Pacers lepsi od Raptors
Po pierwszej połowie, której oglądanie bez zaśnięcia momentami graniczyło z cudem, Pacers i Raptors z dużą nawiązką w drugiej połowie zrekompensowali mi przeklinanie w kierunku monitora tego, że zachciało mi się oglądać to spotkanie. Niezła końcówka drużyn, które budują swój styl gry i będą ciekawymi do oglądania w tym sezonie.
Zacznijmy jednak od tej złej strony, czyli pierwszych 24 minut. Najkrócej można je scharakteryzować tak: straty, straty, straty, faule ofensywne, straty, jakieś punkty i znowu straty. Obi drużyny nie mogły poukładać sobie gry, oddawały mnóstwo piłek w ręce przeciwników, a jak już dochodziły do pozycji rzutowych, to raziły nieskutecznością. Jedynym jasnym punktem był Paul George, który zdobył najwięcej punktów i najlepiej prezentował się na boisku.
Tak było do przerwy. A po niej do głosu doszli Indiana Pacers. Na swoim poziomie zaczął rozgrywać Darren Collison, regularnie dostarczając piłkę w pobliże kosza. Tam punktowali Danny Granger, Roy Hibbert, David West i Tyler Hansbrough. To oni we czterech zbudowali przewagę Pacers oscylującą w pobliżu 10 punktów.
I gdyby to byli ci sami Raptors, którzy grali jeszcze w kwietniu tego roku, to byłoby pozamiatane. Ale tam na ławce trenerskiej jest nowy szeryf – Dwane Casey, który zmienił ich oblicze. Bardzo długo nie myślałem, że to napiszę, ale Raptors wrócili do tego meczu defensywą. To z niej zaczynały się otwierać dobre okazje w ataku.
A w ataku mieli w czwartej kwarcie dwóch graczy, którzy punktowali jak starzy weterani. Pierwszy to Andrea Bargnani, a drugi to DeMar DeRozan. O ile można było się spodziewać, że Włoch będzie rzucał w końcówce, to sposób w jaki robił to DeRozan naprawdę zrobił na mnie wrażenie.
Bez wahania, bez jakiegokolwiek strachu, po prostu dostawał piłkę i szedł w górę. A co najlepsze trafiał trójki. Wpadły mu dwie w końcówce, a w całym poprzednim sezonie uzbierał ich 5 przy skuteczności 9.6%. Widać, że zdecydowanie pracował nad swoim rzutem i moim zdaniem to on powinien stać się już teraz pierwszą bronią w ofensywie Dinozaurów.
Ale żeby nie było tak różowo, oczywiście nie obeszło się bez zasadniczych błędów obrony w końcówce. Dwukrotnie przedobrzył James Johnson, który miał pilnować Danny Grangera i skończyło się na dwóch daggerach za trzy, które uspokoiły zapędy miejscowych. Przy pierwszej sytuacji Johnson powiedzmy, że jeszcze może być usprawiedliwiony, bo najpierw rzucił się na upadającego Collisona, ale i tak zdążył z ręką do rzutu Grangera, ale przy drugiej sytuacji został na zasłonie pod samym koszem i nie zdążył w ogóle do rzutu.
Patrzę jednak optymistycznie na obie drużyny. Obie mnie zaskoczyły. Po Pacers co prawda trzeba się spodziewać przy tym składzie zwycięstw i to w lepszym stylu niż na razie, ale można ten styl zrzucić na karb braku zgrania. Z kolei Raptors w końcu zaczęli grać w defensywie, co bardzo docenili ich kibice, zawsze cisi, nie reagujący na wydarzenia poza efektownymi wsadami. Teraz wspierali swoją drużynę i powinni widzieć, że perspektywa playoffs może nie być tak daleka przy tym coachu.










