Bulls wyrwali zwycięstwo Hawks z gardła

Przez trzy kwarty Hawks skutecznie mordowali koszykówkę w Chicago, zaledwie dzień po tym jak zniszczyli tą z Miami. Potem nastąpił okres gry, w którym Derrickowi Rose’owi chciało się bardziej, i to chyba nawet bardziej niż pozwalały mu na to siły i możliwości.

Rose z powodu braku C.J. Watsona musiał spędzić na parkiecie 44 minuty, w drugiej połowie odpoczywając tylko podczas timeoutów. Pomimo tego był agresywny do ostatniej akcji i to on dał sygnał do ataku. Po trzech kwartach było 56:42 dla Hawks i szczerze powiedziawszy bardziej niż oglądać kolejną kwartę świetnej defensywy z jednej strony i walenia głową w mur z drugiej, chciało mi się spać.

Wtedy jednak w ciągu czterech minut D-Rose trafił trzy trójki, przedzielone trafieniem też za trzy Luola Denga i nagle zrobiło się tylko 57:59 dla Jastrzębi. Rozpoczęła się wymiana ciosów i tak naprawdę w tym momencie zrobił się prawdziwy mecz. Hawks dokonywali rzeczy wręcz niemożliwych.

Najpierw zrobili sobie Lob City w Chicago gdy raz za razem rzucali piłkę nad obręcz do Ala Horforda lub Josha Smitha. Potem sam Smith trafił w crunch-time dwa rzuty z dalekiego półdystansu, czyli te, które są najgorsze w jego wykonaniu.

Ten drugi miał miejsce na 43 sekundy przed końcem i dawał prowadzenie Hawks 73:72. Gdy Rose spudłował swój rzut, a Hawks zebrali wydawało się, że już będzie po wszystkim. Wtedy jednak Jeff Teague przestrzelił oba rzuty wolne i wciąż panujący MVP dostał swoją drugą szansę. Tym razem nie zawiódł. Bulls jednak popełnili kolejny błąd.

Sfaulowali Ala Horforda, na szczęście jednak dla nich ten wykorzystał tylko jeden rzut wolny, dając remis. W związku z czym ostatnie słowo należało do gospodarzy. Tom Thibodeau wyciągnął asa z rękawa i odesłał Derricka Rose’a na obwód. Joakim Noah wykorzystał błąd w obronie rywali i znalazł ścinającego pod kosz Denga, który przypieczętował wygraną.

Dla Bulls była to bardzo cenna wygrana i jednocześnie bardzo dużo ich ucząca. Ciekawy jestem bardzo jak sobie poradzą dzisiaj w Detroit po tak wyczerpującym spotkaniu. Hawks dostaną dzień odpoczynku i w czwartek przyjadą do nich na rewanż Miami Heat. Problemem na pewno będzie uraz Tracy’ego McGrady, który doznał lekkiej kontuzji kolana. Pomimo niej dograł do końca meczu.

Hawks w ciągu dwóch dni byli blisko czegoś, co może się nie udać nikomu w tym sezonie, czyli posiadania na rozkładzie w meczach wyjazdowych obu finalistów konferencji wschodniej z zeszłego sezonu. Na pewno pokazali się z dobrej strony, chociaż ta czwarta kwarta będzie im przez jakiś czas wypominana.

Chicago Bulls (5-1) – Atlanta Hawks (4-2) 76:74

CHI: Derrick Rose - 30 (3×3, 7 as), Luol Deng – 21 (8 zb), Carlos Boozer – 11 (9 zb), Ronnie Brewer – 4, Joakim Noah – 2, Kyle Korver – 2 (8 zb), Omer Asik – 2 (9 zb, 3 blk), John Lucas – 0, Jimmy Butler – 0

ATL: Al Horford - 16 (7 zb), Josh Smith – 15 (14 zb), Marvin Williams – 14 (8 zb), Joe Johnson – 10 (3 prz), Jeff Teague – 7, Willie Green – 4, Vladimir Radmanovic – 3, Jannero Pargo – 3, Tracy McGrady – 2, Zaza Pachulia – 0

Śledź autora tekstu na Twitterze

Komentarze

komentarzy