Relacje na linii Portis-Mirotic nadal napięte

01/11/2017
Nikola Mirotic Bobby Portis Chicago Bulls Armando L. Sanchez / Chicago Tribune

Są informacje na temat stanu zdrowia Nikoli Miroticia. Po tym, jak Bobby Portis na treningu posłał go jednym potężnym ciosem na deski, Hiszpan trafił do szpitala z uszkodzonymi kośćmi twarzoczaszki. Jak donosi K.C. Johnson z Chicago Tribune, silny skrzydłowy Byków nie będzie musiał przechodzić operacji rekonstrukcji – jak wcześniej zakładano.

Mimo to rekonwalescencja potrwa – Mirotic będzie mógł wrócić do gry najmarniej za sześć tygodni. Mirotic jednak odbył już delikatny, indywidualny trening, by pozostać w formie fizycznej. Mam dziwne przeczucie, że kiedy na boisko po zawieszeniu wróci Portis, nikt nie będzie chciał wdawać się z nim w przepychanki podkoszowe.

W jakikolwiek kontakt z Portisem nie chce się natomiast wdawać sam Nikola Mirotic. Zgodnie z tym, co mówią źródła będące blisko organizacji, między zawodnikami panuje – delikatnie mówiąc – bardzo napięta atmosfera. Fakt, że Mirotic pojawił się w ośrodku treningowym na wyżej wspomnianym treningu dopiero wtedy, kiedy Bulls wyjechali na mecze wyjazdowe, też może być znamienny. Klub jest już uświadczony w przekonaniu, że ci gracze nie mogą współistnieć w drużynie i dzielić jednej szatni. Jeden z tych graczy będzie musiał Chicago opuścić.

Tylko kogo będzie łatwiej wymienić? Kto będzie chciał przyjąć Portisa, który po nieudanym treningu jednym ciosem odeśle kogoś do szpitala? Z drugiej strony to Mitrotic miał być prowokatorem całej tej sytuacji – może być on nie najlepszym dodatkiem do zgranej szatni.

Gwarantowane części kontraktów obu panów kończą się po tym sezonie – dalsza część to już opcja drużyny. Pomimo, że Mirotic podpisał umowę tego lata i technicznie rzecz biorąc ma klauzulę blokującą ewentualne wymiany, zawodnik ma zgodzić się na unieważnienie jej, jeśli Bulls dojdą do porozumienia z którąś z drużyn.

Incydent z ciosem w brodata twarz Hiszpana na pewno mógł odcisnąć piętno na sytuacji w młodej drużynie Chicago Bulls. Finalnie może się okazać, że skutki będą choć trochę pozytywne. W Chicago nie potrzebują aż tylu podkoszowych więc ewentualna wymiana – nawet po kosztach – może wyjść na plus. Poza tym gdyby nie ten jeden cios, nie oglądalibyśmy teraz tak dużo bardzo dobrego Lauri Markkanena.

Kopiuj link do schowka