Rockets mają swoje Big 3
Houston Rockets okazali się lepsi od San Antonio Spurs. Co prawda w ich back-to-back, ale po meczu z Clippers, w którym żaden z czołowych graczy Ostróg nie zagrał więcej niż 27 minut. Rockets mają swoje Big 3: Luis Scola, Kevin Martin i Kyle Lowry, które co mecz gwarantuje im walkę o zwycięstwo z każdym.
Każdy z tych trzech graczy przejmował po jednej z kwart i dominował w niej indywidualnie. Rozpoczął Argentyńczyk, który był nie do zatrzymania w pierwszej kwarcie i ogrywał DeJuana Blaira jak chciał, robiąc milion zwodów w jednej akcji i kończąc albo lewym, albo prawym hakiem, zazwyczaj o tablicę bez większego problemu.
W drugiej odsłonie przejął grę Martin, który po fatalnym pierwszym spotkaniu odblokował się i trafiał raz za razem. W końcu w trzeciej ostatecznie zwycięstwo przypieczętował Lowry, którego świetnie komentujący to spotkanie Clyde Drexler namaścił do występu w meczu gwiazd. Nie ma się co dziwić, w końcu rozgrywający Rockets już drugi raz w tym sezonie otarł się o triple double i to on świetnie dyryguje grą drużyny.
Końcówkę zeszłego sezonu miał już świetną, kiedy po odejściu Aarona Brooksa stał się niekwestionowanym liderem drużyny i zaliczył kilka świetnych występów. Teraz potwierdza swoje umiejętności i sięga jeszcze dalej. W dodatku Rockets mają chyba kompletny skład, który daje duże możliwości.
Z ławki rezerwowych na razie zagrał Samuel Dalembert, bo nie zna jeszcze wszystkich zagrywek i uczy się systemu gry Rockets. Pomimo tego bardzo dobrze się prezentował, szczególnie w defensywie, gdzie zaliczył 4 bloki, a dodatkowo eliminował skutecznie z gry Tima Duncana póki ten jeszcze grał, a także DeJuana Blaira.
Poza nim na ławce mają taki urodzaj, że Jonny Flynn wszedł na boisko dopiero jak mecz był rozstrzygnięty. Wcześniej grę robili na zmianę Goran Dragic i Terrence Williams. Do tego jest jeszcze Courtney Lee, Jordan Hill i Chase Budinger. Rockets mają naprawdę głęboki skład i nie zdziwiłbym się, gdyby zaszaleli w tym sezonie podobnie jak Memphis Grizzlies.
Co do Spurs, to na pewno wpływ na ich grę miał wczorajszy mecz z Clippers. Co prawda żaden z graczy podstawowych nie zagrał w poprzednim meczu więcej niż 27 minut, ale i tak widać było, że nie grają na odpowiednim poziomie. Jedynie Manu Ginobili przypominał samego siebie w kilku akcjach, w których ośmieszył obronę rywali, ale brakowało zespołowej gry i skuteczności.
Richard Jefferson świetnie rozpoczął sezon, ale w meczu z Rockets przestrzelił pierwsze 6 rzutów i trafił dopiero w momencie gdy mecz był rozstrzygnięty. Inna sprawa, że słusznie komentatorzy zauważyli że przybrał trochę na wadze i bardziej przypomina silnego skrzydłowego niż klasyczną trójkę. Pewnie dlatego dostał minuty z drugim unitem, żeby trochę zrzucić zbędnych kilogramów.
HOU: Kevin Martin – 25 (4×3), Luis Scola – 18, Kyle Lowry – 16 (9 zb, 8 as, 3 prz), Courtney Lee – 9, Jordan Hill – 6 (7 zb), Goran Dragic – 6, Terrence Williams – 6, Hasheem Thabeet – 6, Chandler Parsons – 5, Samuel Dalembert – 4 (7 zb, 4 blk), Chase Budinger – 2, Marcus Morris – 2, Jonny Flynn – 0
SAS: DeJuan Blair – 22 (12 zb), Tony Parker – 12, Tiago Splitter – 10 (11 zb), Manu Ginobili – 8, Kawhi Leonard – 8, Danny Green – 6, Richard Jefferson – 5, Tim Duncan – 4, James Anderson – 3, Matt Bonner – 3, T.J. Ford – 2, Cory Joseph – 2










