Odom się obudził, ale to za mało
Zapowiedzi rewanżu za finał ubiegłorocznych playoffów były marnym chwytem, by przykuć do tego spotkania nieco więcej uwagi ewentualnych zainteresowanych. Nie o to chodzi. Mavs nie są tym samym zespołem, co niecały rok temu, a Heat zmieniają się ustawicznie, raz podążając w tym, a raz w innym kierunku. Ciężko przewidzieć, co tym razem czeka gości American Airlines Arena.
Niemniej zamiast gości powinienem użyć zwrotu – tymczasowych fanów bądź innego lekceważącego epitetu. Hala Żaru świeciła pustkami, nawet w pierwszych rzędach. Nie bez powodu o mieszkańcach Miami mówi się jako o najbardziej leniwych w całych Stanach. Heat mimo swojego silnego wizerunku wykreowanego przez Wielką Trójkę – nie zdołali zapewnić organizacji regularnych wyprzedaży biletów, co też nie powinno nikogo dziwić. Czasami mam wrażenie, że zespół nie do końca wykorzystał możliwości, jakie dało im ich nowe oblicze.
Nie o tym tutaj jednak. Mavericks przyjechali na Florydę z nadzieją, że ich wolne tempo gry po obu stronach parkietu nie będzie piętą achillesową wobec up-tempo Miami Heat. Podejście nie tyle naiwne, co bez pomyślunku, bo gdy w drugiej połowie Heat zaczerpnęli drugi oddech to zaczęli skutecznie wykańczać Mavs na tablicach, a także po pick’n’rollach, zwłaszcza, gdy goście rezygnowali z obrony strefowej. Na początku sezonu to był jakiś sposób, aby zatrzymać ekipę z Miami, lecz ta gra się ciągle zmienia i Heat zdążyli odrobić zadanie domowe.
Piętnaście strat Mavs, z których Heat rzucili 19 punktów zaczęło ciążyć zespołowi Ricka Carlisle’a w czwartej kwarcie. Heat jako jeden z najbardziej bezlitosnych zespołów w transition offense w tym stuleciu w cuglach dokończył czwartą kwartę pozwalając sobie nawet na odrobinę finezji przy kończeniu kontr. Z pewnością na taki obraz gry miał też wpływ wiek liderów ekipy z Teksasu. Jason Kidd, Dirk Nowitzki i Jason Terry starali się ciągnąć Mavs w czwartej kwarcie prawie jak w finałach. Heat tym razem udało się na to odpowiedzieć zmuszając przeciwnika do biegania i szukania otwartych pozycji.
Niejednokrotnie bywało tak, że jedyną ofensywną opcją Dallas była izolacja dla Dirka Nowitzkiego. Niemiec po słabym początku sezonu powoli odzyskuje zasięg, nadal mimo wszystko nie jest w stanie uciągnąć całego zespołu na swoich barkach. Heat atakowali głównie pod koniec kwart, kiedy Mavs mieli problemy ze złapaniem oddechu, bo tak szybkie tempo narzuciło im Miami. To była pułapka Ericka Spoelstry, który coraz bardziej rozumie tę grę, a nieprzychylne głosy o jego zwolnieniu ucichły jakiś czas temu.
Mavs w pierwszej połowie nie mieli ani jednej próby z osobistych, co świadczy o bardzo dobrej obronie Heat, zwłaszcza pod koszem. Chcę też powiedzieć, że Joel Anthony jest bardzo niedoceniany w defensywie. Siłą i wzrostem potrafi zatrzymać nawet najbardziej atletycznych graczy w tej lidze. Bardzo ważny punkt w obronie Heat. Notuje bardzo wysoki wskaźnik defensywny, średnio zdobywając 4,1 zbiórki i 1,4 bloku.
W międzyczasie, gdzieś za kurtyną i po cichu do gry w koszykówkę wracał rozbity emocjonalny w tym roku Lamar Odom. Zawodnik Mavs zdobył 12 punktów, trafił 4/6 FG, miał 3 asysty, 4 zbiórki i był bardzo ważnym elementem z ławki dla Ricka Carlisle’a. Na jego powrót czeka całe Dallas, na razie jednak powinniśmy potraktować tą dyspozycję jako wyjątek od reguły, którą w tym sezonie silny skrzydłowy ustanowił.
Heat grają back2back i na drugi mecz serii udają się do Toronto, gdzie podejmą Raptors. Podobnie w przypadku Mavericks, który czeka starcie z Orlando Magic w Amway Center.












szkoda że mavs przegrali tak wysoko bo na pewno na to nie zasługiwali. Może gdyby Terry był w swojej normalnej rzutowej dyspozycji dallas mogliby powalczyć o zwycięstwo. A tak poza tym strasznie chimerycznym zespołem jest mavs bardzo ciężko stwierdzić na co ten zespół stać.