Kompletny smallball

Celtics@Heat /fot. Filckr

Hitem pierwszego dnia rozgrywek nowego sezonu NBA był mecz w American Airlines Arena, gdzie obecni mistrzowie ligi, Miami Heat, podejmowali Boston Celtics. W poniższym artykule postanowiliśmy zwrócić uwagę na parę szczegółów, które mogły umknąć Waszym oczom. Zapraszamy!

Przebieg spotkania zdecydowanie zawiódł tych, którzy liczyli na wyrównaną walkę do ostatnich sekund. I choć mecz stał na wysokim koszykarskim poziomie, to niemal w całości odbył się pod dyktando Miami Heat. Mistrzowie NBA pod koniec pierwszej kwarty objęli prowadzenie, które sukcesywnie powiększali do końca spotkania. Celtics ani przez moment nie wyglądali na ekipę, która byłaby w stanie wypunktować rywali i odwrócić losy rywalizacji. Niezłe spotkanie w ekipie z Florydy rozegrali LeBron James, Dwyane Wade i Ray Allen, a po stronie gości na pochwałę zasługują z pewnością 24-punkty Paula Pierce’a i świetna czwarta kwarta Leandro Barbosy.

Terry jednak rezerwowym

Miami rozpoczęli w ustawieniu identycznym, jakie dało im mistrzowskie pierścienie – z Jamesem na pozycji numer cztery i Shane’m Battierem w backcourcie. I o ile startowa piątka Miami nie budzi żadnych zastrzeżeń, o tyle trener Celtics, Doc Rivers, nie sprostał oczekiwaniom kibiców i zaczął mecz z mało wyrazistym Brandonem Bassem jako silnym skrzydłowym i Courtneyem Lee jako rzucającym obrońcy. Wszyscy spodziewali się, że miejsce Bassa zajmie powracający po roku nieobecności Jeff Green, bądź pierwszoroczniak Jared Sullinger. Po świetnym preseason do pierwszej piątki prognozowany był również Jason Terry. Boston w takiej rotacji zagrał całkiem przyzwoicie w ofensywie, więc nie należy się spodziewać, by Rivers cokolwiek zmieniał w składzie na najbliższe spotkania.

Run Forest, Run!

Pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy po obejrzeniu spotkania, to zupełnie inna kultura gry obu drużyn. Dystans przebiegnięty przez graczy Miami Heat w dzisiejszym spotkaniu powinno się mierzyć w latach świetlnych, zarówno w obronie, jak i ataku. Wszyscy zawodnicy bez piłki przemieszczali niewiarygodnie szybko, szukając czystej pozycji do oddania rzutu. Próby z dystansu w porównaniu do meczów przedsezonowych oddawane były z rozwagą, i, co najważniejsze, celnie. Mistrzowie ligi w obronie uwijali się jak w ukropie, szczelnie pilnując zwłaszcza Kevina Garnetta i Jasona Terry’ego.

Boston to przeciwieństwo Heat. Mecz sprawiał wrażenie, jakby piłka parzyła Celtów w ręce – większość akcji kończonych była w pierwszej połowie dwudziestu czterech sekund. Jedynym zawodnikiem mającym zielone światło na akcje indywidualnie był Rajon Rondo – reszta ofensywy gości oparta była na rzutach z półdystansu Pierce’a, Bassa i Garnetta.

Prawdziwy smallball

Miami Heat kolejny raz zadziwili mnie elastycznością swoich zawodników. Position-less basketball w wykonaniu gospodarzy jest godny podziwu. LeBron James w pierwszej połowie grał tylko jako silny skrzydłowy, a w drugiej wziął się za rozgrywanie. Dwyane Wade rotował na pozycjach 1-3, Bosh co akcję zmieniał się ze skrzydłowego na rasowego centra, a Ray Allen raz po raz kreował akcje swoim kolegom. Na uwagę zasługuje jednak przede wszystkim odwaga trenera Erika Spoelstry w zestawianiu graczy – pod koniec trzeciej kwarty na boisku znajdowali się Chalmers, Allen, Wade, James i Lewis. Jeden z najniższych (a już najbardziej backcourtowy) line-up jaki widziałem w Miami Heat. Jakieś zbiórki w planach?

Ray, już cię nie znam!

Na pewno wiele osób było zainteresowanych powitaniem Raya Allena z Kevinem Garnettem. Wyglądało to dokładniej tak:

A jak z tego wytłumaczył się potem sam KG?

Dobrze wiecie, jaką jestem osobą. Starałem się pozostać tak neutralny, jak tylko mogłem. Musiałem jednak tak zareagować, kiedy widziałem Raya w stroju Heat. Po prostu chciałem grać w koszykówkę.

Rondo, zjedz Snickersa, nie jesteś sobą!

Rajon Rondo miał dzisiejszej nocy spore problemy by ominąć szczelną defensywę Heat i ustawić Celtics w ataku pozycyjnym. Większość swojej zdobyczy punktowej i asyst zdobył we wczesnej ofensywie, kiedy obrona mistrzów NBA nie była jeszcze ustawiona. 20 punktów, 7 zbiórek i 13 asyst w wykonaniu młodego lidera Celtics wygląda imponująco, ale jeśli dodamy do tego cztery faule, pięć strat, jeden techniczny i jeden flagrant powinniśmy otrzymać obraz Rondo z dzisiejszego spotkania. Głupie straty i brutalny faul w końcówce spotkania na liderze Heat przyćmiły w gruncie rzeczy dość przyzwoity występ rozgrywającego gości. Spotkanie to potwierdziło moją wcześniejszą teorię – Rondo ma duże problemy z rozgrywaniem w ataku pozycyjnym z drużynami dobrze broniącymi na perimeter.

Znowu skurcze?!

Powracają koszmary LeBrona Jamesa z końcówki zeszłego sezonu – powtarzające się skurcze lewej łydki. Dobrze pamiętamy co przytrafiło się najlepszemu graczowi na parkietach NBA w meczu numer 4 Finałów NBA. Już w pierwszym meczu nowego sezonu mamy powtórkę z rozrywki – na początku czwartej kwarty James musiał zejść do szatni i na boisko już nie wrócił. Fizjoterapeuci Heat mają teraz niezwykle trudne zadanie – przed Jamesem jeszcze około sto spotkań. Stan jego łydek należy zdecydowanie przywrócić do porządku, bo może to zostawić trwały ślad na poczynaniach LeBrona w obecnych rozgrywkach.

W końcu to mam!

LeBron James/fot. Flickr

Czy nie tak wygląda ludzkie szczęście?

Mikołaj Wanago