Dwight Howard z rekordem NBA
Dwight Howard pobił rekord NBA. Wykonał najwięcej rzutów osobistych w jednym spotkaniu, czym przebił osiągnięcie Wilta Chamberlaina z 1962 roku. Jednocześnie zaliczył statystycznie najlepsze spotkanie w karierze wyrównując życiówkę w liczbie punktów i po raz pierwszy kończąc mecz z dorobkiem minimum 40 punktów i 20 zbiórek.
Rekordu jednak by nie było, gdyby nie taktyka Golden State Warriors. Nie wiem na ile była ona podyktowana brakiem Kwame Browna, ale nie umiem określić czy się sprawdzała. Howard był faulowany na przykład przebiegając przez linię środkową. Przez taki obrót sprawy oddał w całym meczu aż 39 rzutów osobistych, z których trafił 21. Mark Jackson spytany o to dlaczego wybrał taką taktykę odpowiedział krótko. Stwierdził, że zarówno gdy był zawodnikiem, jak i teraz gdy jest trenerem jego zadaniem jest wygrywanie spotkań. I dlatego przyjął takie rozwiązanie.
Patrząc na końcowy wynik nie był to zbyt udany pomysł. Ale z drugiej strony, ilekroć piłkę dostawał Howard, zdobycie punktów przez Magic było prawie pewne. Warriors starali się go bronić 1 na 1, co ten wykorzystywał bardzo łatwo, trafiając aż 12 z 21 rzutów z gry. Łącznie spędził na parkiecie blisko 44 minuty, ale zmęczenia po nim nie było widać.
Drugi raz z rzędu miał też bardzo dobre wsparcie od reszty drużyny. Magic trafili znowu ponad 10 trójek, czym rozszerzali defensywę, dając więcej miejsca swojemu środkowemu pod koszem. Swoją formę sprzed 3 lat odnalazł Hedo Turkoglu, który stał się drugim ogniwem w ataku, zastępując będącego w beznadziejnej formie Jameera Nelsona.
Pomimo tej wygranej, Magic ponieśli jednak straty. Kontuzji kolana doznał Jason Richardson i musiał w trzeciej kwarcie opuścić parkiet, na który już nie powrócił. Magic mają jednak teraz kilka dni odpoczynku i zagrają dopiero w poniedziałek, więc będzie miał czas na powrót do zdrowia.
Warriors grali osłabieni brakiem kolejno: Stephena Curry, Kwame Browna i Dorella Wrighta. Bez trzech podstawowych graczy ich gra i tak wyglądała bardzo dobrze. Szybko z drużyną zgrał się Nate Robinson, mimo że tym razem nie siedział mu rzut. Bardzo ważną rolę spełnia też Brandon Rush, a w końcówkach spotkań skutecznością imponuje debiutant Klay Thompson.
Jeśli dołożymy do tego najlepszą grę w karierze, przede wszystkim pod względem rozsądku grania Davida Lee i Monta Ellisa, to mamy naprawdę ciekawą ekipę w Oakland. Kibice są spragnieni zwycięstw, na razie dostali trzy, ale widać że coś w tej drużynie drgnęło. Jest na nią pomysł, a Mark Jackson jest właściwą osobą na właściwym miejscu, co przy praktycznie każdej okazji podkreślają zawodnicy.
Golden State Warriors (3-7) – Orlando Magic (8-3) 109:117
GSW: Monta Ellis – 30 (3×3, 11 as), David Lee – 26 (12 zb), Nate Robinson – 14, Klay Thompson – 14 (4×3), Brandon Rush – 12 (3×3), Charles Jenkins – 8, Andris Biedrins – 2 (8 zb), Dominic McGuire – 2, Ekpe Udoh – 1, Jeremy Tyler – 0
ORL: Dwight Howard – 45 (23 zb, 4 prz), Hedo Turkoglu – 20 (3×3, 9 as), J.J. Redick – 13, Ryan Anderson – 11 (3×3), Jameer Nelson – 9 (6 as, 3 prz), Von Wafer – 8, Jason Richardson – 7, Glen Davis – 4, Chris Duhon – 0, Earl Clark – 0











