Bulls nie sprostali wyzwaniu Magic

Powrót do United Center i koniec serii ośmiu zwycięstw z rzędu Bulls. Magic natomiast starli za sobą złe wrażenie pozostawione po spotkaniu z Charlotte Bobcats, kuriozalnie przegrywając z najgorszą drużyną w lidze i następnie wygrywając z jedną z najlepszych. To może być ostatni tydzień Magic w takim składzie, a atmosfera na ławce rezerwowych nie jest już tak rozrywkowa, co niegdyś. Dwight ciągle się śmieje, ale jego zespołowym kolegą już tak do śmiechu nie jest.

Goście swój arsenał w pierwszej kwarcie ustawili na obwodzie, trafiając sześć trójek na sześć prób. Bulls byli rozdarci między odcinaniem od gry Dwighta Howarda, a zamykaniem pozycji rzutowych Magic na obwodzie. To był tej nocy główny problem Byków – nie byli w stanie nawet kontestować rzutów graczy Magic, bo Ci niemal za każdym razem wychodząc z zasłony postawionej przez Howarda mieli wystarczająco miejsca na rzut. Wykonywali te zagrywki na tyle sprawnie, że po pierwszej kwarcie mieli 37 punktów, trafiając na skuteczności75% FG.

Joakim Naoh w obronie post-up centra Magic miał dwa wyjścia – albo odpuścić grę fizyczną, albo sfaulować. Nikt nie spodziewał się po graczu Bulls złotego środka na zatrzymanie najbardziej atletycznego środkowego ligi, który zanotował w tym starciu 29 punktów, 18 zbiórek i 3 bloki. W bezpośrednim starciu aż trzy razy Howard miał akcje 2+1. Joakim kiwał z niedowierzaniem głową. Lepszym rozwiązaniem dla Byków okazało się wyciągnięcie Howarda z trumny na półdystans. Tam zawodnik Magic już tak groźny nie jest. Dwight już nie dobiega do rzucających, nie podnosi rąk, a przy penetracjach po prostu stoi i obserwuje bieg wydarzeń.

Gdy w drugiej kwarcie Bulls w ostatnich minutach zrobili run 15-3, Stan Van Gundy wziął czas i sarkastycznie spytał Howarda czy nie mógłby pomóc w obronie… Center spuścił głowę na dół, nie zaprzeczając słowom trenera. Natomiast Tom Thibodeau zaczął eksperymentować w drugiej odsłonie. Chciał w którejś konfiguracji znaleźć najlepsze rozwiązanie na wszechstronnych tej nocy Magic. Na obwodzie uaktywnił się Kyle Korver – trafił trzy jumpery z rzędu wychodząc po zasłonach. Kilka dobrych akcji defensywnych Bulls pozwoliło zatrzymać Magic, zwłaszcza ta na kilka sekund przed końcem, po której Derrick Rose wyprowadził piłkę na połowę i przed linią za trzy trafił buzzer-beatera, zmniejszając prowadzenie Magic do 5 punktów.

Do ostatnich minut Bulls i Magic szli cios za ciosem. Carlos Boozer – niezaprzeczalnie – najlepszy zawodnik Byków tej nocy, trafił z półdystansu dając gospodarzom 2-punktowe prowadzenie 89:91. United Center eksplodowało. Kolejne ofensywne posiadania Bulls miały być strzelnicą z obwodu Kyle’a Korvera. Ten spot-up player – już niejednokrotnie był w rękach Toma Thibodeau narzędziem do wykańczania przeciwnika, ale nie był nim tej nocy. Sobowtór Astona Kutchera trafił 1/7 za trzy i to głównie po jego niecelnych rzutach Magic wychodzili z kontrą, która najpierw dała im wyrównanie, a następnie 5-punktowe prowadzenie. Wszystko zatem sprowadziło się do kwestii  trafiania otwartych pozycji. Magic byli w tym po prostu skuteczniejsi, kończąc mecz na 42% FG, Bulls 41% FG.

Byki czeka aż pięć spotkań na własnym parkiecie. Kolejne 11 marca o 2:00 przeciwko Utah Jazz. Magic o północy z 11 na 12 marca w Amway Center podejmą Indianę Pacers.

Śledź autora tekstu na twitterze