Magic mieli coś do udowodnienia
Dwight Howard nie istniał w pierwszej połowie meczu. Siedział na ławce i stroił żarty z kolegów. W tym czasie Magic mogli zacząć obawiać się o swoją skórę. Pacers przejęli inicjatywę i rzucali na skuteczności około 61% FG, co jest dla nich w tym sezonie dość wyjątkowym zjawiskiem. Jednak, gdy Howard wrócił w trzeciej kwarcie i otworzył dla swoich kolegów więcej pola do gry, robiąc naprawdę dobrą robotę w pomalowanym – Magic przypomnieli sobie, co jest ich największym atutem i wygrali ten mecz różnicą 19 punktów.
Pacers wiedzieli, że ich siła leży w grze pod koszem, Magic wiedzieli, że zdecydowanie lepiej radzą sobie na obwodzie. Niedawno rzucili New York Knicks 17 trójek w jednym meczu. Pierwszy skład mają niemal obsiany strzelcami: Ryan Anderson, Hedo Turkoglu, Jason RIchardson, z kolei z ławki wchodzi bodaj najlepszy strzelec zespołu – J.J. Redick, poza tym jest jeszcze nie najgorszy Quentin RIchardson. W całym spotkaniu Magic trafili 13 trójek na skuteczności 41% FG. Pacers mimo, że mają Danny’ego Grangera i Paula George’a – trafili trzykrotnie z jedenastu prób.
Goście konsekwentnie przez cały mecz rzucali na podobnej skuteczności, co okazało się być dla nich kluczem do sukcesu, Pacers byli z kolei bardzo chimeryczni, bowiem w drugiej i ostatniej kwarcie zaliczyli wyraźny regres do kwart poprzedzających. Publiczność zebrana w Bankers Life Fieldhouse liczyła na powrót swojego zespołu w finałowej odsłonie, a Ci na przekór rzucali 25% FG. Na początku spotkania pomyślałem sobie – cholera jasna oni są naprawdę wszechstronnym zespołem, który ma odpowiednie fundamenty, brak mu tylko „wykończeń”. Po zakończeniu spotkania z tych słów musiałem się wycofywać.
Gospodarze słabli w momencie, gdy z parkietu schodził „zamaskowany” tej nocy Roy Hibbert. Larry Bird nie powinien się długo zastanawiać nad zakontraktowaniem młodego gracza i następnego lata przedstawić mu w miarę lukratywną ofertę. Pacers bez swojego podstawowego centra nie potrafili przedostać się pod kosz i mimochodem wycofywali się na półdystans, gdzie nie czuli się już tak dobrze. Woda na młyn dla Magic, a szczególnie szalonego w polu trzech sekund Glena Davisa. Ten chłop ma w sobie sporo energii, co chciał wczoraj dobitnie pokazać. Trafił 13 punktów, miał 5 zbiórek i 2 razy zablokował, co przy jego wzroście jest niecodziennym osiągnięciem. Jak to mówią – ma szybkie ręce.
Przed rozpoczęciem sezonu często łapałem się na myśleniu, co wniesie do Indiany David West. Wczoraj udało mi się odrobinę zaspokoić swoja ciekawość, bowiem niemal całe spotkanie obserwowałem go sokolim okiem. Akurat mecz zagrał słabo i po części można na jego karb zrzucać winę za porażkę, ale nie ulega wątpliwości, że jest to brakujący element Pacers, którego zabrakło podczas kampanii 2010/2011. Jeżeli Frankowi Vogelowi (trener zespołu) uda się zmaksymalizować zysk płynący z jego gry, to West powinien być jednym z najlepszych silnych skrzydłowych w lidze i wcale nie przesadzam.
Właściwie ten mecz skończył się dla gospodarzy w momencie, gdy Orlando podnieśli tempo i grali, tzw. wczesną ofensywę. Dobra wymiana piłki między zawodnikami Magic i umiejętność wypracowania sobie pozycji do rzutu rzuciły Pacers na kolana, z który nie podnieśli się już do końca rywalizacji.
Ekipa z Indiany na kolejne spotkanie wybiera się do Wietrznego Miasta, gdzie już czekają głodni zwycięstw Chicago Bulls bez Luola Denga. Magic mają kilka dni przerwy przed rewanżowym pojedynkiem z Boston Celtics, tym razem w Amway Center.










