Magia przyćmiła blednące Słońca

Glen Davis /fot. Flickr

Orlando Magic trafili szóstkę w totka, wybierając Jacque’a Vaughna na trenera. Mimo braku dwóch podstawowych zawodników, Magic odprawili z kwitkiem Phoenix Suns.

Śledź ZkrainyNBA na Twitterze

Hedo Turkoglu ze złamaną ręką, a Jameer Nelson z naciągniętą pachwiną mogli obserwować ten mecz tylko jako widzowie. Ich koledzy w drugiej połowie zrobili z Phoenix Suns miazgę, pokazując jak można kogoś zmieść z parkietu. 37:9 to jeden z najwyżej wygranych fragmentów meczu, nawet na parkietach NBA.

Magic wykorzystywali w trzeciej i czwartej kwarcie każdy błąd w obronie Suns, a było ich wiele. Luis Scola broniąc pick and rolli zachowywał się, jakby właśnie wysiadł z roller coastera, który przyprawił go o wielki zawrót głowy. Biegł nie w tą stronę, co trzeba, zostawiając swojego zawodnika na czystej pozycji. Podobnie było z Michaelem Beasleyem, który do Suns póki co przyszedł tylko po to, żeby potrenować rzuty poza taktyką ustaloną przez trenera.

Dziury w obronie próbował łatać Marcin Gortat, dla którego każda wizyta w Orlando jest szczególna. Zagrał bardzo przyzwoicie (14 pkt., 11 zb., 4 blk.), ale nie był wystarczająco dokarmiany podaniami i sam musiał sobie wywalczać okazje do rzutów. Wychodziło mu to bardzo dobrze, bo zaliczył choćby 7 zbiórek w ofensywie.

Z racji gry Polaka w Phoenix nie ma co ukrywać, że cieplej patrzymy na grę Suns, ale momentami przyprawia nas ona o chęć wyłączenia meczu. Szczególnie gdy o ataku decydują Michael Beasley i Shannon Brown. Obaj najchętniej graliby wiecznie 1 na 1, niezależnie od ustawionych zagrywek. O ile jeszcze Beasleyowi wpadało w tym meczu (9/17 z gry), to sam fakt rozbijania rytmu gry źle wpływał na Suns.

Jeśli to się nie zmieni w najbliższym czasie, to drużyna z Arizony będzie mogła tylko pomarzyć o grze w play-off. Magic wycisnęli 110% ze swojego ataku. W trzeciej kwarcie rzucili 40 punktów, w pewnym momencie mieli 7/7 w rzutach za trzy, a skończyli 9/11.

Zaledwie roczny pobyt w Boston Celtics u boku Doca Riversa i Rajona Rondo pozwolił, żeby E’Twaun Moore się na tyle rozwinął, by stać się zawodnikiem godnym gry nawet w pierwszej piątce. Zdobył 15 punktów, miał 6 asyst i 3 przechwyty i świetnie napędzał ataki Magic.

Swoje dodał Arron Afflalo, a także już teraz kandydat do miana najlepszego rezerwowego ligi – J.J. Redick, który w obu meczach sezonu przekraczał granicę 20 punktów.

Jak gruba ryba w wodzie czuje się też Glen Davis, który sprawdza się jako lider zespołu. Nie ma oporów przed oddawaniem dużej liczby rzutów i ma od trenera wolną rękę w podejmowaniu decyzji.

Tak zbudowana ekipa przez Roba Hennigana i prowadzona przez Jacque’a Vaughna może już w tym roku napsuć krwi wielu faworytom. Czy ma szansę powalczyć o play-off? Jeszcze za wcześnie by to rozstrzygać.

Na razie Jacque Vaughn zdecydowanie ułatwia w pierwszych meczach kibicom zapomnienie o braku Dwighta Howarda. Tak trzymać!

Piotr Zarychta @ Twitter