Jego wysokość John Lucas III

Bulls byli w tym meczu już 27:0 w rzutach za trzy punkty, kiedy Heat trafili trzy trójki z rzędu redukując przewagę gospodarzy. Wtedy fani zespołu z Wietrznego Miasta mogli poczuć lekkie mrowienie i ból żołądku, bo mimo, że oczekiwali najlepszego, a byli przygotowani na najgorsze – zwycięstwo nad Heat z Derrickiem Rosem czy bez niego – jest swoistą wisienką na torcie tego skondensowanego sezonu.

Wszystko o czym chcemy mówić w kwestii tego spotkania ostatecznie powinno sprowadzać się do Johna Lcuasa III. Pamiętacie pewnie jeszcze, gdy w pierwszym spotkaniu między tymi zespołami LeBron James nonszalancko przeskoczył Lucasa w drodze na alley-opa. Zawodnik Bulls o tym nie zapomniał, wręcz przeciwnie. Grał dzisiaj z taką pasją i taką energią, że nawet przerośnięte i atletyczne ciało zawodnika Heat nie było w stanie go powstrzymać. Serce fanom Bulls podniosło się szczególnie wtedy, gdy Lucas trafił z odchylenia nad LeBronem jeszcze raz broniąc twierdzy, jaką jest United Center.

Z drugiej jednak strony James ciągnął dzisiaj ten wózek Heat i przy okazji wiózł na nim Dwyane’a Wade’a. Reszta ekipy z South Beach biegała, starała się kreować pozycje, a czasami uprawiała zawód statystów, biernie patrząc na indywidualne wyczyny swoich dwóch liderów. Przed szereg pod koniec czwartej kwarty wyszedł James Jones, który trafił dwie trójki w kluczowym momencie spotkania. Jednak Bulls bezbłędni na linii rzutów osobistych tej nocy nie pozwolili, aby zwycięstwo przeciekło im przez palce. Rose siedząc na ławce w gustownym niebieskim garniturze przyglądał się poczynaniom swoich kolegów. Prawdopodobnie wróci na mecz z Blazers.

„Szukacie Derricka?” – pytał niezidentyfikowany gracz Chicago Bulls, gdy zespoły schodziły do szatni już po zakończeniu spotkania. Ławka rezerwowych Bulls zdobyła w tym spotkaniu 56 punktów; Heat 15. Dysproporcja była zatem ogromna, a opinie, iż zespół z Chicago jest teraz jednym z najgłębszych zespołów w lidze mają naprawdę wiele wspólnego z rzeczywistością. Na tablicach niesamowite zawody rozegrał Taj Gibson, którego energia niejednokrotnie w tym meczu napędzała zarówno akcje defensywne, jak i ofensywne Byków. LeBron po spotkaniu przyznał, że przeciwnik przejął spotkanie w drugiej kwarcie i Heat nie byli w stanie zniwelować przewagi przeciwko tak dobrze zorganizowanej defensywie.

Niemniej Miami również miało sporo momentów bardzo dobrej gry w obronie, gdy agresywnie podwajali i zatrzymywali przeciwnika na obwodzie. Sęk w tym, że Byki tej nocy z obwodu trafiały 53%, przy 4/6 3PT Kyle’a Korvera. Przewaga zarysowała się także na tablicach. 50 zbiórek Bulls, przy zaledwie 34 Heat to naprawdę przepaść między zespołami, które uchodzą za głównych faworytów na wschodzie. Z tego wynikaj jeszcze ciekawsza statystyka punktów z drugiej szansy. Heat po wznowieniach punktów zdobyli 7, natomiast Bulls 21.

Oba zespoły swoje kolejne spotkania rozegrają 16 marca. Heat przeciwko Sixers w Wells Fargo Center, z kolei Bulls u siebie podejmą Portland Trail Blazers.

Śledź autora tekstu na twitterze