Popovich wciąż mistrzem końcówek

Dwight Howard /fot. Flickr

San Antonio Spurs kolejny raz dzięki kunsztowi Grega Popovicha wygrali po pasjonującej końcówce z Los Angeles Lakers w Staples Center. Na niespełna 10 sekund przed zakończeniem spotkania zwycięstwo gościom zapewnił Danny Green.

Początek spotkania zdecydowanie należał do graczy San Antonio Spurs, którzy lepiej weszli w ten mecz i już po niecałych 3 minutach gry prowadzili 2:10. Prowadzenie to głównie zawdzięczają indolencji strzeleckiej graczy Lakers, którym powoli udziela się „ręka” nowego trenera choć jeszcze nieobecnego na ławce trenerskiej Mike’a D’Antoniego czyli bardzo szybkie rozgrywanie swoich akcji ofensywnych. Sporo z tych akcji rozgrywanych było bez pomysłu taktycznego i kończyło się niecelnymi trafieniami.

Greg Popovich w wyjściowej piątce postawił na brazylijskiego wysokiego Tiago Splittera, który kosztem etatowego gracza na tej pozycji Borisa Diawa miał zapewnić równiejszą walkę w strefach podkoszowych. Brazylijczyk wespół z Timem Duncanem nawiązali wyrównaną walkę z duetem wysokich drużyny z Los Angeles Pau Gasol i Dwight Howard. Bernie Bickerstaff widząc co dzieje się na parkiecie postanowił szybko zareagować i wziął czas po którym „Jeziorowcy” zdobyli run 12:0 głównie za sprawą Kobe’go Bryanta.

Koszykarze z Miasta Aniołów dość zaskakująco zdobywali dużo więcej punktów z dystansu nie wykorzystując swojego silnego duetu wysokich, choć trzeba oddać iż Howard na początku tego spotkania grał nieco zagubiony i pewnych momentach wyglądał jakby stał obok reszty drużyny nie wiedząc co tak naprawdę ma robić.


Druga odsłona Lakers po raz kolejny pokazała iż ławka rezerwowych drużyny „Jeziorowców” pozostawia wiele do życzenia. Zdecydowanie lepiej pokazali się w niej koszykarze „Ostróg”. Goście wykorzystywali swoją przewagę na parkiecie systematycznie zmniejszając stratę do Lakers. Po powrocie graczy pierwszej piątki z Bryantem na czele „Jeziorowcy” zdołali zmniejszyć stratę na koniec tej kwarty jedynie do jednego punktu. Dobrą grę w tej części meczu prezentował Darius Morris, który z konieczności musiał zaczynać dzisiejsze spotkanie w pierwszej piątce, wobec absencji Steve’a Blake’a i Steve’a Nasha. Spowolnił on bowiem zdecydowanie akcje ofensywne Tony’ego Parkera.

Po pierwszej połowie kiedy to Popovich miał wiele do zarzucenia głównie grze w obronie swoich zawodników, w trzeciej kwarcie mogliśmy oglądać zdecydowaną metamorfozę w tym elemencie gry koszykarzy z San Antonio. Lakers wobec tak twardej gry obronnej, nie mając jeszcze wytrenowanych akcji w ofensywie męczyło się przy każdym ataku, z minuty na minutę coraz dłużej przetrzymując piłkę. Powracały niestety dla Lakers demony z nie tak dawnej przeszłości za czasów Mike’a Brown’a, kiedy to 7 sekund zajmowało „Jeziorowcom” przejście własnej połowy. Spurs odrobiło całą stratę do gospodarzy i po 36 min gry goście minimalnie prowadzili 59:60 co zwiastowało pasjonującą trzecią kwartę.

Dość intensywna gra San Antonio w tym spotkaniu w obliczu częstotliwości rozgrywania meczów w ostatnim okresie wyszła w ostatniej kwarcie, kiedy to Tony Parker którego występ stał pod znakiem zapytania po przebytej chorobie nie poruszał się zbyt elastycznie. Słabe zawody rozgrywał Manu GInobili na którego jako rezerwowego bardzo liczyli w San Antonio. Pomimo zauważalnego zmęczenia graczy gości Lakers nie potrafili zaakcentować swojej przewagi i dość szybko stracili kilka punktów co zmusiło Bickerstaffa do wzięcia kolejnej przerwy na żądanie.

Podobnie jak to miało miejsce w pierwszej kwarcie, kiedy to na kilka punktów dość szybko odskoczyli goście i po czasie który wziął trener Lakers, gospodarze momentalnie się obudzili tak i tym razem po kilku męskich słowach wrócili do gry.  Zdecydowanie lepiej wyglądali w grze obronnej, dzięki której Spurs mieli ogromne trudności z celnymi rzutami, jedynym mankamentem Lakers w tej fazie gry była ogromna ilość strat. Wynik spotkania utrzymywał się cały czas na równi i na 19 sek przed końcową syreną „Jeziorowcy” prowadzili 82:81. Wówczas czas wziął Popovich i jak to ma w swoim zwyczaju wyczarował coś czego nikt się nie spodziewał. Kapitalnym rzutem z dystansu popisał Danny Green wyprowadzając swoją drużyne na dwupunktowe prowadzenie.

Do końca spotkania pozostało 9.3 sekundy a w posiadaniu piłki byli gospodarze, którzy po wzięciu czasu i nakreśleniu przez Bickerstaffa akcji, która miała zapewnić im przynajmniej dogrywkę kompletnie się zagubili.  Oczywiście wszyscy zgromadzeni w hali Staples Center wiedzieli do kogo powinna powędrować piłka, jednak sami gracze Lakers totalnie się w tym nie zrozumieli, piłka trafiła do Gasola, chciał podawać do Bryanta, którego jednak reszta drużyny w żadne sposób nie wsparła. Hiszpan z nieprzygotowanej pozycji rzucił więc zza łuku po czym wybrzmiała końcowa syrena.

Słowa uznania należą się obronie Spurs, która w znakomity sposób rozegrała końcówkę spotkania zapewniając tym samym sobie siódme już zwycięstwo w tym sezonie. W najważniejszych momentach było widać różnicę pomiędzy Spurs a Lakers, na płaszczyźnie zgrania i automatyzmów, które w drużynie „Ostróg” funkcjonowały bez zarzutu, a stosunkowo „młoda” drużyna „Jeziorowców” bez dłuższego zgrania gubiła się w akcjach, które decydowały o losach spotkania.

Komentarze

komentarzy