Quo vadis Boston Celtics?

19/06/2017

Mija już czwarty rok „brooklyńskiej” przebudowy Boston Celtics, a ja wciąż nie wiem, czy Danny Ainge to geniusz, hazardzista, czy patologiczny zbieracz.

Nie da się budować kandydata do mistrzostwa na teraz-zaraz i jednocześnie budować contendera przyszłości w oparciu o draft. Dlatego właśnie decyzja, którą podjął Danny Ainge wysyłając do Philly numer jeden Draftu 2017 jest jednocześnie dobra i zła.

Dobra, bo taki talent jak Markelle Fultz marnowałby się za Isaiah Thomasem i w związku z tym nie pomógłby tak bardzo, jak wzmocnienie na innej pozycji.

Zła, bo tak samo marnować będzie się dowolny inny talent wybrany z trójką (spytajcie Jaylena Browna) i z wysokim pickiem kolejnych draftów.

Dlatego uważam, że Danny Ainge planuje ściągnąć upragnioną gwiazdę do Bostonu już tego lata – kto wie, może już w dniu draftu (choć podobno na razie ptaszki nic na ten temat nie ćwierkają). Jeśli znów mu się to nie uda, zacznę jednak sympatyzować z tymi fanami Celtics, którzy krytykują go za pozbycie się pierwszego wyboru. Fultz wydaje się największym pewniakiem w tegorocznym naborze i już na zawsze będą Ainge’owi wypominane jego osiągnięcia w NBA. GM Celtów postawił więc wszystko na jedną kartę, jednocześnie grając zachowawczo – zostawił sobie bowiem furtkę (w postaci wysokiego picku w kolejnym drafcie), aby poszukiwania odpowiedniego transferu wydłużyć o kolejny rok. Dla fanów Celtics to musi być frustrujące.

No bo co jeśli Danny Ainge nie ma tak naprawdę planu? Czy to możliwe, że jest po prostu hazardzistą, który nie wie kiedy odejść od stołu, albo – co gorsza – cierpi na patologiczne zbieractwo i będzie zagracał klub kolejnymi „assetami”, do chwili aż utrudnią mu one prawidłowe funkcjonowanie?

Kolekcjonowanie picków jest dobrą strategią tylko do pewnego momentu. Istotę problemu doskonale punktuje William Lou z The Score:

[Danny Ainge] ma teraz osiem pierwszorundowych picków w następnych trzech draftach i skład, w którym nie ma nich miejsca. Zbliża się do punktu, w którym wartość jego atuty zaczną tracić na wartości i nie będzie w stanie uzyskać za nie pełnej ceny.

W tym samym artykule Lou wkleja wymowny tweet z podsumowaniem dokonań Ainge’a w roli łowcy talentów w drafcie. Mimo tak wielu wysokich picków, nie był jak dotąd w stanie złowić żadnego pewniaka…

Moim zdaniem lato 2017 to ostatni moment, aby Boston Celtics wreszcie wykonali ruch, czy nawet The Ruch, biorąc pod uwagę, że budują napięcie od kilku lat. Bierzcie wszystkie swoje picki…

…i zamknijcie się w pokoju z przedstawicielami drużyn posiadających interesujących Was zawodników. Pels nie oddadzą Wam Anthony’ego Davisa, ale taki Jimmy Butler jest jak najbardziej do wyjęcia. Oczywiście można poczekać, ale tegoroczny trzeci pick ma większą wartość przed draftem niż po, gdy zmaterializuje się w postaci koszykarza niezadowolonego z wyboru przez zespół, który nie ma dla niego minut.

Kołem ratunkowym Ainge’a jest wolna agentura, w ramach której Boston Celtics są w stanie wygospodarować pieniądze na maksymalny kontrakt, ale równie dobrze mogą one posłużyć do wchłonięcia kontraktu gwiazdy sprowadzonej na mocy transferu, tudzież zostać odłożone na przyszły rok, na innych wolnych agentów lub na przedłużenie kontraktu Isaiah Thomasa, jeśli Celtics nadal będą uważać, że to on jest mistrzowską odpowiedzią na jedynce. W 2018 roku kończy się też umowa Avery’ego Bradleya.

Póki co wszystko sprowadza się jednak do oddania szansy na wybór Markelle’a Fultza. W drafcie nie ma pewniaków, ale Fultz jest jednym z tych koszykarzy, wobec których zdecydowana większość speców zdaje się mieć pewność – będzie kimś w tej lidze. Argument, że gra na tej samej pozycji co Isaiah Thomas nie jest usprawiedliwieniem, bo każdy inny zawodnik, jakiego Celtics wybiorą, będzie rywalizował o czas gry z uznanym weteranem na swojej pozycji, a taki Josh Jackson – przymierzany przez wielu do C’s – rywalizowałby też z Jaylenem Brownem, który również potrzebuje minut. Oczywiście trenerzy i skauci wiedzą o Fultzu to samo co inni, a nawet więcej, bo jako jedni z nielicznych mieli go u siebie na testach. Możliwe więc, że po prostu nie podzielają zajawki na byłego rozgrywającego Washington Huskies, który jeszcze na początku liceum był za słaby by grać w reprezentacji swojej szkoły. Jeśli jednak rezygnują z niego tylko ze względu na to, że mają Thomasa i lubią Terry’ego Roziera, to jest to głupi ruch.

Nikt, nigdy nie odbierze Ainge’owi lata 2007, kiedy w jeden dzień przekształcił Boston Celtics w mistrzów NBA, ale czy tamten ruch nie spaczył GM’a Celtów? Czy teraz przepuszcza kolejne transferowe okazje, bo nie zadowala go nikt poza pewniakiem do Hall Of Fame?

Jeśli nie zejdzie na ziemię już tego lata, cierpliwość może zacząć obracać się przeciwko niemu. Kolejni potencjalni kandydaci do transferu odpadają, aż w końcu Danny Ainge zostanie przy stole sam, ze swoją drużyną stojącą w rozkroku między walką o tytuł a draftem, marnując szanse na sukces na jednym i drugim polu.

Kopiuj link do schowka