Fear the Deer?

Brandon Jennings i Jason Smith / fot. Flickr

Milwaukee Bucks zaliczają swój najlepszy start sezonu od ponad 10 lat i po zwycięstwie 117-113 nad New Orleans Hornets znajdują się na drugim miejscu w konferencji wschodniej. Czy Brandon Jennings i spółka są w stanie napsuć sporo krwi faworytom do zdobycia tytułu?

Sharing the Ball

Nigdy bym się nie spodziewał, że ekipa prowadzona przez backcourt Ellis-Jennings może być w Top3 najlepiej podających drużyn w całym NBA. Tymczasem Bucks dzielą się piłką jak mało który zespół w lidze, a  wspomniany przeze mnie duet zalicza średnio prawie 14 asyst na mecz (we wczorajszym pojedynku mieli ich 18). Brandon Jennings przed sezonem zapowiadał, że chce upodobnić swój styl gry do Steve’a Nasha, jednak większość z nas przyjmowała to raczej z lekkim uśmiechem na twarzy.

A jednak. Średnie na poziomie 17.5 punktów i 8.0 asyst na mecz robią wrażenie i choć do byłego dwukrotnego MVP ligi Jenningsowi jeszcze sporo brakuje, to jednak jest na jak najlepszej drodze do tego, aby w końcu stać się zawodnikiem pokroju All-Star.

Śledź ZkrainyNBA na Twitterze!

Młodość nie radość

Średnia wieku pierwszej piątki New Orleans Hornets we wczorajszym wynosiła zaledwie 22 lata i brak doświadczenia był niestety dość widoczny w szeregach ekipy prowadzonej przez Monty’ego Williamsa. Szerszenie traciły piłkę aż 19 razy, a chaotyczna gra Greivisa Vasqueza (6/15FG, 3 str) i wciąż rozczarowującego Austina Riversa (6pkt w 22 minuty) nie pomaga ekipie z Luizjany w wygrywaniu spotkań.

Nie zawodzi za to Anthony Davis, który zaliczył wczoraj swój najlepszy występ w karierze (28pkt i 11zb) i w końcu wyglądał jak ‚franchise-player’. To także po jego dwóch z rzędu akcjach 2+1 Hornets mogli jeszcze w czwartej kwarcie myśleć o wygranej i mieć nadzieję na wywiezienie korzystnego wyniku z Bradley Center.


Show-stopper 

Nadzieję na zwycięstwo odebrał Szerszeniom Larry Sanders swoim świetnym blokiem na Ryanie Andersonie na 19 sekund do końca spotkania. Scott Skiles przez ostatnie 12 minut prawie cały czas trzymał na parkiecie rezerwowy duet swoich podkoszowych i jak się okazało zagrywka ta przyniosła sukces. Sanders i Udoh skutecznie utrudniali Szerszeniom zdobywanie punktów i w czwartej kwarcie Hornets (trafiający dotychczas ponad 60% swoich rzutów) w końcu przestali być gorący i na 24 próby umieścili piłkę w koszu zaledwie 9 razy.

Brak Gordona wciąż widoczny

Po stronie Szerszeni zabrakło kogoś kto w czwartej kwarcie przejąłby całe spotkanie. Przez pierwsze 36 minut Hornets trafiali na znakomitej  skuteczności, jednak w ostatniej odsłonie meczu zabrakło im po prostu energii i kogoś kto w kluczowych momentach wziąłby piłkę w swoje ręce. Przed rozpoczynającym się sezonem tym kimś miał być Eric Gordon, jednak były zawodnik Clippers wciąż sam chyba nie wie kiedy będzie w stanie (jeśli w ogóle) wyjść na parkiet w koszulce Hornets. Go-to-guyem próbował być także Ryan Anderson jednak opisywany już przeze mnie blok Larry’ego Sandersa skutecznie stłumił jego ambicje.

Czy Milwaukee należy się bać?

Sezon dopiero się rozpoczął i jeszcze nie wiemy na co tak naprawdę stać poszczególne ekipy, jednak silny start Kozłów pokazuje, że ta drużyna może stać się kimś w rodzaju Memphis Grizzlies konferencji wschodniej. Brakuje im oczywiście talentu pod koszem, jednak backcourt Ellis-Jennings jest obecnie chyba najciekawszym zestawieniem obwodowych graczy w całym NBA i jeśli liderzy Bucks utrzymają wysoką formę to Kozły mogą sporo namieszać w swojej konferencji.

Krzysztof Uzdowski@Twitter

Komentarze

komentarzy