Norris Cole bohaterem Heat

Przez cały mecz Miami Heat kontrolowali spotkanie. Dopiero fibowski pomysł Doca Riversa dał szansę na zwycięstwo Boston Celtics. Wtedy wicemistrzowie NBA skierowali się do swojego debiutanta – Norrisa Cole’a, który kluczowymi rzutami zapewnił im drugie zwycięstwo w tym sezonie.

Spotkanie było zapowiadane jako rewanż za półfinał konferencji playoffs ostatniego sezonu. Nie do końca tak było, bo zabrakło choćby Paula Pierce’a, który jeszcze nie zagrał w tym sezonie i prawdopodobnie przed piątkiem nie pojawi się na parkiecie. W związku z tym naprzeciw LeBrona Jamesa stanął Sasha Pavlovic. I w sumie słowo stanął dobrze odzwierciedla jego obronę.

Heat grali w pierwszej połowie kapitalnie w obronie. Wymuszali co chwilę straty na Celtics i zamieniali je na efektowne punkty we wczesnej ofensywie. 8 strat Bostonu w pierwszej kwarcie, 7 w drugiej i 23:11 do przerwy w punktach po stratach dla gospodarzy.

Taką defensywą bardzo ekscytowali się komentatorzy i nie ma się co im dziwić. Nazwali tą obronę najszybszą w całej NBA i porównali do tego, co prezentowali Chicago Bulls z Michaelem Jordanem, Scottie Pippenem i Dennisem Rodmanem. Nic dziwnego, w końcu podobnie jak tamci mają takich defensorów, którzy bez problemu mogą bronić praktycznie każdego zawodnika na boisku.

Pomimo takiej obrony Heat nie potrafili jednak uciec całkowicie Celtics i to przede wszystkim dlatego, że goście jak już nie tracili piłek, to zamieniali swoje akcje na punkty. Trafiali ze skutecznością ponad 50% z gry i mieli świetnie dysponowanych zza linii trzypunktowej Raya Allena i Keyona Doolinga. Wszystkim oczywiście dyrygował świetny Rajon Rondo.

Nadzieja dla Celtics przyszła w trzeciej kwarcie, kiedy to po wysłaniu chyba wszystkich graczy przeciwko Jamesowi i Dwyane’owi Wade’owi, Rivers zdecydował się postawić strefę. Zbiegło się to z lepszą ofensywą Celtics i przewaga Heat zaczęła topnieć z kilkunastu punktów do zaledwie kilku.

Heat nie mieli już przewagi ścięć w ataku, bo uciekając od jednego defensora trafiali na następnego. Ich ofensywa stała się przewidywalna i zależała tylko od tego czy rzuty z półdystansu będą im wpadać. Pudłowali kolejno James, Wade i Udonis Haslem. W końcu piłka trafiła do debiutanta Norrisa Cole’a, który trafił kluczowe dwa rzuty w ostatnich dwóch minutach i został bohaterem Heat.

Cole już w meczach przedsezonowych pokazywał się z dobrej strony, jednak taki występ, jak ten z Celtics pokazał, że dobrze stało się dla Heat, że nie zatrudniono Chauncey Billupsa, ani Barona Davisa, bo ich obecność ograniczałaby rozwój tego zawodnika, który będzie bardzo ciekawą alternatywą dla słabego w tym meczu Mario Chalmersa, a na pewno lepszy niż Mike Bibby w zeszłym sezonie.

Heat są już teraz lepsi niż rok temu, ale Celtics pokazali gdzie mają swoje słabe strony i co trzeba zrobić, żeby ograniczyć ich zapędy. Jest już na nich pewien sposób, ale czy inni skorzystają na tej małej lekcji coachingu w wykonaniu sztabu Doca Riversa?

Celtics drugi raz z rzędu zabrakło niewiele, żeby wrócić do meczu z dalekiej podróży. Mają bilans 0-2 i mało czasu na odpoczynek. Prawdopodobnie w momencie jak piszę to zdanie lądują dopiero na lotnisku w Nowym Orleanie i zaraz pojadą do hotelu, żeby przespać się przed meczem z Hornets. Kalendarz nie jest i nie będzie ich sprzymierzeńcem. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

MIA: LeBron James – 26 (5 as), Dwayne Wade – 24 (8 as, 4 blk), Norris Cole – 20 (3 prz), Chris Bosh – 18 (11 zb), James Jones – 9 (3×3), Joel Anthony – 4, Mario Chalmers – 4 (5 prz), Udonis Haslem – 4 (12 zb), Shane Battier – 4, Juwan Howard – 2

BOS: Ray Allen – 28 (6×3), Rajon Rondo – 22 (8 zb, 12 as), Keyon Dooling – 18 (4×3), Brandon Bass – 13, Kevin Garnett – 12 (3 prz), Marquis Daniels – 9, Sasha Pavlovic – 5, Jermaine O’Neal – 0, Chris Wilcox – 0, Avery Bradley – 0

Śledź autora tekstu na Twitterze