Raptors spaleni żarem Miami
Bez fajerwerków i niespodzianki. Tak w dwóch słowach opisać można spotkanie Miami Heat z Toronto Raptors. Gospodarze American Airline Areny zwyciężyli jedyną kanadyjską drużynę w NBA wynikiem 95-89 i umocnili się na drugim miejscu Konferencji Wschodniej.
Jak co roku, z powodu finału NFL mecze NBA rozgrywane w tym dniu są przesuwane na wcześniejszą godzinę. Widzowie z Europy mają zatem możliwość obejrzenia spotkań w „ludzkich godzinach”. Mecz jednak nie zachwycił… Było to jedno z tych spotkań, które nie utkwią kibicom w pamięci na zbyt długi czas. Heat znów oparli swoje zdobycze punktowe na wysokim poziomie gry Dwayne Wade’a i King James’a. Toronto parę razy postraszyło, gdy zbliżyło się do gospodarzy na kilka punktów, ale wtedy – znów LBJ i Wade – czyli patrz zdanie wcześniej. Dwie największe gwiazdki Heat po raz kolejny zaliczyły występy 20+ punktów [ LBJ 30, Wade 25]. Chris Bosh dorzucił tylko 12 oczek. Co ważniejsze jednak, LeBron przerwał swoją serię 25 spotkań ze zdobyczami na poziomie minimum 15 punktów, 5 asyst i 5 zbiórek. Zawiodły podania – jedynie dwie asysty w ostatniej kwarcie.
Gra drużyny Heat nie różniła się jakoś szczególnie od tego co widzieliśmy w poprzednich meczach sezonu. No.. może znów te białe stroje z różowym paskiem przyciągały „odrobinę” naszą uwagę.Wciąż nie mogę się do nich przekonać. A wy jak sądzicie?
Jeśli chodzi o grę Raptors, bez wątpienia błysnął Demar DeRozan – zdobywca 25 punktów. Szkoda jedynie, że większość z nich padła w pierwszej połowie, a młodziutki obrońca z Kalifornii nie utrzymał swojego poziomu przez cały mecz- kto wie jak wtedy wyglądałaby końcówka spotkania?
W wywiadach przedsezonowych trener Dwane Casey zapowiadał wzmocnienie gry w obronie i oparcie drużyny o jej włoskiego lidera- Andrea’e Bargniani’ego . Trudno jednak budować drużynę w oparciu o lidera, który aż 12 z 25 spotkań w tym sezonie odpuścił z powodu kontuzji. Raptors mimo niezłego początku sezonu i zwycięstw min. z Knicks i Jazz’manami popadli w swoją przeciętność i wrócili poza 10-tką wschodu. Jeśli jedyna kanadyjska drużyna w NBA chce powalczyć o coś więcej niż wysoki pick w nadchodzącym drafcie muszą jak najszybciej postawić na nogi Bargnaniego i liczyć na więcej tak dobrych występów DeRozan’a, jak ten dzisiejszy.
Miami Heat czekają teraz na przyjazd Kyrie Irvinga i jego ekipy z Cleveland. Na Toronto, z kolei czekają już Czarodzieje z DC United, którzy wczoraj wypadli całkiem nieźle w pojedynku z Clippers. Szykuje się zatem dość wyrównany spotkanie.
MIA: LeBron James – 30 (9 zb), Dwyane Wade – 25, Chris Bosh – 12 (8 zb), Mario Chalmers – 13(3×3), Udonis Haslem – 8 (9 zb), Norris Cole – 4, Mike Miller – 3, Joel Anthony – 2, Shane Battier – 0, James Jones -0
TOR: DeMar DeRozan – 25, Jerryd Bayless – 17, Linas Kleiza -17, Ed Davis – 8 (8 zb), Jose Calderon – 8, Aaron Gray – 4, James Johnson – 4, Leandro Barbosa – 2, Amir Johnson – 2, Gary Forbes – 2, Rasual Butler – 0, Jamaal Magloire – 0













Kilka uwag do tekstu:
1. Nie pierwszy to mecz Heat, w którym grali w tych strojach – wrócili do nich po kilkutygodniowej przerwie, ale na początku stycznia kilka razy zagrali w nich przed własną publicznością.
Trudno więc uznać to za jakąś szczególną nowinkę.
2. Kalifornii, nie Californii
3. Warto dodać, że Bosh zagrał dziś na bardzo słabiej skuteczności – pod tym względem to jeden z jego słabszych występów w sezonie.
4. „Było to jedno z tych tzw. spotkań “bez przeszłości”.”
Po pierwsze – albo stosujemy cudzysłów, albo używamy zwrotu tzw. – nigdy obu jednocześnie (jest to tzw. błąd podwójnego wyróżnienia).
Po drugie – nie ma czegoś takiego, jak spotkanie bez przeszłości’ – to błąd frazeologiczny, mówimy bowiem o ‚meczu bez historii’, czyli takim, który niewiele po sobie zostawia, nie zapada w pamięć, niczym szczególnym się nie wyróżnia.
Pozdrawiam!