Przewodnik po NBA 17/18: Konferencja Zachodnia, część I

05/10/2017
Goryl Wsad Dunk Phoenix Suns Getty/Christian Petersen

Konferencja zachodnia — przez możliwość przebierania w drużynach na potencjalnie 40-kilka zwycięstw — przyprawiła mnie o ból głowy. Naprawdę trudno wytypować w tej części NBA kto znajdzie się w play-offach, kto nie i o co tak na dobrą sprawę chcą, a dalej mogą walczyć poszczególne zespoły, przez co na zachodzie miałem znacznie więcej wątpliwości niż na wschodzie i często kierowałem się bardziej instynktem, pierwszą myślą, która przychodziła mi na temat danego klubu. Jednak są to przyjemne problemy — zachód, mimo dominacji Golden State Warriors, zapowiada się naprawdę fantastycznie.

(Oh, jeżeli ktoś ominął konferencję wschodnią, w której jest ogólny wstęp plus, wiecie, wszystkie zespoły z tej konferencji to zachęcam do wcześniejszego zapoznania się:

Sponsor serwisu

CZĘŚĆ I;

CZĘŚĆ II).

15. Phoenix Suns

Patrząc na skład Suns, mam ochotę napisać coś o poczuciu straconego sezonu. Ale nie zrobię tego, bo od kilku sezonów nie wiedzieć czemu za bardzo lubię oglądać tę pokraczną drużynę. Może to przez pozytywne kolory parkietu, może przez maskotkę goryla, a może przez wiecznie smęcącego Eddiego Johnsona, który jest jak kreskówkowy pies Droopy ze Zwariowanych Melodii wśród komentatorów. A może przez młodość i towarzyszącą temu zespołowi aurę nieobliczalności — Phoenix ma coś w sobie, że raz na jakiś czas wygrywają mecz, którego nie powinni wygrać, ale robią to w taki sposób, kiedy myślisz sobie, że mogą być niezłą drużyną, a przynajmniej tego jednego wieczoru tak wyglądają. Potem wracają do rutynowej hibernacji — przyzwoitej gry przez dwie lub trzy kwarty i oddania meczu w ostatniej części spotkania. W nadchodzącym sezonie niewiele się pewnie pod tym względem zmieni, bo w zasadzie dlaczego miałoby się coś zmienić?

Rotacja specjalnie nie uległa przetasowaniu — to wciąż w większości zbitek obiecujących żółtodziobów, którzy choć utalentowani, to są jeszcze daleko od wejścia na poziom przeciętnego/ dobrego startera w średnim zespole. Innymi słowy brakuje ukształtowanych graczy, przynoszących swojej drużynie więcej dobra niż szkód na parkiecie. Po części problemem Suns jest to, że w swoim młodym trzonie znajduje się zbyt wielu jednowymiarowych zawodników i o ile Devin Booker ma być centralnym punktem przebudowywanej drużyny, to jako póki co okropny obrońca, potrzebuje wokół siebie jak najwięcej potencjalnie dobrych zawodników w defensywie. Duże minuty dla TJ-a Warrena, Dragana Bendera lub najgorszego w zeszłym sezonie startera w lidze Marquesa Chrissa — swoją drogą wyglądał nienajlepiej podczas ligi letniej — nie wróżą, by Suns mieli podciągnąć się z 28. obrony w NBA, choć dodanie Josha Jacksona to krok w stronę słońca. Wydaje się, że ten z miejsca może być w Phoenix najlepszym defensorem, zaraz po Tysonie Chandlerze. Jednak mimo, że wybrany z 4. numerem skrzydłowym ma predyspozycje, by być świetnym obrońcą, to trudno o regularne zwycięstwa, gdy cała odpowiedzialność po bronionej stronie parkietu spada na debiutanta.

Nie za bardzo wiem jak ten zespół miałby być lepszy na już, bo wiadomo, młodzi zawodnicy dalej będą się rozwijać, co sprawi, że staną się lepsi, ale jeszcze nie na tyle, by stworzyć cokolwiek efektywnego. Spodziewam się więc, że jeżeli w trakcie sezonu nie uda się wymienić poszczególnych weteranów, to najbardziej doświadczeni gracze ponownie będą mogli w drugiej części sezonu odpoczywać (po zmianie przepisów Suns będą musieli użyć wyobraźni co do nazw kontuzji). I nie do końca jestem przekonany co do właściwości takiej strategii, bo ogrywanie pisklaków to jedno, ale zła koszykówka to drugie.

Dlatego chciałbym zobaczyć jakieś fundamenty budowy ofensywy pod Bookera, które nie będą opierały się wyłącznie na talencie lidera Suns, oddaniu mu piłki do rąk i zielonego światła na rzut z każdej pozycji, a na konkretnej wizji i schematach u Earla Watsona. Coś co mogłoby zaprocentować w przyszłości — coś więcej niż tylko dotarcie do młodzieży. Bo te kiepskie nawyki nabierane teraz, gdzieś w przyszłości będą mogły gdzieś się zakorzenić i odbić, kiedy Suns będą mieli zamiar grać o cokolwiek. Szczególnie, że ekipa z Arizony jest wystarczająco zła, by porażki przychodziły naturalnie. Nie ma konieczności tankowania.

14. Sacramento Kings

Zapowiada się, że w Sacramento do stycznia będziemy oglądać jeden z najbardziej ekscytujących zespołów w lidze. W stolicy stanu Kalifornia jest aż dziewięciu zawodników poniżej 24 roku życia i obserwowanie rozwoju, dorastania obiecującego trzonu zawsze jest ciekawym doświadczeniem. Szczególnie na początku drogi, gdy przypomina to trochę podróż w nieznane: niewiadomo w ogóle, czy warto, ale idziesz, bo możesz być świadkiem początku czegoś ekscytującego. Kings dodali do swojego składu, którego średnia wieku i tak wynosiła 13 lat, trzy pierwszo-rundowe wybory w drafcie — De’Aarona Foxa, Justina Jacksona i Harry’ego Gilesa — ponoć NBA-readyBogdana Bogdanovicia, który okazało się, że nie jest rodziną Bojana oraz trójkę wartościowych weteranów — Zacha Randolpha, George’a Hilla i Vince’a Cartera — by młodzież miała od kogo brać przykład — jak się okazuje, ten dobry i zły.

Zasadnym byłoby zapytać, o co tak skonstruowana drużyna — mieszanka przeważającej młodości i doświadczenia — będzie walczyć w nadchodzącym sezonie. Rozsądek podpowiadałby, że o jak najwyższy wybór w drafcie — przede wszystkim ze względu na utratę takowego w sezonie 18/19, jak również wiek dużej części graczy niespecjalnie sprzyjający wygrywaniu — jednak sprowadzenie przydatnych weteranów, połączonych z kliszową nieprzewidywalną młodością, mogą doprowadzić do kilku niespodziewanych zwycięstw i zakończenia rozgrywek wyżej niż można byłoby tego oczekiwać. O ile nie odbywałoby się to na zabieraniu minut perspektywicznym koszykarzom, a wynik na już nie przysłoniłby perspektywy długoterminowej — pytanie jak Dave Joerger będzie łączył ze sobą poszczególnych graczy, szczególnie na pozycji 1–2, gdzie jest czterech, którzy powinni (bo muszą lub chcesz, aby tak było) grać po 30 minut w meczu — to nie należałoby odbierać takiego scenariusza jako coś złego: w końcu, najważniejszym celem jest rozwój młodzieży.

Bo gdyby okazało się, że któryś z młodych graczy jest lepszy niż można się było spodziewać, to przecież byłby to tylko plus: chodzi o znalezienie grupy jak najpewniejszych zawodników — solidnych starterów w dobrej drużynie — na których śmiało można budować zespół. Być może w Sacramento już tacy są i swoimi przebłyskami to pokażą. Choć wiadomo, zawsze mogłoby być ich więcej. Dlatego też przedostatnie miejsce na zachodzie. A także dlatego, bo trudno wierzyć, by ustawienia zawierające na parkiecie jednocześnie kilku minusowych graczy, a tacy zdecydowanie przeważają, miały nagle stać się plusowe.

13. Los Angeles Lakers

Wielu mogło umknąć, że Lakers dodali do swojego składu dwóch zawodników na poziomie solidnego startera w NBA — Brooka Lopeza i Kentaviousa Caldwella-Pope’a. To samo w sobie powinno sprawić, że drużyna będzie lepsza niż w zeszłym sezonie, w którym ukształtowanych graczy, o określonej pozycji w lidze, w LA bardzo brakowało. Zgromadź pięciu takich koszykarzy — solidnych, regularnych, grających po obu stronach parkietu — i pewnie stworzysz zespół w okolicy połowy zwycięstw. I dobrą informacją jest, że ściągnięto zawodników, którzy od zaraz mogą pomóc drużynie stać się lepszą, a także korzystnie wpłynąć na najmłodszych.

Wprawdzie Lopez nie za bardzo pasuje do szybkiego stylu Lakers — tylko 6,3% akcji 213-centrymetrowego centra stanowiło transition, najmniej wśród wszystkich graczy Nets: drużyny, która zajęła 8. miejsce w liczbie kontr, o dwa wyżej niż LAL — to swoją wartość udowodni w ataku pozycyjnym. Aż 1/3 rzutów oddanych przez byłego lidera ekipy z Brooklynu stanowiły trójki, dzięki czemu z pozycji wysokiego będzie otwierał przestrzeń pod koszem dla ścinających i kozłujących. Rozgrywającemu łatwiej się gra z wysokim, który rozciąga grę i wyciąga centra rywala spod obręczy, z czego powinien tylko korzystać Lonzo Ball, ale co także nieco zakrzywia obraz tego co przez dwa lata w LA pokazał D’Angelo Russell, któremu nie było dane zagrać z tak wszechstronnym i dobrym podkoszowym.

Natomiast KCP — specjalista od obrony na swojej pozycji — powinien, podobnie jak często w Detroit, przejmować krycie lepszego obwodowego i być może wraz z Lopezem wyciągnie Lakers z defensywnego dna. Pytanie na ile jest to możliwe przy tylu zawodnikach kiepskich po tej stronie parkietu, ale na pewno wpasuje się do nawet za często zmieniającej krycie obrony drużyny z LA. Luke Walton w trakcie poprzednich rozgrywek powiedział, że defensywa prowadzonego przez niego zespołu była tak zła, że zdecydował się, by zawodnicy zmieniali krycie przy każdej nadarzającej się okazji.

W tym schemacie jest pewien koncept, który wraz z rozwojem młodego trzonu może przynieść powodzenie — Brandon Ingram posiada konieczny ku temu zasięg i szybkość, Lonzo Ball jest o kilka centymetrów wyższy od przeciętnych rozgrywających, Larry Nance Jr. czyta grę — 4,2 deflections PER36 min — i swoim IQ nadrabia ewentualne niedociągnięcia fizyczne, a Julius Randle… Zach Lowe w grudniu napisał, że „jest wystarczająco mobilny, by gonić obwodowych”, więc na tym bazujmy optymizm w tym aspekcie u silnego skrzydłowego. A taki człowiek jak KCP, który ma w tym zakresie know-how tylko pomoże, więc pojawia się cień szansy, że Lakers nie skończą ponownie jako ostatnia obrona.

Lonzo Ball powinien sprawić, że Lakers staną się jedną z najlepszych drużyn w transition — aż 33,3% akcji w ataku UCLA stanowiło transition, niemal dwa razy więcej niż najczęściej grających w ten sposób w NBA Warriors (18,5%) — i wraz z Randle’em (Kyle’em Kuzmą?) może stworzyć jeden z ciekawszych duetów rozgrywający & wysoki w kontrach. Defensywa wprawdzie storpeduje jakąkolwiek nadzieję na walkę o play-offy, ale do stycznia/ lutego drużynę z LA będzie się po prostu dobrze oglądało.

12. Dallas Mavericks

– Jest tak wiele zespołów, które są o cztery lata, od bycia gotowym za cztery lata, ponieważ poszczególni zawodnicy zostali nauczeni jak przegrywać — stwierdził Mark Cuban na początku zeszłego sezonu. — W klubach przestano przejmować się indywidualnymi występami, przywyknięto do tych złych, przez co młodzi gracze kształtują w sobie złe nawyki. Nie tak rozwijasz dobrą kulturę. Chcemy, aby nasze mecze coś znaczyły. Nie powiemy „OK, więc kogo wpuścimy na czwartą kwartę, abyśmy mogli przegrać ten mecz?”.

Czyżby?

Tuż po zakończonych przez Mavericks rozgrywkach, właściciel drużyny z Teksasu otwarcie przyznał, że jego klub po odpadnięciu z walki o play-offy „robił wszystko co możliwe, by przegrać jak najwięcej meczów”. I nie byłoby w tym specjalnie nic dziwnego, gdyby nie opór, który Cuban stawiał wcześniej przeciwko szeroko pojętemu tankowaniu. Można jednak dojść do wniosku, że wbrew pozorom ten w obu przypadkach miał rację. Skojarzyło mi się to z odcinkiem „Piętnaście Milionów” serialu „Black Mirror”, w którym — bez wdawania się w szczegóły fabularne — bohaterowie są zmuszeni do podjęcia trudnych, całkowicie wykluczających się, decyzji moralnych: wybrać komfort i wygodne życie kosztem zdeptania swoich poglądów, czy właśnie stanąć w ich obronie, co byłoby równoznaczne z dalszym wykonywaniem pustej, nie przynoszącej efektów, pracy. Żadna decyzja nie była jednoznacznie właściwa. Ale żadna nie była też zła. Cuban musiał zdecydować się na wybór całkowicie wbrew sobie i swoim przekonaniom, co m.in. ostatecznie doprowadziło do tego, że w Dallas wylądował Dennis Smith Junior. Zgodził się na delikatną rysę na kulturze, by później można było na kim ją rozwijać. Pytanie co dalej? Na którą ścieżkę świadomie wskoczyć?

Podczas ligi letniej Cuban wspomniał, że klub znajduje się w trakcie przebudowy: — Nie ma co do tego wątpliwości. Gdybyśmy grali na wschodzie, nie musielibyśmy decydować się na takie kroki. Załatwilibyśmy swoje sprawy zupełnie inaczej — zadeklarował właściciel ekipy z Dallas. Wydaje się, że Mavs są za solidni by tankować, ale trochę za słabi, by regularnie wygrywać i wskoczyć na zachodzie do najlepszej ósemki. Nie są jednak na złej pozycji startowej — posiadają szeroki skład, dobrych zadaniowców, Harrisona Barnesa, przyjemnego do oglądania niezależnie od wieku Dirka i trenera wyciągającego zespół znacznie ponad swoje możliwości. Ale przede wszystkim znaleźli talent, na którym można budować zespół i spoglądając na historie rozwoju poszczególnych rozgrywających pod okiem Ricka Carlisle’a można być spokojnym, że Smith Junior trafił dla siebie w idealne miejsce, także ze względu na Dirka i Nerlensa Noela, którzy po zasłonach zapewnią różnorodność rozciągnięcia gry na dystans lub ścięcia do kosza.

Więc może jest w tym zespole coś więcej niż próżnia na około 35 zwycięstw? Nawet jeżeli nie, to Mavs wejdą w dalszy etap przebudowy na swoich warunkach — ucząc młodych kultury gry, poprzez wygrywanie. Pozostaje wierzyć, że efekty przyjdą szybko.

11. New Orleans Pelicans

W przypadku Pelicans należałoby się zastanowić na ile czysty talent dwóch najlepszych zawodników drużyny może przykryć niewielką głębię składu, szemrany spacing i niedostatek solidnych niskich skrzydłowych. Bo nie chcę zabrzmieć jakby kontuzja Solomona Hilla miała pokrzyżować ekipie z Nowego Orleanu plany na nadchodzący sezon, ale koniec końców deficyt graczy z najważniejszej pozycji w NBA może przesądzić o braku play-offów w stanie Luizjana. Zachód nie wybacza takich pomyłek.

To nie jest też tak, że Hill zaliczył ponadprzeciętne poprzednie rozgrywki, tylko zwyczajnie nie było go kim zastąpić. Bo mimo, że ten notował słabiutkie 38,3% z gry i 34,8% za 3 na ledwie 7 punktu na mecz, to zakończył sezon z plusowym NetRatingiem, a także wylądował w trójce zawodników, na których nieobecności na parkiecie Pelikany traciły najbardziej (za Anthonym Davisem i Jrue Holidayem). I choć Hill wydaje się nominalną czwórką w nowoczesnej NBA, to mimo wszystko korzystnie wpływał na duet Davis & Boogie Cousins — z byłym zawodnikiem Pacers duet wysokich miał NetRating +5,4 w 354 minuty wspólnej gry, a bez już -4,8. Pelicans wejdą w nowy sezon prawdopodobnie z Tonym Allenem (lub klasycznie z Dante Cunninghamem) w pierwszej piątce, ale trudno oczekiwać, by 35-letni, podatny na kontuzje, zawodnik miał być długoterminowym rozwiązaniem, szczególnie w drużynie, która błaga o strzelców.

Ewentualnie Alvin Gentry może zdecydować się na niskie granie z trójką nominalnych obwodowych — Rondo-Holiday-Moore — tylko kto przy takim ustawieniu miałby kryć nawet nie tyle czołowej klasy skrzydłowych, co tych ok jak np. Danilo Gallinari lub Tobias Harris (odpowiedź to Jrue, tylko nie jestem specjalnym optymistą wobec takiego rozwiązania). Być może, gdyby ten line-up był w stanie zapewnić niezły spacing, to takie granie w dłuższym wymiarze mogłoby delikatnie zredukować straty niesione w obronie, ale niezbyt — najlepszym strzelcem za 3 z tej piątki i tak byłby Cousins, który trafiał 37,5% za 3. Moore miał przyzwoity sezon strzelecko (37% z dystansu) — niewiadomą pozostaje jak spisałby się w nieco większej roli, oddawał średnio trochę za mało 2,5 trójki w 25 minut — ale już Rondo jest odpuszczany na dystansie, a Holiday stoi poniekąd w miejscu pod względem trójki– podobnie jak Conley do sezonu 15/16, gdy zdawało się, że mógł rzucać więcej, ale z jakichś przyczyn miał opory. Teoretycznie zamiast Rondo można byłoby wstawić Iana Clarka, by nieco bardziej otworzyć przestrzeń do kosza i poprawić grę po łuku, ale wciąż — w założeniu wysokiej drużynie brakowałoby wzrostu. Paradoks.

I nieco zdziwiło mnie, że proszący się o dodatkowych skrzydłowych Pelicans nie poszukali takowych w drafcie. W sensie — wiemy co nam dolega, ale nie przyjmujemy lekarstwa. Wtedy jeszcze zdrowy był Hill, ale to wciąż za mało — w Nowym Orleanie jest zapotrzebowanie na uniwersalnego zawodnika, który może zejść o pozycję w dół w razie potrzeby, ale też wskoczyć wyżej jako niska czwórka. Brakuje gracza po obu stronach parkietu — Allen zapewni D, ale nie 3, podobnie jak Dante (32,6% za 3 w karierze).

W tym wszystkim ciekawe jak odnajdzie się Gentry — trener, który z jednej strony został zatrudniony, by przyspieszyć tempo, wprowadzić nowoczesny styl, a dostał personel odbiegający od oczekiwań, a z drugiej nie dał podstaw swoją pracą, by mu dostatecznie zaufać — ofensywa za często bazowała na prostych, mało innowacyjnych, schematach (Gentry do swojego sztabu dodał Chrisa Fincha — człowieka odpowiedzialnego za ofensywę Nuggets w zeszłym sezonie). Brakuje charakterystycznego stempla zespołowi: u niektórych trenerów widać ich wartość dodaną, to jak sprawiają, że drużyna staje się z nimi lepsza, a u Gentry’ego już nie za bardzo można powiedzieć co konkretnie w Nowym Orleanie zmieniło się na lepsze po odejściu Monty’ego Williamsa — pytanie, czy Gentry w ogóle jest odpowiednią osobą pod tak skonstruowany duet najlepszych zawodników? I odnoszę wrażenie, że Pelicans za bardzo balansują na krawędzi — posiadają ogromny talent, ale za dużo czynników może pójść nie tak. A w takich warunkach niełatwo o szczęśliwe zakończenie.

10. Utah Jazz

Powodów, by wierzyć, że po odejściu Gordona Haywarda i George’a Hilla, do Salt Lake City ponownie zawitały play-offy jest kilka. Trener, którego zespoły grają ponad swój potencjał; obrona budowana wokół najlepszego obok Joela Embiida rim-protectora w zeszłym sezonie; w miarę udane załatanie dziur graczami zadaniowymi, spełniającymi wymogi defensywnej kultury zespołu; czy przechwyt błyskotliwego debiutanta, Donovana Mitchella, który off-season spędził na oglądaniu klasyków Jazz i zachwycaniu swoją obroną, dojrzałością, rzutem w meczach ligi letniej. Zwłaszcza w tym ostatnim należałoby doszukiwać się powodów do optymizmu — dosyć niespodziewanie udało się oskubać w wymianie Nuggets i przejąć zawodnika, który przy wyprzedzeniu oczekiwań będzie w stanie zapewnić te kilkanaście punktów w meczu oraz — przede wszystkim — wykreować sobie pozycje do rzutu po koźle, tak deficytową w Utah umiejętność.

Bo właśnie: o ile defensywa nie powinna stanowić kłopotu — Quin Snyder może wystawić line-up składający się z niemal samych dobrych obrońców jak Rubio-Mitchell/ Exum-Ingles-Sefolosha-Gobert — tak ofensywa i wspomniana kreacja na koźle, te depnięcie w kroku i stworzenie punktów, gdy atak pozycyjny zawodzi, powinny gdzieś decydować o ograniczonym suficie Jazz. Nagle okazuje się, że odpowiedzialność za zdobywanie punktów spadnie w dużej mierze na Rodneya Hooda, Joe Johnsona i ewentualnie Derricka Favorsa, jeżeli zdrowie znowu nie stanie mu na przeszkodzie. Nie pomoże, że w dwójkowych akcjach Rubio-Gobert, które powinny być ważnym elementem play-booka Jazz, żaden specjalnie nie grozi rzutem. Hiszpan trafiał ledwie 40% z gry, nieco ponad 30% za 3 i 0,8 punktu na posiadanie w pick and rollu i nie stanowi zagrożenia rzutem zaraz po wyjściu po zasłonie. To znacznie będzie ułatwiało przygotowanie się przeciwnikowi na starcia z Jazz, bo obrońca może zejść niżej, zaczekać, co tylko utrudni rolowanie do obręczy Gobertowi, który przecież po postawieniu zasłony nie zrobi pop, choćby do mid-range i nie odda rzutu (niemniej kilka razy pokazał, że może dostać się z piłką na koźle i wyprzedzić długimi susami rywala). Nieodłączną wątpliwością przy Jazz jest też zdrowie poszczególnych zawodników — dość powiedzieć, że najdłużej grający ze sobą line-up spędził w poprzedniej kampanii 152 minuty. Kontuzje w zasadzie przeszkodziły w SLC zrobić krok naprzód już sezon wcześniej, co być może w dalszej perspektywie wpłynęło na decyzję Haywarda.

Choć szybka odbudowa, godna pochwały, daje nadzieje, że Snyder stworzy silny, dobry do oglądania zespół, przypominający pod tym względem nieco Miami Heat Erika Spoelstry, ale już z wyraźnie lepszym czołowym graczem w drużynie. Na wschodzie solidny kolektyw powinien wystarczyć do zakończenia w najlepszej ósemce, na zachodzie może jednak zabraknąć talentu. Chyba, że Mitchell zrobi boom.

9. Portland Trail Blazers

Nietrudno odnieść wrażenie, że środek konferencji zachodniej mocno się wyrównał — przez środek rozumiem powiedzmy drużyny z miejsc, które umieściłem od 5. do nawet 12. miejsca, z Mavs, a być może nawet i Lakers lub Kings włącznie — i pojawiło się sporo dobrych, ale jeszcze nie bardzo dobrych, zespołów, będących w stanie dobić do pułapu dolnej granicy 40 zwycięstw. O awansie do play-offów na koniec mogą zadecydować pojedyncze wygrane i ktoś będzie musiał ucierpieć na spłyceniu się zachodu — ktoś, prawda, musi znaleźć się poza play-offami. I z tym ósmym miejscem — a w konsekwencji dziewiątym, dziesiątym i jedenastym — miałem najwięcej kłopotów, bo w zasadzie początkowo umieściłem tam Jazz, potem Pelicans i Blazers, by skończyć z Grizzlies i tak co jakiś czas, zależnie od zmieniających się wewnętrznych nastrojów wobec każdego z wymienionych klubów, wymiennie je tasowałem. Nie będę więc zdziwiony jeżeli Portland ostatecznie wyląduje w play-offach — powinno — choć nie jestem jakimś specjalnym optymistą wobec upside’u tego zespołu — w sensie tak jak wyżej napisałem: Blazers wydają mi się drużyną na około 41–45 zwycięstw.

Ograniczone — wspólnie — pole do poprawy, przede wszystkim w defensywie, duetu Lillard&McCollum, brak solidnych zmienników na pozycjach 1–2, w niektórych ustawieniach nieco śliski spacing i wątpliwe zdrowie Nurkicia mogą powstrzymywać ekipę ze stanu Oregon przed wejściem na kolejny poziom. Ten ostatni czynnik wskazałbym jako najważniejszy dla samego powodzenia rozgrywek Blazers: trójka powiedzmy liderów drużyny w 411 wspólnych minut w poprzednim sezonie zdobywała 111,2 punktu na 100 posiadań i traciła ich tylko 102,1, co byłoby odpowiednikiem 3. najlepszego wyniku w Offensive i Defensive Rating. Od przyjścia bośniackiego niedźwiedzia do Portland przeważały jednak minuty, w których ten nie mógł zagrać i wtedy podopieczni Terry’ego Stottsa wprawdzie zdobywali świetne 115,1 punktu na 100 posiadań, to oddawali horrendalne 115,7 punktu, co byłoby odzwierciedleniem najgorszej obrony w NBA. Blazers poszerzyli nieco skład na pozycjach 4–5, dzięki czemu zabezpieczyli się na wypadek kontuzji Nurkicia (choć bardziej na wypadek urazu Eda Davisa), ale jakościowo — bez niespodzianek w postaci Caleba Swanigana/ Zacha Collinsa — spadek byłby zbyt odczuwalny.

Tylko wciąż: historią pozostaje obrona i niewielkie szanse na zmiany dwójki bardzo podobnych do siebie graczy na obwodzie. Defensywa może ponownie ciągnąć w dół cały zespół i niejako wyrównywać dobre rzeczy, które będą miały miejsce w ataku. Kłopot mam wrażenie polega na tym, że gdyby Lillard wspiął się na poziom włączenia się do konwersacji o nagrodę MVP — weźmy za przykład Isaiaha Thomasa — to nie ma obok siebie kogoś obok, kto mógłby w większym stopniu schować jego mankamenty w defensywie, bo mimo wysiłku i prób ten na niewiele się zdaje — nawet przeciętni rozgrywający będą na nim punktować. I na odwrót, bo sytuacja powtarza się z McCollumem. Brakuje tutaj defensywnego stopera z pozycji 1–2, co jest ceną takiego, a nie innego, trzonu.

Mimo wszystko źle mi z tym wyborem, najbardziej ze wszystkich 30.

Dokończenie konferencji zachodniej w sobotę lub poniedziałek.

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora, Blog Don’t Lie

Kopiuj link do schowka