Knicks nie sprostali wyzwaniu
Mike D’Antoni obiecywał poprawę i słowa dotrzymał, niestety lepsza forma jego zespołu zbiegła się z chęcią udowodnienia przez Byki z Wietrznego Miasta, iż dotkliwa porażka z Sixers była tylko wypadkiem przy pracy. Po dwóch meczach z rzędu Bulls utrzymują się na pierwszym miejscu w konferencji wschodniej i mają na koncie trzy spotkania więcej, niż znajdujące się za nimi ekipy z Filadelfii i Miami.
Jeżeli macie dopiero zamiar obejrzeć, któreś ze spotkań ubiegłej nocy, to wybór Chicago Bulls przeciwko New York Knicks byłby jak najbardziej trafny. Przez wszystkie cztery kwarty zespoły trzymały się na pewnym dystansie, niemniej dla bardziej wnikliwych obserwatorów jasne było, że Bulls wykorzystując dobrą obronę jeden na jednego i szybkie przechodzenie z ofensywy w defensywę, odcięli Knicks od możliwości grania run-and-gun D’Antoniego. Zaczęły się więc próby z atakiem pozycyjnym i kreowaniem przestrzeni, co niestety spowodowało dużą niekonsekwencje w grze gospodarzy.
Knickerbockers trafiali 49% FG swoich rzutów, co mogłoby zapewnić im zwycięstwo z przeciwnikiem mniej wymagającym, niestety tego dnia trafili na Byki, które trafiały 53% FG. Gra w kartkę zespołu Toma Thibodeau z pewnością nie cieszy fanów Bulls, ale dużą rolę odgrywa tu brak kluczowej dwójki, czyli Richarda RIP-a Hamiltona oraz Luola Denga. Oni w głównej mierze byli arsenałem na półdystansie i to oni zapewniali stamtąd punkty. Ich brak spowodowało zrzucenie większego obowiązku gry dalej od kosza na Carlosa Boozera, Derricka Rose’a i Ronnie Brewera.
Madison Square Garden z kolei oglądało dzisiaj swoich graczy pod batutą Carmelo Anthony’ego, będącego jednocześnie jedyną i dwójką, bowiem Baron Davis nadal ma problemy zdrowotne i rehabilitacja jego pleców nie odbiegła końca. Wraz z Amare Stoudemire’em zdobyli tej nocy 60 punktów z wszystkich całego zespołu i w końcu wyglądali jak produkt komplementarny, gdzie jeden ma miejsce na reżyserowanie własnej gry, a drugi korzysta na tym pod koszem i na półdystansie. Tego właśnie oczekiwano odkąd w Nowym Jorku pojawił się Melo.
Nadal mimo to NYK bronili, jakby stanowiło to dla nich psi obowiązek. Zdecydowanie za późno zaczęli podwajać Derricka Rose’a, dopuścili do gry po zasłonach Kyle Korvera, który w pierwszej kwarcie trafił im trzy trójki z rzędu i jedynym rozwiązaniem na zatrzymanie rozpędzonych Byków był czasami tylko faul. Bulls trafili 21/29 rzutów z linii osobistych, a najczęściej stawał na niej Rose, który niedawno obiecywał, że już więcej fanów Chicago nie zawiedzie i kolejne osobiste w końcówce będą wchodzić.
Tym razem weszła jedna i było 105:102 dla Bulls. Brak możliwości wykorzystana przerwy w grze i tylko 5 sekund na zegarze zmusiło Anthony’ego do niemalże desperackiego rzutu, który tej nocy nie miał prawa znaleźć się w koszu.
5 lutego o 2:30 Bulls zmierzą się w Bradley Center z Milwaukee Bucks, z kolei New York Knicks czeka starcie już tej nocy z Boston Celtics.











