Suns deklasują Wolves, bez problemów
Blowout w Minnesocie, a Ricky Rubio siedzi i zawija… Jeden z najbardziej bezpłciowym meczów Minnesoty Timberwovles w tym sezonie. Rick Adelman zdaje sobie sprawę, że grając jednym rozgrywającym nie jest w stanie niczego konkretnego wyczarować, ale jego poczucie bezradności przenosi się także na zawodników. Kevin Love tej nocy wyglądał dobrze, ale nie wystarczająco, by pociągnąć za sobą resztę kolegów. Wolves potrzebują Rubio, od zaraz.
Ofensywa Suns drugi raz z rzędu była śmiercionośna. Ruch piłki na obwodzie, kreowanie pozycji przez strzelców, kompletny brak szacunku dla dziurawej w tym meczu obrony przeciwnika i aż 57% FG! Taka skuteczność nie zdarza się na co dzień, zwłaszcza zespołom, które w pierwszej połowie sezonu obijały się gdzieś w ogonie tabeli zachodu. Można śmiało stwierdzić, że Wolves byli z góry skazani na porażkę, bowiem już wychodząc na parkiet nie mieli siły, by sprostać duchowi gry Suns. Nie spodziewałem się, że Alvin Gentry potrafi tak bardzo odmienić zespół i to po obu stronach parkietu.
Mimo, że w grze Słońc nadal widać namiastkę stylu Mike’ D’Antoni i inklinację do gry wczesnej ofensywy, to obrona ekipy z Arizony o niebo lepiej radzi sobie w sytuacjach post-up i w grze jeden na jednego. Trzeba jednak sobie jasno powiedzieć, że Marcin Gortat nie jest jeszcze u szczytu swojej formy i w bezpośrednim pojedynku z Kevinem Lovem miał pewne zaległości, głównie dlatego, że grał za miękko. Złapał jednak trzy bezsensowne faule w pierwszej kwarcie i zapisał na swoje konto zaledwie 4 punkty i 7 zbiórek, spędzając na parkiecie 21 minut.
Bezsprzecznie najlepszym graczem Suns tej nocy był wszechstronny Markieff Morris. Pierwszoroczniak zanotował 9/15 FG, zdobywając 21 punktów, 1 przechwyt, 1 asystę i 6 zbiórek. Mimo, że gra w tym sezonie chimerycznie, to stanowi fundament tego zespołu na przyszłość. W spotkaniu przeciwko Wolves był dla swoich zespołowych kolegów inspiracją, ciągnął Phoenix na swoich barkach w drugiej kwarcie, zdobywając 10 punktów. Kroku w tym fragmencie gry dzielnie dotrzymywał mu weteran – Michael Redd. Cudotwórcy z Arizony – i mam tu na myśli sztab lekarski Suns – przywrócili do koszykarskiego życia kolejnego gracza.
Miałem okazję oglądać mecz Słońc przeciwko Lakers i wówczas wspomniałem, że Sebastian Telfair – kolejny gracz z ławki – jest jednym z elementów w układance Gentry’ego, który zaczyna coraz pewniej czuć się z piłką w rękach. Tej nocy był 6/7 FG i pozwolił trenerowi dać nieco więcej odpoczynku bez wątpienia zmęczonemu Stevemu Nashowi. Przed sezonem, gdy Suns zakontraktowali zawodnika, istniały pewne obawy, że jest to inwestycja w gracza utalentowanego, choć bardzo opornego i nieprzystosowanego do gry na poziomie NBA. Teraz chyba już nikt nie ma takich wątpliwości.
Kolejne starcie zespołu z Arizony będzie z pewnością bardziej wymagające. 12 kwietnia o godzinie 2:00 zmierzą się z Memphis Grizzlies, tymczasem bezbarwnych Wolves czeka spotkanie z Denver Nuggets tego samego dnia, godzinę później.











