76. gwóźdź do trumny Magików

Philadelphia 76ers zakończyli serię 6 kolejnych porażek na własnym parkiecie z Orlando Magic i zatrzymali Dwighta Howarda na 17 punktach przy słabej skuteczności.

Magic uniknęli kolejnego rekordu najmniejszej liczby zdobytych punktów tylko dzięki rozluźnieniu szyków defensywnych rywali w czwartej kwarcie. Nie miało to znaczenia dla wyniku, gdyż ten był już rozstrzygnięty. Kolejny raz rzucali fatalnie z gry, trafiając zaledwie 33% swoich rzutów. Do tego dołożyli kiepską skuteczność z linii poniżej 50% i efekt końcowy jest jaki jest.

Sixers też nie grzeszyli skutecznością (37.5%), ale nadrabiali to innymi elementami gry. Ograniczyli własne błędy do minimum (7 strat), w czym zresztą są liderami całej ligi. Dołożyli do tego bardzo dobrą defensywę na Dwightcie Howardzie, ograniczając jego zdobycze do 17 punktów (6/17 z gry). Wymusili też 14 strat drużyny z Orlando.

Kolejny raz kluczowa dla wyniku była trzecia kwarta. Magic tym razem zdobyli w niej 9 punktów. Zaliczyli 6 minut z rzędu, w których nie trafili do kosza ani razu. Co gorsza, drużyna nie potrafiła wyciągać wniosków z kolejnych złych akcji i powtarzała cały czas te same zagrywki. Brakowało ruchu w grze, co ułatwiało obronę i prowadziło do zastoju w ataku.

Jedyny element, który dobrze wychodził gościom – zbiórki – nie wystarczył do wygranej. Swój rekord życiowy w tym elemencie ustanowił Ryan Anderson (20 zbiórek), jedyny zawodnik obok Howarda, który nie zawodzi w tegorocznych rozgrywkach. Ma już na tyle silną pozycję w drużynie, że nawet on ostatnio skrytykował kolegów z drużyny za brak chęci do grania.

Howard poszedł o krok dalej, bo po przegranej z Hornets powiedział, że jeśli jego koledzy mają tak grać, to nie powinni w ogóle wychodzić z szatni na mecz. Takie sytuacje nie wróżą dobrze drużynie. Jeśli nagle ich osiągnięcia znacznie się nie poprawią, to można się spodziewać tam kolejnej rewolucji, tym razem większej niż ta z grudnia 2010, gdy drużynę opuścili Marcin Gortat, Vince Carter i Rashard Lewis.

Czy można ich tłumaczyć brakiem Jasona Richardsona i Jameera Nelsona? Nie można, bo akurat oni zawodzą w tym sezonie najbardziej. Nelson zajmuje się narzekaniem w gazetach na chęć odejścia z drużyny Howarda, a Richardson zapomniał jak się gra agresywnie. Zawsze słynął ze świetnych wejść pod kosz, a tego teraz najbardziej brakuje drużynie – przełamania pierwszej linii obrony, co pociągnęłoby za sobą konieczność pomocy i jeden z graczy ofensywnych pozostawałby bez krycia. W zamian za to Magic podają sobie piłkę po obwodzie i rzucają z trudnych pozycji za trzy.

Swoją serię porażek prawdopodobnie zakończą w środę, bo przyjadą do nich Washington Wizards. Ale będzie to tylko chwilowe zamydlenie obrazu bardzo słabo grającej drużyny. Sixers z kolei czeka kolejny trudny test. Przyjadą do nich Chicago Bulls, być może wzmocnieni już wracającym do zdrowia Luolem Dengiem.

Komentarze

komentarzy