Miłość bez happy-endu

Kevin Love /fot. Flickr

Trzeba przyznać, że Kevin Love do spółki z Rickiem Adelmanem potrafią zaskoczyć człowieka. Zawodnik powrócił w niespodziewanym momencie na parkiety, jednak Minnesota Timberwolves uległa w tym spotkaniu Denver Nuggets.

Historia Kevina sięga dnia 18 października, czyli 2 tygodnie przed tym, jak Timberwolves mieli rozpocząć najbardziej obiecujący sezon w dotychczasowych występach. Love złamał rękę, a jego powrót był spodziewany na 6-8 tygodni po inauguracji rozgrywek. Na szczęście, gracz uniknął operacji, przez co niektórzy myśleli, ale tylko myśleli, że zawodnik może zagrać nieco wcześniej. Jednak mając na uwadze rehabilitację, raczej nie spodziewano się, że Kevin wróci do składu nieco ponad 4 tygodnie po doznaniu złamania. A wrócił. I w dodatku po medialnej ciszy na ten temat.

Cała sytuacja zaczęła się na około godzinę przed rozpoczęciem spotkania z Nuggets. Wcześniej, w wywiadach, nikt nawet nie insynuował, że Love będzie zdolny do gry w tym meczu. Milczał trener, milczeli koledzy z drużyny, milczał sam Kevin. Dopiero burza wywołana po „wycieku” informacji rozpoczęła prawdziwe szaleństwo. Sprzedano dodatkowe 1,000 biletów na spotkanie, czyli około 200 więcej niż normalnie, a kibice zgromadzeni w hali, po informacji spikera, że Love zacznie w pierwszym składzie oszaleli.

Oprócz niego, po kontuzjach do gry powrócili dzisiaj jeszcze Nikola Peković oraz J.J. Barea zatem możliwość upiększenia powrotu do składu Love’a idealna. I tak się też zaczęło. Timberwolves rozpoczęli to spotkanie z wielkim impetem, górując w każdym elemencie a każda kolejna akcja doprowadzała kibiców do tworzenia jeszcze większej wrzawy. Po ośmiu minutach spotkania, Love miał 14 punktów i 4 zbiórki. Gdyby utrzymał takie tempo, zdobyłby dziś 84 oczka przy 24 zbiórkach. Co lepsze, nie wyglądał wcale na dotkniętego mentalnie czy fizycznie przez kontuzję. Wniósł do gry zespołu ogromną ilość energii, dyrygował drużyną – lider z krwi i kości powrócił.


Do przerwy gospodarze prowadzili 58-44 ustanawiając przy tym rekordy w liczbie zdobytych punktów w jednej kwarcie (32) i w pierwszej połowie w tym sezonie.

Jednak para w końcu uszła z graczy Timberwolves i po świetnie prognozujących dwóch kwartach, zaczęli stopniowo pogarszać swoją grę. W prosty sposób psuli swoje akcje ofensywne, przyczyniając się do zaliczenia 11 strat w drugiej połowie i pozwalając Andre Iguodali w trzeciej i Andre Millerowi w czwartej kwarcie zdobyć po 11 punktów i poprowadzić gości do zwycięstwa.

Bohater dnia (a przynajmniej kibiców Wolves) zanotował kapitalny występ. W 35 minut spędzonych na parkiecie zdobył 34 punkty przy 14 zbiórkach. Trafił 12 z 25 prób z gry jednak zawiódł w skuteczności rzutów za trzy punkty (22%, 2/9).

Love, rzecz jasna, był bardzo zawiedziony po doznanej porażce. Z resztą – kto z nas by nie był po tak imponującym i obiecującym starcie ? Miejmy na uwadze jednak to, że Nuggets to klasowo zupełnie inny zespół od Warriors czy Bobcats, a Timberwolves, grając odmienionym składem niż tydzień temu postawili im się z bardzo dobrym skutkiem przez pierwsze dwie kwarty. Kwestią czasu jest kompletne zgranie się drużyny i początek wygrywania swoich spotkań oraz marsz w nieznane w PlayOffach, bo to jest główny cel Minnesoty na ten sezon.

Wojciech Bielewicz @Twitter

Komentarze

komentarzy