Strasznie głośno, niesamowicie szybko

Stephen Curry /fot. Flickr

Dokładnie w ten sposób można opisać mecz Bobcats przeciwko Warriors. Było tam dużo chaosu, a mało organizacji. W tym wszystkim mimo wszystko lepiej odnaleźli się Warriors, na których korzyść przemawiały indywidualności.

O prawdziwej wartości Stephena Curry’ego przekonujemy się dopiero teraz. Gdy już wyzdrowiał, gdy jest w formie i ma odpowiednich partnerów obok siebie może błyszczeć. Ostatnie 8 meczów w jego wykonaniu zawsze kończyło się zdobyciem co najmniej 20 punktów. Przeciwko Bobcats uzbierał ich 27 i dołożył po 7 zbiórek i asyst.

Kemba Walker wyglądał przy nim jak lekko oszalały młodszy brat, który na siłę chce dorównać do lepszego, ale przez własne błędy (10 pudeł, 4 straty), nie jest w stanie tego osiągnąć.

Ten mecz był wyjątkowy dla Curry’ego z wielu powodów. Po pierwsze Charlotte jest jego rodzinnym miastem. Po drugie jako komentator miejscowej telewizji pracuje Dell Curry, jego ojciec. Na trybunach pojawiła się jego cała rodzina, z rodzeństwem, mamą, żoną, a także dzieckiem Stephena. Nic dziwnego, że Curry dostał skrzydeł i wysłał Jeffa Taylora na grzyby:

Warriors są drugą drużyną w lidze po San Antonio Spurs jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Są też najlepsi do bicia zespołów ze Wschodu. Mają z nimi bilans 8-1, a na rozkładzie Hawks, Pacers i dwukrotnie Nets.


Bobcats przegrali ósmy raz z rzędu. Nie pomógł powrót do pierwszej piątki Byrona Mullensa, nie pomógł też Michael Jordan, który tym razem siedział blisko ławki rezerwowych. W ich ataku widać było duże zdenerwowanie i brak pomysłu. Gdy w drugiej kwarcie Mark Jackson ustawił obronę strefową, Bobcats albo rzucali w piątej sekundzie akcji, albo w jednej z ostatnich, pod presją czasu i przeciwnika.

Ich wszystkie schematy ofensywne zawodziły i im bardziej upraszczali swoją grę do prostych ścięć pod kosz, zasłon do piłki lub też gry w izolacji, to najlepiej na tym wychodzili. Oczywiście przydałaby się też lepsza dyspozycja w obronie, ale na pewne rzeczy nie da się wpłynąć, jak np. na skuteczność Warriors w pierwszej kwarcie. Trafili oni wtedy 16 z 22 rzutów z gry (72.7%), mieli przy tym tylko 1 stratę i już na dzień dobry zrobili przewagę 15 punktów.

Później było już lepiej, bo Warriors trafili 35.5% swoich rzutów przez 3 kolejne kwarty, w tym fatalne 3/19 (15.8%) w czwartej. Co jednak z tego, gdy sami prezentowali rywalom punkty:

Pomimo tych błędów dziwi też jedna decyzja Mike’a Dunlapa. Brendan Haywood, który był od początku sezonu podstawowym środkowym, w ostatnich trzech meczach nie przekroczył granicy 10 rozegranych minut. Rywalizację w rotacji z nim wygrywa nawet DeSagana Diop. Nie rozumiem o co chodzi trenerowi, może doszło do jakichś spięć w szatni? W końcu gdy Haywood grał regularnie, to dostarczał 6.4 punktu i 7.0 zbiórek na mecz. Nie jest to może oszałamiające, ale na pewno solidne. Bismack Biyombo ma jeszcze sporo do nauki i moim zdaniem jest za wcześnie, by wychodził w pierwszej piątce.

Piotr Zarychta @ Twitter

Komentarze

komentarzy