Steve Nash przeżywa kolejną młodość
fot. Nathaniel S. Butler/NBAE via Getty Images
Jak oglądałem dzisiejsze spotkanie Phoenix Suns z Nowym Jorkiem, to sam się zastanawiałem do którego roku się cofnąłem. Czy to były lata gry Steve’a Nasha w Dallas Mavericks, czy też jego drugie początki w Phoenix okraszone dwoma tytułami MVP? Steve-o gra jak za najlepszych czasów i jest o krok od kilku rekordów NBA.
Ale zanim o rekordach, to trochę o meczu. Suns co najważniejsze w ciągu wygrali. Ciągnący za uszy drużynę w ostatnich meczach Nash i Marcin Gortat w końcu dostali wsparcie od pozostałych graczy. Alvin Gentry trochę pomieszał w składzie, wstawiając do pierwszej piątki Markieffa Morrisa i Ronnie Price’a, co dla obu nie skończyło się zbyt dobrze. Morris złapał kontuzję w pierwszej kwarcie, a Price zagrał za okrągłe zero.
Pozytywnie wpłynęło to na Channinga Frye, który poczuł, że nie jest aż takim pewniakiem i wchodząc z ławki trafił trzy ważne trójki. Inaczej trochę poczuł się Jared Dudley, którego wejście z ławki było bezproduktywne i bardzo dobrze je definiuje airball z odległości 4 metrów od kosza.
Swój rytm złapał Grant Hill, który biegał do kontry i zdobywał punkty z niedalekiego półdystansu. Dołożył też swoje do tego Shannon Brown, który zrobił to, co mógł najlepszego. Po prostu ograniczył głupie akcje do minimum.
Wreszcie Marcin Gortat nie zagrał co prawda tak dobrego meczu w ofensywie, jak ostatnio, ale za to bardzo dobrze spisywał się w obronie. Pozwolił co prawda na wiele zbiórek Tysona Chandlera w ofensywie, ale sam zebrał 12 piłek, zaliczył 2 bloki, dwukrotnie złapał rywali na faule ofensywne i bardzo utrudniał grę Amare Stoudemire’owi, który dobrze rzucał praktycznie tylko z półdystansu, gdzie miał kawałek oddechu od dobrze broniącego go Polaka.
Nie można jednak przypisywać całego splendoru dla samych Suns, chociaż zrobili to, co klasowe drużyny powinny robić, czyli wykorzystali słabość rywali. I to jaką słabość? Carmelo Anthony i Stoudemire trafili łącznie 12 z 44 rzutów (27%). Jak za każdym razem łatał to Tyson Chandler, świetnie broniąc, a także zbierając kolejne piłki na tablicy ofensywnej.
I dochodzimy do momentu dominacji Nasha i jego rekordów. Najpierw jego statystyki z ostatnich 9 meczów: 33.0 minuty, 18.1 punktu (64% z gry, 50% za trzy, 85% wolne), 1.7 zbiórki, 11.1 asyst, 0.9 przechwytu na mecz. Wiecie, kiedy ostatnio osiągał podobne średnie? W sezonie 2006/07. Jedyna róznica pomiędzy tamtym sezonem, a tym to jest licznik Nasha, który obecnie stoi na 38 latach, a także jego otoczenie, które mu nie gwarantuje walki o najwyższe laury.
Steve jest w formie życiowej, prowadzi się niezwykle dobrze jak na sportowca i patrząc jak świetnie konserwują go w Phoenix można przypuszczać, że będzie grał jeszcze ze 3 lata. Pytanie teraz brzmi ile rekordów w tym czasie pobije? Pierwszy jest przed nim, mianowicie może być najstarszym rozgrywającym wybranym do meczu gwiazd. Kolejne rekordy to najwyższa średnia asyst w wieku 38 lat, a potem 39 lat, 40 lat, 41 lat…
Pomimo jednak tej euforii wokół Nasha, Suns muszą zdecydowanie zrobić kolejny krok naprzód. Poprzednie mecze pokazały, że pokonanie Knicks nie jest szczególnym osiągnięciem. Teraz trudniejsze wyzwanie przed nimi – spotkanie z Boston Celtics grającymi z bardzo podrażnioną dumą. Nie wiadomo jednak czy zagra Rajon Rondo, który stanowi ponad 50% siły Zielonych.










