Heat o włos przed Bobcats
Cały mecz byli z tyłu, przegrali zbiórki 30:53, trafili jedną trójkę przez cały mecz, a mimo to wygrali. Po raz kolejny dzięki świetnej obronie i stłamszeniu w pewnym momencie swoich rywali. O kim mowa? Oczywiście o Miami Heat, którzy już w tej chwili są głównymi faworytami do wygranej na wschodzie.
Przed spotkaniem wiele osób myślało, że Heat dostaną tą wygraną za darmo. Bo przeciwnik jest słaby, bo są na fali, a tymczasem nic z tego. Bobcats wyszli na ten mecz naładowani jak na żaden inny, bo LeBron James i spółka nie zawitają więcej do ich hali w tym sezonie, chyba że w trakcie playoffs. Dlatego też zaczęli jak dobry bokser od knockdownu. Po trzech minutach gry 11:0 dla gospodarzy.
Trafiali wszystko i z każdej pozycji. Po kolei D.J. White, Gerald Henderson, Boris Diaw, a także D.J. Augustin, którego występ stał pod znakiem zapytania po tym, jak podkręcił kostkę. Heat nie istnieli. Gospodarze robili co chcieli, trafiali jak chcieli, no wprost idealny start meczu. Jednak jedna rzecz mnie ciągle korciła, mianowicie ich ofensywa.
Atak Bobcats nie opiera się ani na indywidualnych umiejętnościach poszczególnych graczy, ani na graniu pod kosz, gdzie oczywiście uzyskuje się najwyższą skuteczność, tylko polega na rzucie z obwodu. Jest to bardzo ryzykowna strategia, bo jak nie siedzi rzut, to jest się regularnie w plecy, ale Cats nie mają innego wyboru.
I tak długo jak rzut im siedział i udawało im się nie tracić piłki, to mieli mecz pod kontrolą. Wszystko zmieniło się w trzeciej kwarcie. Domyślam się, że w przerwie Erik Spoelstra w szatni musiał trochę podnieść poziom adrenaliny swoim graczom, bo zobaczyliśmy innych Heat. Przez trzecie 12 minut pozwolili Bobcats na zdobycie tylko 10 punktów, po stracie 60 w pierwsze 24 minuty. Dodatkowo wymusili na nich aż 11 strat w samej trzeciej odsłonie.
I to wszystko bez Dwyane’a Wade’a na boisku, który nabawił się kontuzji w pierwszej połowie i całą trzecią kwartę przesiedział najpierw w szatni, a później na ławce. Nie do powstrzymania był za to LeBron James, który poprowadził szarżę w trzeciej kwarcie, dzięki której Heat wrócili do meczu.
Bobcats jednak walczyli do samego końca. Zabrakło mi jednak w ostatnich minutach trochę rotacji w składzie. Konkretnie zabrakło mi Kemba Walkera, który w drugiej połowie ciągnął wynik samemu. Trafił kilka ważnych rzutów i zdobył łącznie 14 punktów, a co najważniejsze nie pękał i potrafił wjeżdżać pod kosz.
Decydujące punkty o zwycięstwie zdobył Dwyane Wade, który jak sam powiedział był zdziwiony, że trener jemu powierzył ostatni rzut. Ale najważniejsze dla Heat, że temu podołał. Czy Heat mają już najlepszą obronę w NBA? Na razie chyba tak, bo mają przewagę zgrania nad wszystkimi. Bulls jeszcze nie weszli w odpowiedni rytm, a inni jeszcze mają daleko do tej formy.
CHA: Gerald Henderson – 21, D.J. Augustin – 20 (3×3, 6 as), Boris Diaw – 16 (16 zb, 8 as), Kemba Walker – 14, D.J. White – 8 (11 zb, 3 blk), Corey Maggette – 6 (8 zb), Byron Mullens – 6, Bismack Biyombo – 2, Matt Carroll – 2, Derrick Brown – 0
MIA: LeBron James – 35 (7 as, 3 prz), Chris Bosh – 25, Mario Chalmers – 15, Dwyane Wade – 10, Norris Cole – 5, Udonis Haslem – 4, James Jones – 2, Shane Battier – 0 (3 blk), Juwan Howard – 0











