Czy Knicks da się pokonać?

Carmelo Anthony i Mike Woodson /fot. Flickr

San Antonio Spurs prowadzili dwunastoma punktami w czwartej kwarcie, żeby ostatecznie przegrać u siebie 100:104 w spotkaniu dwóch najlepszych drużyn w NBA. Tym samym Knicks pozostali jedyną niepokonaną drużyną w lidze.

Knicks zakończyli mecz z przytupem, zaliczając w ostatnich minutach run 25:6. W tym czasie trzy asysty miał Raymond Felton (25 pkt, 7 as), w tym dwie kluczowe na trójki J.R. Smitha i Jasona Kidda (14 pkt, 4×3, 3 bl). Felton w ogóle rozegrał bardzo dobre spotkanie, skutecznie punktował i dostawał się na linię.

Podobnie Tyson Chandler (13 pkt, 11 zb), który stoczył na deskach wyrównany pojedynek z Timem Duncanem (14 pkt, 14 zb, 3 bl). Środkowy Spurs w statystykach wypadł minimalnie lepiej, ale na parkiecie nie było to aż tak widoczne. Chandler sprawdził się w tym, co potrafi najlepiej, czyli trzymał całą defensywę Knicks i wykańczał podania partnerów spod kosza. Pokazał się także wracający z emerytury Rasheed Wallace (10 pkt, 2×3).

Ławka Spurs miała swój moment na przełomie trzeciej i czwartej kwarty, kiedy to w pomalowanym szalał Tiago Splitter (13 pkt), a na desce Stephen Jackson (10 pkt, 11 zb), który trafił też wielką trójkę w kontrataku.

Wtedy wydawało się, że Spurs już nie wypuszczą tego zwycięstwa z rąk. Dlaczego stało się inaczej?

“It’s a hell of a team” – zdania, które po meczu powiedział Gregg Popovich chyba nie trzeba tłumaczyć. Trener Spurs podkreślił, że rywale są liderami NBA w przechwytach, ilości straconych punktów i skuteczności za trzy. Knicksom nie przeszkodził nawet średni mecz Carmelo Anthony’ego (9 pkt, 12 zb, 3/12 FG), choć uczciwie trzeba przyznać, że słabą skuteczność zrekompensował dobrą grą na desce.


Knicks wydają się dzisiaj być tym wszystkim, czym mieli być Knicksi Mike’a D’Antoniego. Nieograniczona ofensywa, zagrożenie punktowe w zasadzie z każdego miejsca na parkiecie, swobodnie krążąca po obwodzie piłka.

Co ciekawe, większość ich rzutów jest oddawana z czystych pozycji. Iść przeciwko takiej na wymianę ciosów to samobójstwo, a bronić wcale nie jest łatwo. Wczoraj Spurs zaryzykowali odcięcie od piłki Melo i na dzień dobry dwa razy dostali punkty z akcji od lini końcowej. Basket totalny chciałoby się napisać. I jeszcze do tego przyprawiony Mikiem Woodsonem, specjalistą od obrony.

To, że Knicks są najstarszą drużyną w lidze może ich w końcu dogonić, ale póki co zapewnia spokój na perkiecie i przede wszystkim w głowach, po tak dobrym starcie sezonu. Terminarz nowojorczyków nie był najtrudniejszy, ale umówmy się, zestaw z Heat, Sixers, Magic i Spurs na pewno nie pozwalał myśleć o sześciu meczach bez porażki. Zwłaszcza, że Heat jeszcze się przed tym sezonem wzmocnili, a w San Antonio Knicks nie wygrali od marca 2003.

Play-off rządzą się swoimi prawami i całkiem możliwe, że znów okażą się za wysokim progiem dla zespołu z Big Apple, podobnie, jak przerosnąć może ich ponowne wkomponowanie w zespół Amare Stoudemire’a, ale szczerze? Ale kto by się tym przejmował, skoro oglądanie Knicks tutaj i teraz to sama przyjemność.

New York, New York…

Filip Nowicki

Komentarze

komentarzy