Pojedynek gigantów na Florydzie
Dzisiejsza noc w NBA zapowiada się bardzo interesująco. Rozegranych zostanie aż 11 spotkań, z czego największych emocji można się spodziewać w Orlando. Zapraszamy do zapowiedzi spotkań przygotowanych przez naszego czytelnika – Filipa Jaśkiewicza.
Orlando Magic (10-4) – LA Lakers (10-6)
Lakersi wymęczeni w Miami stawią czoło Orlando. Jeszcze 4 lata temu te ekipy mierzyły się ze sobą w finałach. Niestety z tamtych drużyn mistrzowskich niewiele zostało. Jak będzie tym razem? Czy Kobe Bryant wzniesie się na wyżyny? Kto wygra pojedynek dużych facetów? Dwight Howard czy Andrew Bynum? Przekonacie się o tym dziś w nocy.
Toronto Raptors (4-11) – Portland Trail Blazers (8-6)
Portland w tym roku omija w większości plaga kontuzji, co przekłada się na wyniki. Jest to moim zdaniem kandydat nawet na finał konferencji. Pałeczkę dowództwa po Brandonie Royu przejął LaMarcus Aldridge i wychodzi mu to co najmniej nieźle. Po drugiej stronie parkietu, najbardziej europejski zespół w NBA.
Philadelphia 76ers (10-4) – Atlanta Hawks (11-4)
Z jednej strony nijakość (czyt. Atlanta), z drugiej rewelacja rozgrywek (czyt. 76ers). Doug Collins wykonuje dobrą robotę, młodzi gniewni Jrue Holiday i Lou Williams wchodzą powoli na kolejny szczebel wtajemniczenia. Zobaczymy jak będzie wyglądała ich gra na tle graczy, którzy co nieco już zobaczyli w tej lidze.
Washington Wizards (2-12) – Denver Nuggets (10-5)
Denver zaskakuje w tym sezonie, choć z drugiej strony na ludziach, którzy się interesują tym zespołem ich wyniki nie robią wielkiego wrażenia. Dobry trener i zawodnicy, którzy tworzą zespół spokojnie powinni zapewnić playoffs. A Washington, nie zaryzykuję, żeby nazwać tę zbieraninę zespołem. Są młodzi w osobie Johna Walla, Nicka Younga czy JaVale McGee, ale jakoś nie potrafią tego uporządkować. Przy okazji wrze na linii trener-zawodnicy. To będzie jednostronne widowisko.
Boston Celtics (5-8) – Phoenix Suns (5-9)
Celtowie prawdopodobnie zagrają bez swojego reżysera gry, Rajona Rondo, podejmują u siebie Słońca . Duża szansa dla Phoenix na zwycięstwo, gdyż każdy widzi jak Boston się prezentuje w tym roku. Kibice z Arizony liczą na Steve’a Nasha, gdyż powinien on wykorzystać absencję Rondo. Ciekawie natomiast zapowiada się match-up Marcina Gortata z Kevinem Garnettem. Pamiętamy wszyscy jaki występ zaliczył Polski Młot rok temu z Bostonem. Liczymy na powtórkę.
New York Knicks (6-8) – Milwaukee Bucks (4-9)
Oba zespoły ostatnie swoje spotkania przegrywały. Knicksi chcą zakończyć serię 4 meczy bez zwycięstwa, a Bucks trzech. Wielka Trójka z Miami Nowego Yorku niestety nie przynosi kibicom radości. Czy sprawią tej nocy, że Spike Lee podniesie ręce w geście triumfu? Co z tego wyjdzie? Przekonamy się o tym dziś o godzinie 1:30.
Detroit Pistons (3-12) – Memphis Grizzlies (7-6)
Memphis prowadzeni prze Rudy’ego Gaya nie powinni mieć większych problemów z Tłokami. W tamtym roku pokazali na co ich stać w playoffs, sprawiając wiele trudności Oklahomie. Skoro potrafili wymęczyć z gry Kevina Duranta i spółkę, to w Detroit powinno im pójść gładko.
Cleveland Cavaliers (6-7) – Chicago Bulls (13-3)
Jeszcze niezgrani do końca Kawalerzyści będą musieli nadążyć za pracującą na najwyższych obrotach drużyną Byków. Do końca nie wiadomo czy zagra lider zespołu z Chicago. Jeśli mu się uda, będzie to zła wiadomość dla tegorocznej ,,1’’. Kyrie Irving będzie musiał stanąć naprzeciwko Derricka Rose’a, de facto też pierwszy numer draftu. Kto zaprezentuje się lepiej na tle swego rywala?
San Antonio Spurs (10-5) – Sacramento Kings (5-10)
Zaprawiona w bojach drużyna Ostróg kontra chłopcy chcący osiągać podobne rezultaty. Doświadczenie kontra młodzieńczy atletyzm w postaci Tyreke’a Evansa i DeMarcusa Cousinsa. Stawiam na to pierwsze.
Los Angeles Clippers (8-4) – Minnesota Timberwolves (6-8)
Będzie to na pewno ciekawe spotkanie. Może nie ze względu na zespoły, ale match-upy jakie przyjdzie nam oglądać. Z punktu widzenia kibica Wilków Ricky Rubio nie będzie miał lekkiego życia z Mr Big Shot. A Kevin Love będzie musiał uważać na głowę, kiedy Blake Griffin będzie nad nim przelatywał. Ale patrząc z perspektywy kibica LA to Griffin musi się bać, żeby Kevin nie zebrał mu wszystkich piłek z tablic, a Chauncey aby nie został ośmieszony przez młodego Hiszpana. Warto oglądać.
Golden State Warriors (5-9) – Indiana Pacers (9-4)
Zespoły ze średniej półki. Za Warriorsami przemawia publiczność, która jest bezsprzecznie jedną z najlepszych w lidze i to, że u siebie grają naprawdę dobrze. Pokonali już Miami i Chicago, czyli dwóch pretendentów do tytułu. Trzeba mieć na nich oko.











