Polski Młot kruszy Tłoki
Świetny Marcin Gortat i niezła obrona Suns pozwoliły wygrać mecz z Detroit Pistons. Za końcówkę jednak Suns należą się słowa krytyki.
Gortat rozpoczął świetnie mecz, zdobywając 10 punktów w pierwszej kwarcie. W kolejnych grał przede wszystkim świetnie pod tablicami, zbierając 16 piłek i blokując 3 rzuty rywali. To on był motorem napędowym w obronie Suns, a w ataku prezentował się bardzo dobrze, szczególnie w izolacjach.
Grę bardzo dobrze napędzał Goran Dragic, przyspieszając akcje swojej drużyny. Korzystał na tym przede wszystkim Michael Beasley, który zagrał dużo lepiej niż w meczu otwarcia. Kilka razy znów łamał zagrywki pod własne zdobycze, ale nie było to aż tak rażące, jak dwa dni wcześniej.
Jeśli do tego dodamy kolejny solidny występ Luisa Scoli (13 pkt., 9 zb.) i wsparcie z ławki rezerwowych Shannona Browna (14 pkt.), to mamy efekt. Suns wygrali zdecydowanie walkę na tablicach 52:39. Ich problemem wciąż jest jednak brak ruchu piłki w ofensywie.
Jako drużyna zanotowali tylko 15 asyst, z czego 10 sam Dragic. Grają dużo na izolacjach lub minięciach. Jest to całkowite przeciwieństwo systemu z zeszłego sezonu, ze Stevem Nashem w roli głównej.
Świetna gra w drugiej kwarcie, gdy Suns zbudowali nawet kilkunastopunktową przewagę mogła jednak pójść na marne. Najpierw Dragic spudłował rzut spod samego kosza, potem zamiast rzucać, Suns stracili piłkę, popełniając błąd 24 sekund, dopiero gapiostwo obrony Pistons pozwoliło uciec za plecy P.J. Tuckerowi, którego znalazł na wolnej pozycji Dragic.
Rzut Tuckera dał 5 punktów, przewagi, które jeszcze udało się Pistons zniwelować i równo z końcową syreną mogli wyrównać, ale rzut Brandona Knighta nie wpadł do kosza.
Suns zrobili pierwszy krok w dobrą stronę, wygrywając mecz, jednak widać jeszcze dużo błędów w ich grze. Teraz czeka ich trzymeczowa podróż na Wschód. Najpierw Magic w niedzielę, potem Heat w poniedziałek i Bobcats w środę.










