Sędziowie pomogli Clippers

Blake Griffin, DeAndre Jordan /fot. Flickr

Flop Chauncey’a Billupsa w crunch-timie powinien obiec koszykarski światek w przeciągu kilku kolejnych godzin. Będziecie o nim dyskutować, omawiać i decydować, ale koniec końców dojdziecie do wniosku, że był to flop, który poniekąd dał Los Angeles Clippers zwycięstwo. Wydarte i trochę w prezencie. Była to także pierwsza porażka dobrze radzących sobie w drugiej połowie listopada Jazzmanów na własnym parkiecie. Padła kolejna twierdza.

Od początku spotkania przyciągnąć uwagę mógł match-up Blake Griffin vs. Paul Millsap. Ten drugi jest w contract-year i potrzebuje w miarę dobrego sezonu, aby albo zostać częścią korzystnej dla siebie wymiany, albo dostać propozycję kontraktu, która w pełni  zadowoli jego potrzeby. Millsap to czwórka, która znacznie bardziej rozciąga grę, ale w izolacji Griffin ma przewagę siły. Pual nie do końca wiedział, jak zatrzymać swojego rywala, który w całym meczu zanotował 30 punktów, 14/20 FG i 11 zbiórek, będąc w końcu pewnym punktem rotacji Vinny’ego Del Negro.

Millsap stanowił jednak zapowiedź walki na tablicach Jazz, dobrze wchodząc w mecz. Prawdopodobnie takie było założenie. Poprzez zbiórki – gospodarze mieli generować punkty z drugiej szansy. Po pierwszej połowie spotkania Jazz mieli 21 zbiórek i 8 punktów z drugiej szansy (4/4), natomiast Clippers zebrali zaledwie 10 piłek i zdobyli 5 punktów z drugiej szansy (2/3). Po wyjściu z szatni goście postanowili się dostosować i odpowiednio zmodyfikować swoją grę, aby odzyskać swoje atuty. Osiągnęli to poprzez rozciągniecie ataku, penetracje CP3, rzuty ze spot-up i dużo miejsca do walki na tablicach. Clippers w drugiej połowie zebrali 26 piłek (12 punktów z drugiej szansy), Jazz 20 (5 punktów z drugiej szansy).


Był to zatem Doktor Jekyll i pan Hyde, albo brak zaangażowania i jego nadmiar w drugiej połowie. Nie jest do końca tak, że to sędziowie wygrali Clippers ten mecz. Po prostu Del Negro znalazł sposób na rozbicie szczelnej obrony Jazz pod koszem i nawet Lamar Odom momentami wyglądał, jak zawodnik, któremu możemy dać kolejną szansę. Miał 7 punktów, 6 zbiórek i trafił 3/5 FG, łoł.

Corbin też chciał mieć swój „good call” w tym meczu, więc przeciwko CP3 wysłał DeMarre Carrolla, który mimo szybkości Paula bardzo dobrze zamykał mu drogę do penetracji. Nie miałem okazji oglądać go wcześniej, ale zagrał świetnym mecz w defensywie i zasłużył na wyróżnienie. W tym aspekcie zupełnie nie radził sobie Mo Williams, którym Corbin grał w crunch-time. Można się było spodziewać wysokiego pick-and-rolla i wejścia Chris Paula pod kosz, gdzie ma naturalną przewagę nad wysokim graczem. To był klasyczny dagger Los Angeles Clippers.

Z innej beczki – Dick Bavetta to prawdopodobnie jeden z najbardziej respektowanych ludzi w NBA. Człowiek, który jest historią. W tym meczu jednak dał się nabrać i w ostatnich minutach mieliśmy kilka naprawdę złych decyzji, które ostatecznie mocno wpłynęły na losy spotkania. Rzut za trzy Chuancey’a Billupsa i odgwizdanie faulu to błąd, z którego liga powinna się wytłumaczyć. Bardzo fajny mecz, który mógł wyssać całą energię z EnergySolutionArena, gdyby nie zbędna obecność osób trzecich. David Stern musi pomyśleć nad kolejnymi uproszczeniami, aby profesjonalizm NBA nie został wkrótce naruszony, bowiem w tym sezonie sędziowie dawali plamę już co najmniej kilka razy.

Jazz po sezonie będą mieli dylemat – bowiem kończą się kontrakty Millsapa i Ala Jeffersona. Jeżeli mieliby decydować na podstawie takich spotkań, jak to – chyba nie mieliby większych wątpliwości. Al Jefferson to jeden z najlepszych centrów w lidze, doskonale odnajdujący się pod koszem, świetnie rozumiejący grę i gotowym na każde podanie, a tych od Mo Williamsa dostawał tej nocy sporo (20 punktów, 12 asyst). Zakończył mecz z 16 punktami, 10 zbiórkami, 5 asystami i 2 blokami, trafiając 8/17 FG. Bohaterem był jednak jego vis-a-vis. Blok DeAndre Jordana w jednym z ostatnich posiadań Jazz był na wagę złota.

Jazz trafiali na skuteczności 56,8% w tym meczu, ale oddali 15 rzutów mniej od Clippers, którzy trafiali 42 razy, dokładnie tyle samo, co Jazz.

Komentarze

komentarzy