz. Z Memphis wracają przez pół kraju na niedzielny mecz z Indianą w Madison Square Garden, by od razu wyjechać z powrotem na zachód na trzy kolejne mecze.

Niedźwiadki czeka szybkie przetarcie już dzisiaj z Bobcats na wyjeździe, a potem seria 5 meczów u siebie. Jest zatem szansa zamknąć listopad wynikiem 13-1.


survey services

Piotr Zarychta @ Twitter

Komentarze

komentarzy