Kryptonitem w Magię

Nate Robinson /fot. Flickr

Od zera do bohatera, taką drogę przechodził w meczu z Orlando Magic Nate Robinson. W końcu wziął się w garść i to jego akcje w czwartej kwarcie pociągnęły Bulls do zwycięstwa.

Śledź ZkrainyNBA na Twitterze

Pod względem atmosfery ten mecz przypominał piknik. Kibice siedzieli cicho przez 3 i pół kwarty, halowy zapiewajło ograniczał się tylko do mówienia kto zdobył punkty i z rzadka puszczania jakiejś muzyki. Przez większość meczu naprawdę trudno było walczyć z pokusą zaśnięcia.

Kontuzja Derricka Rose’a wymogła na Tomie Thibodeau pewne zmiany. Koniec z grą jeden na jeden kogokolwiek, opieramy się tylko i wyłącznie na ustawionej grze. Efekt? 27 asyst przy 40 celnych rzutach z gry. Bulls grają jak po sznurku, za każdym razem szukając akcji dwójkowych lub trójkowych. Z tego schematu wyrywa się tylko Nate Robinson.

W drugiej kwarcie do zmiany za niego szykował się Kirk Hinrich, po tym jak Nate zepsuł dwie akcje z rzędu. Gdy jednak zobaczył kolegę szykującego się do wejścia, zdobył 4 punkty w dwóch kolejnych posiadaniach i Captain Kirk wrócił na ławkę. Nate’owi to zaszkodziło, bo poczuł się pewny siebie i popełnił błąd kroków. Hinrich automatycznie wrócił na boisko.

To pokazuje, że Thibodeau mimo, że wymógł na Robinsonie grę według schematów, to nie do końca mu ufa. W czwartej kwarcie jednak nie miał wyjścia.

To Robinson poprowadził decydujący atak od stanu 70:70. Najpierw trafił dwa rzuty z półdystansu po braku ustawionych akcji. Dostał burę i w kolejnych trzech znalazł asystami Luola Denga i Joakima Noah. Szybka seria 10:2, w tym jego 4 punkty i 3 asysty. Magic udało się jeszcze potem zbliżyć na dystans 3 punktów, ale dobra egzekucja ataku i błędy w obronie Magic dały choćby łatwe punkty Tajowi Gibsonowi.

Oczywiście sam Robinson tego meczu nie wygrał. Bulls znowu byli świetni w obronie. Co prawda 41.9% skuteczności Orlando nie jest jakimś wybitnym wynikiem, ale ograniczenie dwóch z trzech dostępnych kreatywnych graczy wystarczyło.

Glen Davis trafił 7 z 22 rzutów (31.8%), a J.J. Redick 4 z 11 (36.4%). Jedynie Arron Afflalo się oparł obronie, rzucając 28 punktów na dobrej skuteczności (10/17 z gry). Jak dołożymy do tego dobrą grę E’Twauna Moore’a (17 punktów), Nikoli Vucevicia (kolejne double-double), a za chwilę wróci Jameer Nelson, to Jacque Vaughn będzie miał dalej z czego lepić.

Magic mogą być naprawdę miłym dla oka zespołem w najbliższych rozgrywkach. Nie powinniście spuszczać z nich wzroku.

Piotr Zarychta @ Twitter