Pozdro Retro: Bon moty trenera Motty
motta

Wrzesień 9th, 2016

Dick Motta to jeden z najlepszych szkoleniowców NBA w historii, którego fachowości mogły dorównać tylko jego gwałtowny temperament i złotoustość.

Zajmuje 12 miejsce na liście najbardziej zwycięskich trenerów w historii. Zdobył nagrodę Coach Of The Year w 1971 i mistrzostwo w 1978. Zakończył karierę w 1997 roku, mając wówczas w swoim dorobku pracę z takimi zespołami jak (kolejno) Bulls, Bullets, Mavs (dwukrotnie), Kings i Nuggets.

W międzyczasie był bohaterem wielu różnych anegdot, z których niektóre chciałem teraz przytoczyć…

* Niezadowolony z postawy swoich Mavs w pierwszej połowie spotkania z Warriors, zaczepił poskramiaczkę zwierząt, która miała show między kwartami i zapytał czy może pożyczyć jej tresowanego tygrysa. Z potulnym, ale groźnie wyglądającym kocurem wparował do szatni Dallas i powiedział: „Jeśli nie zaczniecie zbierać, ten tygrys będzie miał dzisiaj wyżerkę”. Nie wiadomo, czy jego podopieczni to usłyszeli bo większość w panice uciekła pod prysznice i do dziś nie uważa, że to było śmieszne.

* Motta słynął z ciągłych kłótni z sędziami, za które był notorycznie karany przewinieniami technicznymi i licznymi wyrzuceniami z boiska. W jednym z meczów podburzał kibiców, żeby buczeli za każdym razem, gdy sędziowie coś odgwiżdżą, nieważne na korzyść której drużyny i czy będzie to akurat dobra decyzja…

* Jeśli było coś, czego Dick nienawidził bardziej niż sędziów, to było to tankowanie. Wielokrotnie karany był przez ligę za ostrą krytykę przeciwników, którzy według niego nie chcieli wygrywać meczów – czy to ze względu na draft, czy na przykład uniknięcie konkretnych drużyn w playoffach. Jedna z takich tyrad – po meczu z Seattle – zapewniła mu miano pierwszego w historii trenera zawieszonego przez ligę.

* W czasie jednego z timeoutów wziętych w spotkaniu Mavs z Jazz rozgrywanym w Las Vegas, swój popisowy numer prezentowała maskotka znana w całych stanach jako San Diego Chicken – kurak wystawiał na środku boiska manekina przebranego za arbitra i niemiłosiernie go okładał w rytm stosownego utworu. Wspomniany czas wziął sam Motta, ale gdy koszykarze zebrali się w kółku czekając na instrukcje, ich trenera nie było w pobliżu. Tak to opisywał rozgrywający Dallas, Brad Davis: „Wszyscy zgłupieli. ‚Gdzie jest Dick? Gdzie jest Dick?’… Nagle oglądamy się za siebie, a on jest na parkiecie, razem z Kurczakiem i kopie wyglądającego jak sędzia manekina”.

* Motta słynął też ze swojej niecierpliwości. Menadżerowie, którzy z nim pracowali byli przyzwyczajeni, że po porażkach Dick potrafił zadzwonić w środku nocy wykrzykując swoje propozycje transferów, zazwyczaj parując je z ultimatum, że jeśli nie będzie szybkich wzmocnień, on rzuci to w cholerę. Jego konikiem było wieczne poszukiwanie lepszego point guarda. Pat Williams – GM Bulls z czasów gdy trenował ich Motta – wspomina jeden z telefonów: „Zadzwonił do mnie ze swojego hotelu i od razu wściekle wycedził – ‚Załatw… mi… Sivulicha’!. Mówię – ‚Dick, kto to jest Sivulich?’, a on – ‚Grał dla mnie, gdy trenowałem Weber State, ma teraz pewnie 33 albo 34 lata, ale przynajmniej potrafi przeprowadzić piłkę za połowę!'”.

* Dick Motta bardzo, bardzo rzadko bywał zadowolony, dlatego gdy Pat Williams następnego dnia po cytowanej przed chwilą rozmowie sprowadził do Chicago dwóch guardów – Matta Guokasa i Jimmy’ego Kinga – trener po powrocie z sesji wyjazdowej przyszedł do GM’a i powiedział: „No i co ja niby mam zrobić z tymi wszystkimi obrońcami?”.

* Coach Motta o tym dlaczego nie nosi swojego pierścienia mistrzowskiego: „Jest za duży. Gdy dłubię w nosie za bardzo zwraca na siebie uwagę”.

* Coach Motta o Shawnie Bradleyu: „Jest wysoki, naprawdę wysoki”. Poproszony o rozwinięcie: „Jest wysoki, naprawdę wysoki. Nieźle wysportowany. Wysoki”.

* Naszego bohatera bardzo zaintrygowała perspektywa budowania drużyny od samych podstaw, dlatego gdy beniaminek z Dallas szukał swojego pierwszego trenera, Motta bez zastanowienia porzucił dla Mavs klub z Waszyngtonu, z którym ledwie 2 lata wcześniej zdobył mistrzostwo. Przed pierwszym obozem treningowym, Dick tak opisał zawodników jakich zebrali teksańscy menadżerowie: „Mamy tu cztery typy zawodników: zawodników ze złymi kontraktami, zawodników ze złymi kontuzjami, zawodników ze złym podejściem i złych zawodników. Przy czym niektórzy z nich pasują do trzech lub nawet czterech z tych kategorii”.

* Na sekundę przed końcem meczu z Houston, w którym center Rockets, Elvis Hayes miał właśnie wykonać rzut wolny przy dwupunktowej stracie Mavs, Motta kazał swojemu centrowi, Wayne’owi Cooperowi, zablokować próbę Hayesa, bo według niego w przepisach NBA nie było ustępu zabraniającego takiego manewru. Cooper tak ochoczo wypełnił wolę swojego trenera, że wywalił piłkę w trybuny, a sędziowie najpierw wytłumaczyli Dickowi, że to zabronione (ten darł się wówczas: „Gdzie jest tak napisane, pokażcie mi, pokażcie!”), potem zaliczyli punkty Hayesowi i dali Rockets jeszcze jeden rzut wolny za niesportowe zachowanie rywali. Zrezygnowany Motta ostatnią część tej sekwencji skomentował słowami: „Powiedzieli, że zrobiliśmy to specjalnie. Czytają w myślach, czy co?”

dickmotta

Dick Motta (który nigdy nie grał w koszykówkę w żadnej ze zorganizowanych struktur – nawet w liceum) miał jednak nie tylko złote usta, ale też złoty dotyk.

* Pierwszą posadę trenerską dostał w gimnazjum liczącego mniej niż 1000 mieszkańców miasteczka Grace w stanie Idaho. Siódmoklasistów poprowadził do finałów lokalnych rozgrywek.

* Dwa lata później wrócił do Grace już jako trener Grace High School i po dwóch sezonach ze swoimi byłymi podopiecznymi, teraz licealistami, wygrał mistrzostwo stanu.

* Potem zaczął pracę w mało prestiżowym Weber Junior College i osiągnął świetny bilans 17-8. Gdy po roku szkoła zmieniła się w czteroletni uniwersytet Weber State i zaczęła w związku z tym grać z mocniejszymi przeciwnikami, Motta wcale nie zrobił kroku w tył, wygrywając ze swoimi koszykarzami 22 mecze i przegrywając tylko 4. Dzięki niemu uczelnia błyskawicznie wyrobiła sobie koszykarską renomę i ceniona jest po dziś dzień.

* Z ciekawości przyjął ofertę Chicago Bulls – klubu dwuletniego, na którego mecze nie chodził zupełnie nikt. W trzecim sezonie Motty, zespół, który przed jego przyjściem wygrał 29 spotkań, miał już bilans 51-31 i nie schodził poniżej 50 zwycięstw przez kolejne trzy lata.

* Bullets przejął w 1976 roku – już w swoim drugim sezonie poprowadził ich do mistrzostwa.

* Mavs prowadził od ich pierwszego sezonu w lidze – 80/81 – do 1987 roku. W tym czasie wygrywał w sezonie zasadniczym (kolejno) 15, 28, 38, 43, 44, 44 i 55 meczów. Zaszokował wszystkich rezygnacją po rozczarowującej porażce w pierwszej rundzie playoffów 1987, ale stworzył klub, który rok później prawie awansował do finałów (zmusili późniejszych mistrzów, Lakers, do rozegrania siedmiu meczów, przegrywając ostatni pięcioma punktami) i w zgodnej opinii wszystkich zdobyłby tytuł, gdyby nie zabrakło mu mottowych jaj.

* Niespodziewanie wrócił do Dallas w 1994 roku i objął klub z 13 zwycięstwami na koncie. Przy pierwszym podejściu wygrał 36 meczów.

Nie wszystko czego dotknął zamieniało się w złoto (jako trener Kings wygrał 16 i 25 meczów, zwolniono go w trzecim sezonie po przegraniu 18 z 25 pierwszych spotkań, przy drugim podejściu do trenowania Mavericks ostatecznie przegrał z trójkątem bermudzkim Jason Kidd – Jim Jackson – Jamal Mashburn), ale był jednym z najlepszych nauczycieli koszykówki.

Jasne, był wiecznie niezadowolonym cholerykiem, który nie tylko w złe dni mieszał z błotem wszystkich – właścicieli, menadżerów, koszykarzy, sędziów czy samą ligę – ale to była po prostu cecha charakteru i reakcja na stres, która jednak nie przeszkadzała mu w wykonywaniu świetnej roboty. Zwykł zmuszać swoich graczy do wielkiego wysiłku (gdy Mitch Richmond przyszedł do Kings, których trenował Motta, Spud Webb miał go przywitać słowami „witaj w piekle”), ale prędzej raczej niż później przynosił on rezultaty, a wymyślając swoją taktykę Dick dbał o to, by jego koszykarze mieli frajdę na boisku. No i będąc cholerykiem miał jednak znacznie więcej klasy niż pierwszy lepszy pieniacz.

Najsłynniejszy z jego cytatów (choć tak naprawdę nie był jego) to wypowiedź z czasów Playoffs 1978. Washington Bullets nie raz skazywani byli wówczas na pożarcie, a Motta zaapelował o spokój i odczekanie do końcowego gwizdka słowami (choć tak naprawdę wcale tak nie brzmiały): „Opera nie jest skończona, dopóki nie zaśpiewa gruba dama”. Ostatecznie mistrzowska przygoda Pocisków tak doskonale zgrała się z tym powiedzeniem, że natychmiast weszło ono do powszechnego użytku w amerykańskim języku angielskim.

Dziś takich ekscentryków trochę brakuje. Koszykarze stali się zbyt wielkimi gwiazdami, stojącymi w zbyt jasnym świetle reflektorów, by pokojowa koegzystencja z trenerami zawsze i publicznie mówiącymi to co myślą była możliwa. 85-letni dziś Dick Motta w swojej trenerskiej karierze dostał 398 przewinień technicznych (dla porównania: Rasheed Wallace uzbierał ich 317) i pewnie się cieszy, że jego czas przeminął zanim kary finansowe za tego rodzaju niesubordynację wzrosły z 25 do 2500 dolarów.

***

Pozdro Retro to pocztówka z dawnych lat NBA, a jednocześnie pozdrowienia wysyłane dla ich bohaterów – także tych mniej znanych. W tym weekendowym cyklu powrócą postaci i wydarzenia z przeszłości ligi (głównie lata 90, mój konik, ale nie tylko), można będzie więc powspominać, a czasem uzupełnić wiedzę (uwaga: często bezużyteczną). Zalecana wzmożona nostalgiczność.

Polub stronę autora na facebooku i śledź ją na twitterze oraz instagramie.