Bledziutkie te Słońca

LeBron James /fot. Flickr

Pomimo braku Dwyane’a Wade’a i osłabienia chorobą LeBrona Jamesa, Miami Heat dość spokojnie pokonali na wyjeździe walczących głównie z własnymi słabościami Phoenix Suns 97:88.

Suns nie mają zwyczaju dobrego rozpoczynania spotkań. W starciu z Heat zaczęli od spudłowania pierwszych 9 rzutów, żeby trafić następne 15 z 19. Już sama ta krótka statystyka pokazuje, że brakuje im stabilizacji w grze. Te górki i dołki w poziomie gry wpływają na to, że nie są w stanie wygrać już trzeciego kolejnego meczu.

Swoją cegiełkę do tego dokłada też trener Alvin Gentry, który nie jest w stanie wymusić na swoich graczach realizacji założeń taktycznych, a jeśli oni je realizują, to te założenia są bardzo dziwne. Dodatkowo podejmuje złe decyzje, jak w czwartej kwarcie spotkania z Heat. Wtedy to rezerwowi Suns, prowadzeni głównie przez Markieffa Morrisa odrobili stratę do Heat i doprowadzili do zaciętej końcówki. Zamiast pozwolić im dalej bić się jak równy z równym, zdecydował się wpuścić graczy z pierwszej piątki, którzy szybko stracili dystans i nie było już czego zbierać w końcówce.

Do słabego poziomu drużyny dostosował się niestety też Marcin Gortat. Polak jest sam wobec siebie krytyczny, chociażby w materiale video zamieszczonym na jego stronie. Gortatowi brakuje w tym momencie w wielu elementach gry. Nie jest już tak agresywny w atakowaniu rywala przy jego rzucie, przez co spada jego średnia bloków, z dnia na dzień przestał też walczyć o zbiórki w ataku, co było jego znakiem rozpoznawczym na początku rozgrywek. W ataku nie jest w stanie egzekwować swoich rzutów na swoim normalnym poziomie. Akurat ten ostatni element jest nie tylko jego winą, bo rozgrywający nie są w stanie wypracować mu lepszych pozycji.

Gortat zdecydowanie się rozwinął i lepiej niż nawet w ostatnim sezonie radzi sobie w grze 1 na 1, ale powinien do tej gry dostawać szanse częściej, niż tylko wtedy, gdy na zegarze zostaje kilka sekund do rzutu i trzeba na szybko coś wymyślić.

To wszystko przyczynia się do tego, że Suns wyglądają naprawdę źle w ostatnich meczach. Samo przegrywanie to jedno, ale sposób w jaki do tego dochodzi jest niepokojący. Dziesiąty raz na jedenaście meczów Suns notowali ponad 10-punktową stratę w trakcie spotkania, co prawda kolejny raz ją odrabiali, ale tak nie mogą grać, bo w ten sposób będą tylko sami się frustrowali niepotrzebnie.


Co jednak najbardziej uderza w tej drużynie, to brak atmosfery. Jeszcze w poprzednim sezonie po praktycznie każdym koszu ławka rezerwowych żyła, biła brawo, cieszyła się z pozytywnych zagrań kolegów na boisku. Teraz wszyscy siedzą, jak komuś się zachce klaskać, to już jest coś. To pokazuje, że w środku zespołu może być jakiś kryzys, nie do końca związany tylko z brakiem formy.

Jedynym pozytywem ostatnich dni jest dyspozycja Jermaine’a O’Neala. Rezerwowy środkowy Suns już drugi raz z rzędu zagrał lepiej niż Gortat i to on może okazać się największym wygranym stwierdzenia Alvina Gentry’ego po meczu z Heat. Trener Suns powiedział, że od najbliższego meczu zajdą zmiany w pierwszej piątce. Nie wiemy, czy będą one dotyczyły Gortata, ale nie jest to wykluczone.

Miami Heat z kolei grając dość przeciętne spotkanie, potrafili wygrać kolejny raz. Bez Dwyane’a Wade’a, ze zdecydowanie nieprzypominającym siebie LeBronem Jamesem, który musiał udać się do szatni już w pierwszej kwarcie, Heat dowieźli spokojne zwycięstwo. Załatwił im je Chris Bosh, który był nie do zatrzymania dla Gortata i spółki. Gdy chciał, to rzucał z półdystansu, jak obrońca podszedł bliżej z obroną, to Bosh go mijał i kończył celnym rzutem spod kosza. Niby prosta rzecz, a wystarczająca na tak słabą obronę Suns.

Przed obrońcami tytułu teraz spokojniejszy okres. Wracają na Florydę i dostaną sporo odpoczynku. W najbliższych 2 tygodniach zagrają tylko 4 mecze, wszystkie na własnym parkiecie, będzie zatem czas na regenerację sił, powrót do zdrowia i wytrenowanie kolejnych elementów gry.

Suns aż takiego luksusu nie mają, bo czekają ich co prawda dwa mecze u siebie, ale zarówno Blazers, jak i Hornets są trudnymi rywalami. Potem wyjadą na 6-meczową serię poza Phoenix, którą zakończą meczami z Knicks i Grizzlies. I właśnie 4 grudnia, po meczu z Niedźwiadkami może się okazać czy w ogóle mają szansę powalczyć o play-off w tym sezonie.

Piotr Zarychta @ Twitter

Komentarze

komentarzy