Pierwsza bitwa dla Heat

 

(2) Miami Heat – (3) Dallas Mavericks 92:84 (1-0), kwarty: 16:17, 27:27, 22:17, 27:23

 

Miami Heat rozpoczęli serię od wygranej na własnym parkiecie 92:84. Jak zwykle najważniejsi w grze byli członkowie Big Three, którzy zdobyli 65 z 92 punktów drużyny.

Spotkanie rozpoczęło się od świetnej obrony i trochę trzęsących rąk w ataku, bo obie drużyny regularnie murowały okolice obręczy. Łącznie w pierwszej kwarcie obu ekipom wpadło zaledwie 10 rzutów na 35 prób. Kwarta była bardzo wyrównana, z minimalnym wskazaniem na Mavs, którzy dobrze starali się rozkręcić swój atak. Trzykrotnie trafili zza łuku, w tym 2 razy Jason Kidd, dobre wejście z ławki zanotował Jason Terry, zdobywając 6 punktów. Gospodarzy pchał do przodu po raz kolejny LeBron James, który po pierwszej dwunastce miał już 8 oczek na koncie.

W drugiej odsłonie do głosu doszli rezerwowi i role players. Żadna z drużyn nie mogła złapać na tyle dobrego rytmu, żeby odjechać rywalom. Najwyższa przewaga, jaką udało się uzyskać jednej z ekip to zaledwie 4 punkty. Wśród gości brylował tercet Dirk NowitzkiTerryShawn Marion, którzy zdobyli 22 z 27 punktów drużyny w tej części meczu. Nie nadążali jednak w obronie za dobrymi akcjami LBJ i Dwyane’a Wade’a, którzy potrafili świetnie znaleźć na obwodzie Mario Chalmersa. Ten rzucił trzy trójki w tej odsłonie i miał już 10 oczek do przerwy.

Dzięki niemu Heat mogli rozciągnąć swoją grę, dodatkowo utrudniając obronę Mavs. Jednocześnie zniwelowali ich przewagę w trójkach, którą mieli we wszystkich poprzednich seriach.

Jak się później okazało gra rezerwowych Heat była jednym z elementów, dzięki którym pokonali Mavs. Ich vis-a-vis z ławki zagrali naprawdę słabe spotkanie. W drugiej połowie jedyne punkty jakie dorzucili to były wolne w wykonaniu Brendana Haywooda. Tymczasem wśród Heat poza Chalmersem niezłe zawody zaliczyli Udonis Haslem i Mike Miller.

Trzecią kwartę zdecydowanie lepiej zaczęli Mavs. Mi od razu przypomniały się poprzednie serie, kiedy to przychodził taki moment, że Teksańczycy wskakują na odpowiedni dla siebie poziom i odjeżdżają rywalom. Wystarczyły im zaledwie 2 minuty, żeby odjechać na 8 punktów przewagi po 3 kolejnych skutecznych akcjach. Erick Spoelstra zareagował od razu timeoutem, po którym D-Wade zdobył 4 punkty z rzędu.

Co jednak ważniejsze zdecydowanie poprawili obronę. Zaliczyli w niej dwie świetne serie. Najpierw przez blisko 3 minuty pozwolili rywalom na zdobycie zaledwie 1 kosza z gry, a potem dołożyli kolejne blisko 4 bez punktu. Sami w tym czasie doprowadzili do remisu, a po trójce Jamesa wyszli na prowadzenie 60:59. Po chwili Król LeBron zakończył kwartę niesamowitym buzzer-beaterem, trafiając trójkę ze skrzydła z jednej nogi. Zrobiło się 65:61 dla gospodarzy.

Na początku ostatnich 12 minut Mavs jeszcze się trzymali. A to punkty rzucił Nowitzki, a to trójkę trafił DeShawn Stevenson i trzymali wynik blisko remisu. Zaliczyli jednak kolejny fragment blisko 4-minutowy, w którym nie potrafili zdobyć kosza z gry. Heat świetnie to wykorzystali zwiększając przewagę do 7 punktów. Potem już oglądaliśmy popis indywidualnych akcji gwiazd Miami.

Najpierw Flash zablokował rzut Shawna Mariona, by po chwili trafić trójkę (9 pkt przewagi). Na to odpowiedział Nowitzki dwoma celnymi osobistymi. W kolejnej akcji Mavs nie dali rady zatrzymać L-Traina, który minął jak dziecko Matrixa i zapakował piłkę z faulem gracza Dallas (po wolnym 10 pkt przewagi). Mavs jeszcze na chwilę zbliżyli się na 6 punktów, ale w końcówce wsady Chrisa Bosha i Jamesa dobiły ich i zapewniły wygraną gospodarzom.

Co zadecydowało o wygranej Heat? Po pierwsze świetna defensywa. Zatrzymali Mavs na zaledwie 37% skuteczności z gry. Wygrali zdecydowanie walkę na tablicach 46:36 (w ofensywnych 16:6). Udało im się zatrzymać Dirka Nowitzkiego, bo tak można nazwać mecz, w którym trafia 7 z 18 rzutów z gry. 

Kolejny argument za nimi to ławka rezerwowych. Tego się chyba nikt nie spodziewał, ale drugi unit Heat był lepszy 27:17. W pierwszej połowie nie wyglądało to źle, bo sam Terry miał 12 oczek na koncie. Wszystko posypało się jednak po przerwie. J.J. Barea nie przypominał siebie z poprzednich spotkań. Nie trafiał wydawać by się mogło łatwych rzutów (tak wyglądały w poprzednich meczach). Peja Stojakovic zaliczył pusty przebieg i tylko Brendan Haywood zagrał na swoim normalnym poziomie. Szkoda tylko, że jego normalny poziom to zaledwie 3 punkty. Trzymał jednak bardzo mocno grę na własnej tablicy – 7 zbiórek i 3 bloki.

Na pewno pozytywnie trzeba ocenić występ Mariona, który kolejny już raz pokazuje jak wiele znaczy dla drużyny. Świetnie wkomponował się w skład jako role player i odpowiada mu ta rola. Dzisiaj zaliczył świetne 16 punktów, 10 zbiórek i 4 asysty. Dodatkowo nieźle bronił przeciwko Jamesowi i Wade’owi.

Pytanie co dalej? Tak jak już zdążyłem przeczytać u różnych ekspertów nikt się nie spodziewa, żeby zarówno ławka Mavs, jak i Dirk zagrali drugi raz tak słabe spotkanie. I ja jestem w stanie się do tego przychylić. Jednak ich problemem nie będzie tylko atak, w którym brakowało tego ich klasycznego ruchu piłką po obwodzie. Dla nich kluczem będzie znalezienie antidotum na akcje Big Three w końcówkach. Dzisiaj nie musieli oni trafiać wielkich rzutów. Przewagę zrobili sobie wystarczająco wcześnie, żeby końcówkę móc grać na spokojnie. Jak będzie w meczu numer 2? Przekonamy się już za niecałe 48 godzin.

Quest for the trophy trwa:

Heat: LeBron James – 24 (4×3, 9 zb, 5 as), Dwyane Wade – 22 (10 zb, 6 as), Chris Bosh – 19 (9 zb), Mario Chalmers – 12 (3×3), Udonis Haslem – 7, Mike Miller – 6, Juwan Howard – 2, Joel Anthony – 0, Mike Bibby – 0

Mavs: Dirk Nowitzki – 27 (8 zb), Shawn Marion – 16 (10 zb), Jason Terry – 12 (3×3), Tyson Chandler – 9, Jason Kidd – 9 (3×3, 6 as), DeShawn Stevenson – 6, Brendan Haywood – 3 (7 zb, 3 blk), J.J. Barea – 2, Peja Stojakovic – 0

Skrót meczu:

Komentarze

komentarzy