Przewodnik po NBA 17/18: Konferencja Wschodnia, część I

27/09/2017
Joel Embiid Philadelphia 76ers Zapowiedź Bill Streicher-USA TODAY Sports

Odnoszę wrażenie, że z każdym sezonem przybywa must-watch zespołów na League Passie, a po jednym z najlepszych off-season w historii ligi, tak dobrze pod względem drużyn, których zwyczajnie jestem ciekaw, nie było odkąd oglądam NBA. M.in. dlatego zdecydowałem się stworzyć niniejszy przewodnik, choć główną przyczyną było wyczyszczenie głowy z części pomysłów, które nie miały okazji pojawienia się — swego rodzaju zapowiedź przy poszczególnej drużynie zapewnia dowolność i pozwala umieścić w niej rzeczy za długie na tweeta, a za krótkie na oddzielny artykuł. Zwyczajnie chciałem o każdym z zespołów opowiedzieć jego historię na ten sezon, nie zawsze tę główną czy najważniejszą. I zaczynając, nie spodziewałem, że mi się to uda — próbowałem zabrać się za podobną rzecz dwa lata temu i wysiadłem przy czwartej lub piątej ekipie. Ale!

Uszeregowałem kluby na zasadzie przewidywań, gdzie na koniec sezonu myślę, że te się znajdą — z umiarkowanym optymizmem podchodzę do powiedzmy połowy z nich, w końcu to tylko typy, a weryfikacją ich będzie codzienność, którą może zdawać się, że często znamy, przyzwyczailiśmy się do niej, ale nawet wtedy ta nieco odbiega od standardów. Należałoby też wspomnieć, że ze względu na objętość postanowiłem przewodnik podzielić na cztery części — miejsca 15–9 i 8–1 kolejno na wschodzie i zachodzie — które przed startem sezonu na pewno ujrzą światło dzienne internetu.

Sponsor serwisu

Na początek ta słabsza, wydawałoby się mniej ekscytująca konferencja, ale co mam powiedzieć może nie będzie tak źle (niestety: wbrew temu co na początku napisałem, jest też sporo zespołów, na które specjalnie nie czekam — większość znajduje się właśnie na wschodzie).

15. Chicago Bulls

Oczekiwania wobec Bulls wydaje się, że nie są specjalnie wygórowane. Te po odejściu Jimmy’ego Butlera sprowadzają się do wysokiego wyboru w nadchodzącym drafcie, a w zasadzie do nie zaprzepaszczenia świetnej okazji na zyskanie — po oddaniu takiego — człowieka wokół, którego można budować zespół.

Skład, którym dysponuje Fred Hoiberg — Robinem Lopezem, Nikolą Miroticiem i zlepkiem młodych, w większości niesprawdzonych i niepewnych, zawodników — zapowiada długi sezon nakreślony rosnącą frustracją wobec niekompetentnego zarządu: zarządu, który wchodząc w okres przebudowy, zdecydował się na sprzedanie do Golden State Warriors drugorundowego wyboru w drafcie, gdyż wszyscy gracze, którymi pierwotnie byli zainteresowani Bulls nie byli już dostępni z 38. wyborem. Duet Gar Forman i John Paxson uznał więc, że lepiej mieć gotówkę — co jest równoznaczne z brakiem pensji dla nowego koszykarza — niż zawodnika do sprawdzenia, w sezonie, w którym drużyna i tak gra o kiść winogron i worek ziemniaków (to także pokazuje, że Jordan Bell wcale nie był na radarze Chicago, a jakiekolwiek uznanie za ten wybór należy się wyłącznie skautom i osobom decyzyjnym u mistrzów NBA). Gdzie zatem szukać nadziei?

Jest szansa, że najlepszego zawodnika Bulls, Zacha LaVine’a (niesamowitą historią byłoby, gdyby w trakcie sezonu okazał się nim Lauri Markkanen, ale nie), zobaczymy już w okolicy grudnia — co z drugiej strony wiąże ze sobą ryzyko, czy aby Byki nie pośpieszyłyby się zbytnio z powrotem atletycznego obwodowego po zerwanym więzadle w kolanie. 22-latek pokazywał spory potencjał w kreowaniu sobie rzutu po koźle — oddawał 2,5 pull-up trójki na mecz (17. wynik w NBA) na niezłej 34% skuteczności — i nie chodzi nawet o liczby, ale sam fakt, że są podstawy, by tak cenną w obecnej NBA umiejętność szlifować. Trafiał również 39% swoich rzutów z dystansu i notował średnio 19 punktów.

LaVine w Chicago — w szybkim systemie Hoiberga, który wreszcie dostał ludzi bardziej do niego pasujących — powinien czuć się dobrze — rozciągający grę Magic Markkanen z pozycji silnego skrzydłowego/ centra (43% za 3 w NCAA) bardzo pomoże (tylko kto Finowi będzie dostarczał piłkę?) — a może inaczej: nie będzie miał ograniczeń — prócz pytań zdrowotnych — by poczuć zew wolności i poprawić jeszcze swoje cyferki. Ktoś w końcu musi zdobywać punkty, zbierać piłki i zgarniać asysty, a jako że Bulls powinni okazać się złą drużyną może pojawić się sporo meczów, w których młodzi zawodnicy będą znacznie lepiej wyglądali w box-scorach, aniżeli na parkiecie — szczególnie między lutym, a kwietniem.

Pytanie, czy którymś z nich okaże się jakiś rozgrywający — tych Bulls zgarnęli na pęczki, mimo że żaden nie ma potencjału na startera w NBA i wydaje się, że w Chicago zebrano ich aż tylu na zasadzie „któryś musi wypalić”. Tym podstawowym zdaje się Kris Dunn, u którego widać pewien — bojaźliwy — dryg w defensywie — średnio łącznie półtora bloku i przechwytu w 17 minut gry w poprzednim sezonie — notorycznie wypierany przez kłopoty z rzutem i finiszowanie pod koszem: 38% z gry, 29% za 3, 61% z linii rzutów wolnych i 47% przetwarzanych rzutów pod obręczą nie wróży niczego dobrego. W Chicago ma czystą kartę, ale szybko musi zrobić postęp. Będzie to o tyle trudne, że naprzeciw staną najlepsi, podstawowi, rozgrywający, a nie rezerwowi. Do tego nowa fala rozgrywających z tego draftu — nie żeby Bulls mieli takiego pod nosem i pozwolili wybrać go Dallas — może sprawić, że Dunn okaże się zwyczajnie za słaby na NBA.

Luka Doncić mógłby jednak sprawić, że te zmartwienia przestałyby mieć znaczenie.

14. Atlanta Hawks

Wszystko wskazuje, że najdłuższa na wschodzie passa dziesięciu kolejnych sezonów z awansem do play-offów po tych rozgrywkach pójdzie w Atlancie w zapomnienie. Hawks po latach przeciętności, okraszonych jednym awansem do finałów konferencji, dynamicznie wchodzą w przebudowę. Nowy GM Jastrzębi, Travis Schlenk, zdecydował się nie przedłużać, bądź wyrównywać, kosztownych kontraktów Paula Millsapa i Tima Hardawaya Jr., a także pozbyć się z szatni wysokiej umowy Dwighta Howarda, i postawił na młodzież oraz płynność finansową.

– Chcemy kontynuować nasze sukcesy, lecz zdajemy sobie sprawę, że musimy zrobić krok w tył — mówił jeszcze w lipcu Schlenk. Niekoniecznie nawet chodzi o specjalne, a powiedzmy bardziej naturalne, przegrywanie w celu zwiększenia swoich szans po wybór w drafcie — poprzez pozbycie się weteranów dla pozyskania assetów i przede wszystkim otworzenia większych minut dla perspektywicznych zawodników, co Schlenk podkreślał także podczas „Media Day”, gdy wspomniał, że od swoich graczy oczekuje rozwoju indywidualnego, jak i zespołowego — bez patrzenia na metrykę zwycięstw — i to jest główny cel na ten sezon.

Roster, którym dysponują Hawks zapowiada większe niż zwykle pustki w hali i nie chcę powiedzieć, że jedynym jasnym punktem tej drużyny jest żółta plamka na głowie Dennisa Schroedera, ale główną przyczyną, dla której nie umieściłem Atlanty na ostatnim miejscu jest Mike Budenholzer — trener, chcąc nie chcąc, gwarantujący tych kilka ponadprogramowych zwycięstw w sezonie. Mimo wszystko Hawks wciąż powinni prezentować pewien określony poziom jeżeli chodzi o jakość np. poszczególnych zagrywek, tylko są bardzo ubodzy w talent na już (zdarzało się, że nie było to przeszkodą dla Mike’a B, ale come on). Natomiast „na zaś” warto raz na jakiś czas zerknąć na rozwój tych młodych: obiecującego w zeszłych play-offach Taureana Prince’a, eksplozywnego w lidze letniej Johna Collinsa lub nawet Kenta Bazemore’a w kontekście powrotu do formy z roku kontraktowego. Warto jednak przede wszystkim zwrócić uwagę na Schroedera w jeszcze większej roli — roli absolutnego lidera drużyny. Czy to już samo w sobie źle wróży Hawks? Sprawdźmy:

Niemiec w poprzednich rozgrywkach notował średnie na poziomie 18 punktów, 6 asyst i 3 zbiórek na 45% skuteczności z gry przy 34% z dystansu — miał również najwyższy, niemal 28%, usage spośród wszystkich zawodników drużyny z Atlanty. Wygląda to nieźle, ale zszedłem do piwnic i porównałem zaawansowane statystyki Schroedera z innymi rozgrywającymi i tutaj już nie jest tak dobrze. W statystyce „Win Shares” — oszacowanych dodanych zwycięstw — 24-latek uplasował na 27. miejscu wśród rozgrywających (starterzy + rezerwowi). Box Plus Minus — punkty, w których zawodnik miał udział po obu stronach parkietu w przeliczeniu na 100 posiadań porównane z przeciętnym graczem na tle przeciętnej drużyny — nie lubi Schroedera, szczególnie w defensywie. Choć w zasadzie ani tu, ani tu: ogólnie zajął 33. pozycję z minusowym wynikiem (27. w ofensywie i 44. w obronie). Natomiast w Value Over Replacement — w skrócie BPM skalkulowane na 82 mecze w sezonie — Niemiec wylądował na 30. pozycji. Pozostał jeszcze nieco wymierający PER, gdzie średnim wynikiem zakłada się, że jest „15” — Schroeder skończył z 16,1 (22. wśród point-guardów).

Do tych liczb nie należy przykładać jakiejś wielkiej wagi, lecz praktycznie każda z nich wskazuje, że rozgrywającemu Hawks nieco bliżej do dolnej części stawki wśród starterów na swojej pozycji niż górnej. Niemniej jeden z odcinków „The Wire” zaczynał się od cytatu „jeżeli usłyszę muzykę, zacznę tańczyć”. Muzyka w Atlancie gra. Kwestia, czy Schroeder zacznie do niej tańczyć.

13. Brooklyn Nets

Jak możesz tworzyć kulturę zwycięzców, gdy wszystko co robisz to przegrywanie? — pytała w trakcie zeszłego sezonu Jackie MacMullan. I choć nadchodzące rozgrywki na Brooklynie zapowiadają się nieco lepiej niż te, w których Nets skończyli jako najgorsza drużyna NBA, to trudno wierzyć w jakiś gruntowny skok, gdy twoim najlepszym graczem w zespole będzie Jeremy Lin — przydatny, acz najlepiej sprawdzający się w roli rezerwowego, zawodnik. Mimo wszystko, Sean Marks i Kenny Atkinson — odpowiedzialny za budowę zespołu duet, który niejako podjął się próby ratowania pacjenta, gdy ten już zjeżdżał ze stołu operacyjnego — zdołali dodać do składu tak potrzebną nadzieję.

Nadzieję, która pozwoli wierzyć nie tyle w co awans do play-offów lub walki o nie do samego końca, ale nadzieję wynikającą, że udało się pozyskać talent w postaci D’Angelo Russella — perspektywicznego gracza, na którym przynajmniej możesz po cichu liczyć, że kiedyś, kiedyś ten będzie ważnym elementem dobrego zespołu. Do tego dochodzi grupka młodych zawodników — Caris LaVert, Rondae Hollis-Jefferson, Isaiah Whitehead — dających promyk szansy, że któryś z nich stanie się pożytecznym zawodnikiem w NBA, o ile 32/22/30% za 3 nie będzie prognostykiem ich dalszej skuteczności z dystansu, szczególnie mając na uwadze system — pace (1.) & space (4. miejsce pod względem 3PA, ale już 26. w skuteczności za 3) — który Atkinson stara się z ograniczonym personelem wprowadzić.

W tej perspektywie ogromną stratą powinien okazać się brak Brooka Lopeza, który przecież ze swoim poszerzonym zasięgiem rzutowym (najwięcej oddanych i trafionych trójek wśród centrów; Nets pozbyli się także Justina Hamiltona, który pod względem oddanych rzutów z dystansu był 10., choć oddał i trafił ich ponad 2 razy mniej niż Brook) był kluczowy dla otwierania przestrzeni pod koszem dla kozłujących w pick and rollu i slasherów. Nets mogą spróbować zamaskować odejście Lopeza niskim graniem (RHJ na centrze?) lub szukaniem sportowej reinkarnacji u Timofieja Mozgowa, ewentualnie zaryzykować i wrzucić na głęboką wodę wybranego w drafcie Jarretta Allena, który ma potencjał by stać się przyzwoitym rim-runnerem — wprawdzie nie rozciągnie gry, ale może stworzyć dobrą koneksję w dwójkowych akcjach z którymś z obwodowych, jak również ze swoim imponującym zasięgiem — 7’5 stopy — po części wypełni lukę w obronie kosza — elemencie, w którym o dziwo Lopez był 3., po Joelu Embiidzie i Rudym Gobertcie, wśród centrów-starterów w NBA.

Jednak jak trudne nie byłoby odejście najlepszego strzelca w historii Nets, to wydaje się, że było ono nieuniknione — time-line drużyny i zawodnika zupełnie ze sobą nie współgrał. W końcu władze na Brooklynie są gotowe nie szukać drogi na skróty i zachować cierpliwość. Ta będzie nieunikniona i pojawiają się obiecujące głosy wśród udziałowców Nets, że właściciel klubu — Mikhail Prokhorov — zaakceptuje sezon na 25 zwycięstw, o ile młodzi gracze zrobią należyty progres. I to powinno być historią, narracją nadchodzącego sezonu na Brooklynie: znaleźć światełko w tunelu, tak aby wynieść coś ekstra z drugich w ciągu trzech lat rozgrywek, w którym drużyna całkowicie traci swój wybór w drafcie. Pewne podstawy są. Personel na stanowiskach kierowniczych i trenerskich też. Więc może nie musi być tak źle.

12. Orlando Magic

Wiadomo: pięć lat minęło od odejścia z Orlando Dwighta Howarda, a Magic wciąż nie mogą wykaraskać się z loteryjnej pętli, a co gorsza nie znaleźli w kolejnych draftach zawodnika, który zmienia oblicze drużyny. Rozsądek wskazywałby więc, że może warto byłoby dalej szukać takiego gracza, przy okazji rozwijając dostępny talent, ale wydaje się jednak, że John Hammond — nowy GM ekipy z Florydy — wyszedł z założenia, że nie zawsze wysokie miejsce w drafcie decyduje o powodzeniu w znalezieniu franchise playera — casus wyboru Giannisa z 15. pickiem — i zbudował drużynę, która może powalczyć o play-offy (albo będzie to sezon na zasadzie sprawdzenia kto się nadaje, a kto nie). Może, choć nie jestem pewien czy powinna.

Najlepsza ósemka na wschodzie dla przeciętnych zespołów z niepewnym talentem, to poniekąd złoto dla głupców: droga na skróty, gdzie liczy się jedynie perspektywa łatwego zarobku i krótkoterminowego celu, co wiedzie do powiększania się tylko dysproporcji talentu w poszczególnych konferencjach. Takie podejście prowadzi do przepłacania zawodników, co potem hamuje naturalny rozwój młodych zawodników, czego w zeszłym sezonie doświadczył Aaron Gordon, który 48,8% czasu spędził, grając jako niski skrzydłowy, gdy na jego nominalne miejsce czwórki było zbyt wielu weteranów. Dopiero wymiana Serge’a Ibaki za Terrence’a Rossa otworzyła minuty dla 22-letniego skrzydłowego pozycje wyżej. Tempo Magic wzrosło — z 19. na 9. — a starterzy — Payton-Fournier-Ross-Gordon-Vucević — skończyli sezon ostatecznie na plusie (+15). Szybko można było jednak zauważyć wpływ nawet tak średniego gracza jakim jest Ross na Gordona, który z Rossem na parkiecie trafiał 50,8% z gry i 32,8% za 3, a bez kolejno 40,8% i 13,5%.

Mimo wszystko ewentualny lider Magic, to wciąż przygoda w nieznane, stąd ciekawym, acz momentami różnym, będzie obserwowanie jego dalszego rozwoju. W zeszłym sezonie jako kozłujący w pick and rollu trafiał ledwie 34,7 % swoich rzutów (95 prób), co przełożyło się na 0,75 punktu na posiadanie. Na plus, że nie tracił przy tym piłek — tylko 10,3% takich akcji okazało się stratami. Pytanie także jakie postępy rzutowe zrobi Gordon: czy ma w ogóle predyspozycje, by regularnie kreować sobie pozycje do rzutu. Często można spotkać porównania do Blake’a Griffina, ale to zupełnie inna skala. Wprawdzie — w tym samym wieku — 67% trafionych rzutów zawodnika Clippers było po asyście, a u Gordona już 57%, to Griffin oddawał ich średnio 17, a skrzydłowy Magic 11. Dodatkowo Griffin oddawał mniej jump-shotów (55% FGM vs. 63%), ale na lepszym % (37% vs. 32%) i zwyczajnie robił więcej na parkiecie, o czym świadczy usage% (27% vs. 20%), będąc przy tym lepszym kreatorem na piłce oraz zbierającym.

Jednak w Orlando brakuje go-to-gracza, ofensywnego talentu — dodanie Jonathona Simmonsa i Jonathana Isaaca niewiele na teraz w tym aspekcie zmienia, niemniej powinno sprawić, że Frank Vogel zbuduje defensywę z górnej części tabeli — dlatego może warto byłoby sprawdzić, czy takim zawodnikiem — w okolicy nawet 17–20 punktów na mecz — nie stanie się, na przestrzeni sezonu, już w większej roli, Gordon. Z Vuceviciem lub Fournierem jako pierwszą opcją jest się trochę w kropce: to nie są gracze, którzy w tak odpowiedzialnej roli wprowadzą zespół do play-offów, ale też nie da się z nimi tankować. Ot, historia ostatnich sezonów Magic. Gordon natomiast daje baby-przebłyski, gdy pokazuje, że może być kimś więcej niż atletycznym zadaniowcem. A jeżeli nie — albo przynajmniej jeszcze nie teraz — to Magic zwiększyliby swoje szanse na wysoki pick, co w gruncie rzeczy okazałoby się całkiem korzystnym rozwiązaniem.

11. New York Knicks

Naprawdę trudno przewidzieć na co stać klub koszykówki Knickerbockers. Nie będę zdziwiony jeżeli Knicks włączą się do walki o play-offy i być może nawet znajdą się w najlepszej ósemce, co w zasadzie byłoby równoznaczne z przełomowym sezonem Kristapsa Porzingisa, w którym Łotysz wchodzi na poziom powiedzmy all-stara, ale nie będę również zdziwiony, gdyby w gabinetach nowego prezydenta — Steve’a Millsa — i GM-a klubu — Scotta Perry’ego — padła decyzja o szuraniu na dnie i zwiększeniu swoich szans na wysoki wybór w drafcie. Ostatni scenariusz, z jednej strony kuszący — przydałoby się dodać do swojego młodego franchise-playera (?) perspektywicznego gracza, żeby mieć na kim budować skład na przyszłość i nie powtórzyć sytuacji choćby Pelicans, którzy nieco za szybko weszli w tryb „na już” z Anthonym Davisem, przez co długo nie udało się znaleźć odpowiedniej gwiazdy dla wysokiego — z drugiej nieco ryzykowny: otóż ktoś musi być w środku loteryjnej stawki, a nie jestem pewien, by Knicks byli wyraźnie gorsi niż kilka innych drużyn, które potencjalnie mają okazać się najgorsze w lidze.

Przede wszystkim w Nowym Jorku znajduje się człowiek, który powinien sprawić, że przynajmniej do czasu drużyna będzie co najmniej przyzwoita. Porzingis w końcu został uwolniony z nieefektywnie działających trójkątów — dla przykładu tylko dwa zespoły wykonały więcej podań niż Knicks, ale już pod względem punktów po asystach nowojorczycy zajęli 20. miejsce, a stosunek podań i wynikających z nich asyst był 26. w lidze — i być może Jeff Hornacek skupi się, aby oprzeć grę zespołu na swoim najlepszym zawodniku, w tym celu częściej wykorzystując możliwości, które niesie Łotysz w akcjach pick-and-roll/pop. Oczywistość, prawda?

Jednak doniesienia dotyczące relacji lider-trener nie są zbyt obiecujące i choć nie powinny, to mogą nieco przeszkodzić w rozwoju 221-centymetrowego jednorożca — rzekomo Porzingis nie pojawił się na „exit-interview” po zeszłym sezonie, nie ze względu na Phila Jacksona, a właśnie Hornacka. Spór między oboma panami miał trwać cały sezon, co w perspektywie nadchodzących rozgrywek raczej nie wpłynie korzystnie na drużynę jako całość, aczkolwiek 22-letni wysoki stwierdził, że te niesnaski to już przeszłość, a z coachem ma dobre relacje.

Tak na dobrą sprawę każdą zapowiedź sezonu Knicks można sprowadzić do retorycznego pytania „kiedy ostatni raz sprawy szły po myśli nowojorskiej drużyny?”. W NY można wprawdzie doszukać się kilku mniej lub bardziej obiecujących graczy, którzy dostarczą codziennej rozrywki na League Passie, ale kolejnymi kłopotami są wąska kadra, mizeria na pozycji rozgrywającego — Frank Ntilikina może być solidnym zawodnikiem, ale czy naprawdę Knicks chcą powierzyć prowadzenie ofensywy 19-letniemu debiutantowi, który zdobywał nieco ponad 5 punktów i 1,5 asysty na mecz we francuskim Strasburgu? — zdrowie Porzingisa, wypychanie Łotysza z pozycji centra przez tłok na tej pozycji, czy szeroko pojęta obrona. Niemniej w odróżnieniu do niektórych drużyn ze wschodu w Nowym Jorku jest czysty talent. Tylko jeszcze nienajlepiej otoczony. Może warto byłoby to zmienić?

10. Indiana Pacers

Larry Bird wiedział kiedy odejść. Mógł jednak pozostawić Pacers w lepszych rękach na stanowisku kierowniczym niż Kevin Pritchard — nowy generalny menedżer, którego pierwszą decyzją okazało się wymienienie top-12 zawodnika — Paula George’a — za Victora Oladipo i Domantasa Sabonisa — dwóch graczy o ograniczonym i raczej znanym suficie. Najgorsze w tej wymianie nie było nawet za kogo lider drużyny został oddany, a co symbolizuje ten ruch. Pacers wchodzą w okres przeciętności i do pewnego stopnia nie jest to nawet wina Pritcharda, a Herba Simona — właściciela klubu — dla którego bardzo istotną kwestią jest posiadanie drużyny, dzięki której może na co dzień być dumny.

To w pewnym sensie z automatu wyklucza jakiekolwiek tankowanie i przed sezonem należy postawić tę sprawę jasno: Pacers nie będą tankować. I nie ma niczego złego w próbie bycia konkurencyjnym, tylko kurcze, jeżeli ściągasz jednego, drugiego, trzeciego powszedniego zawodnika — na niespecjalnym dla klubu kontrakcie — to końcowy rezultat będzie taki, że twój zespół okaże się odzwierciedleniem poziomu tych graczy. Będziesz solidny, ale tutaj należałoby postawić kropkę. W tym wszystkim nie ma tego dreszczyku niespodziewania.

– Nigdy nie czułem byśmy musieli wszystko zburzyć i zaczynać od początku — tłumaczył po wymianie George’a Pritchard. — Myślę, że dodanie Sabonisa i Victora pomoże wejść nam na następny poziom. Gdzie natomiast leży ten poziom… tylko oni będą w stanie nam to powiedzieć, byśmy na tej podstawie następnego lata zrobili usprawnienia — dodał GM Pacers. Poniekąd można dojść do wniosku, że nawet Pritchard — człowiek, który zdecydował się przecież na tych graczy — nie do końca wie czego ma się spodziewać po pozyskanych zawodnikach.

W Indianie naprawdę wierzą w play-offy — co przecież wcale nie jest wykluczone — co potwierdzały na przestrzeni lata słowa Pritcharda i dalsze ruchy na rynku wolnych graczy — sukcesywne dodawanie solidnych weteranów — Cory’ego Josepha, Darrena Collisona, Bojana Bogdanovicia — do grupki młodych zawodników z ograniczonym potencjałem i rodzynka Mylesa Turnera, który ma być nowym liderem zespołu — co ciekawe jest zawodnikiem najdłużej grającym w Indianie, bo od 2015 roku.

21-letni center to w zasadzie największa nadzieja Pacers na wygrzebanie ich z szarej strefy przeciętności — w 31 minut notował średnie na poziomie 14,5 punktu; 7,3 zbiórki, 2,1 bloku i 34,8% za 3 przy 1,4 próbie na mecz. Indiana miała z Turnerem na parkiecie najwyższy NetRating (+3,2) i tylko pod nieobecność George’a zespół tracił bardziej. Trzeba jednak mieć na uwadze, że wysoki Pacers to nie jest raczej zawodnik, który wykreuje sobie rzut — do tego potrzebuje innych graczy, o czym świadczy, że 82,7% jego rzutów — najwięcej w drużynie — było asystowanych. Być może okoliczności sprawią, że Turner stanie się bardziej niezależnym w ofensywie koszykarzem, tylko nie wiem czy ten ma takie możliwości. W każdym razie — tutaj drzemie największy potencjał na cichego all-stara na wschodzie w tym sezonie, co — oprócz awansu do najlepszej ósemki — trzecio-roczniak postawił sobie za cel. W słowach Turnera widać pewną mądrość, wywarzenie, gdy ten wypowiadał się na temat swojej nowej roli:

– Chcę ustabilizować siebie jako lidera w tej lidze i w tym zespole. Wiem, że jestem dosyć młody w porównaniu do wielu zawodników, nawet w naszej drużynie, ale najlepiej zacząć właśnie w młodym wieku — stwierdził wysoki Pacers.

Mam cichą nadzieję, że może właśnie któryś z tych młodych gości w Indianie — Turner, Oladipo (może to w końcu będzie jego przełomowy sezon?), Sabonis, Glenn Robinson III — odpali ponad swoje możliwości, bo wschód potrzebuje talentu, radości, szybką i nowoczesną koszykówkę — innymi słowy: nie chcemy kolejnej przeciętnej drużyny. A wszystko wskazuje — przeciętny trener, przeciętny skład, przeciętny, by nie powiedzieć słaby zarząd — że takową zyskał (albo inaczej — utrzymał). Tylko już bez Paula George’a.

9: Philadelphia 76ers

Młode drużyny nie wygrywają, przynajmniej nie od razu, szczególnie mając na uwadze, że trójka docelowych graczy, na których ma opierać się zespół rozegrała łącznie 31 meczów w NBA. W przypadku Sixers największą przeszkodą może okazać się klasycznie zdrowie i gdyby ktoś na piśmie był w stanie zapewnić, że Joel Embiid zagra w około 70 spotkaniach, to bez wahania umieściłbym ich w play-offach (na 7. miejscu). Embiid w poprzednich rozgrywkach był absolutnie majestatyczny, przede wszystkim ze względu na realny wpływ na zespół w swoim debiutanckim sezonie. W tych 31 spotkaniach Filadelfia z Kameruńczykiem na parkiecie miała najlepszą obronę w NBA (traciła zaledwie 99,1 punktu na 100 posiadań), a ich różnica punktowa była odpowiednikiem drużyny na 51 zwycięstw (bez na 22).

Pytanie jednak jak wytrzymałe okażą się stopa i kolano Embiida — Dikembe Mutombo powiedział, że każdego dnia próbuje znaleźć miejsce, gdzie może się za 23-letniego centra pomodlić, aby Bóg go wyleczył — a przecież dwójka ostatnich jedynek w drafcie — Ben Simmons i Markelle Fultz — także wraca po większych lub mniejszych urazach. Niemniej niemal wszyscy powinni być gotowi na start sezonu — niestety pewne wątpliwości nadal są co do Embiida, czy ten wyrobi się na pierwszy mecz w Waszyngtonie — a dowcip pytający, czy większe szanse na przeżycie są po operacji Dr. Dre, Dr. Witta, Gilderoya Lockharta czy lekarza Sixers pójdzie miejmy nadzieję w zapomnienie. Wiecie, nie jestem nawet przekonany, by Simmons i Fultz byli od razu jakoś wybitnie dobrzy, by z miejsca stali się plusowymi zawodnikami w NBA, ale przypomnijcie sobie z kim w tych kilku meczach wygrywał Embiid i mimo wszystko sprawiał, że poszczególne gałgany stawały się zwyczajnie lepsze. Porównajcie ten potencjał, który był sezon temu, a który znalazł się w obecnej drużynie, poparty wartościowymi weteranami jak J.J. Redick, Amir Johnson, Jerryd Bayless, uzupełniony także o solidnych zadaniowców — Robertem Covingtonem i Richuanem Holmesem — all-around surową perełką z ławki Dario Sariciem i chudym Jahlilem Okaforem.

O tym zespole mówi się bardzo dużo, bo jest o czym, szczególnie na tym nieco wymarłym wschodzie. Sixers są jak butelki wody na pustyni i — o ile właśnie zdrowie pozwoli — to powinno się oglądać. Ważna kwestia jest też taka, że najważniejsi zawodnicy — pierwsza piątka — wzajemnie się będzie uzupełniać: Embiid jako kierownik defensywy, mogący rozciągnąć grę i wykreować sobie rzut; Simmons robiący szum w transition i napędzający strzelców — Redicka i Covingtona — i do tego Fultz jako ten, do którego w najważniejszych momentach powinna trafić piłka. Istotne jest też, że — co zdaje się oczywiste, ale warto podkreślić — najlepszy zawodnik nie musi być tym, który będzie oddawał najwięcej rzutów w meczu i liderował jej w punktach: dlatego wybór Fultza tak dobrze powinien skomponować się z potencjałem Embiida i nieco odciążyć go z obowiązków w ofensywie. W końcu nie będzie musiał robić wszystkiego na parkiecie.

Kwestią jeszcze pozostaje jak w tym całym dobrodziejstwie odnajdzie się Brett Brown, który — ponownie — tak utalentowanego zespołu nie miał nigdy. Momentami można było mieć zastrzeżenia do jego rotacji, czy szczególnie akcji po time-outach w końcówkach meczów, ale wydaje się, że to dobry trener — w każdym razie na taką opinię do tej pory zapracował. Teraz oby miał szansę to udowodnić — pewien etap Procesu się skończył, pora na kolejny: walkę o play-offy.

Część druga w sobotę 30 września (tak myślę).

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora, Blog Don’t Lie

Kopiuj link do schowka