Pozdro Retro: 10 minut Henry’ego Jamesa

28/08/2016

Nie raz słyszeliśmy historię o gościu trafiającym do NBA, mimo iż późno zaczęli grać w koszykówkę. Są to jednak zazwyczaj wysocy koszykarze z Afryki, a nie skrzydłowi urodzeni w stanie Alabama.

Henry James pierwszy raz zagrał w koszykówkę na ostatnim roku szkoły średniej. W pierwszym meczu nie zdobył ani jednego punktu. W drugim – dwa. Na koniec sezonu miał średnią 12 punktów. Cztery lata później zdobywał już po 23.5 punktu (przy odsetkach skuteczności z pola/dystansu/osobistych, odpowiednio, 55.1/55.7/86.1%) dla St. Mary’s University. Trochę ponad sześć lat po zdobyciu pierwszych punktów w oficjalnym meczu koszykówki, w swoim trzecim meczu NBA w koszulce Cleveland Cavaliers, rzucił 25 punktów przyszłym mistrzom, Chicago Bulls, a grający naprzeciw niego Michael Jordan pytał go „Kim ty jesteś?”

Ja dziś jednak chciałem skupić się na wydarzeniu, które od straty koszykarskiego dziewictwa przez Jamesa dzieliło 13 lat. W rozegranym 15 kwietnia 1997 roku meczu Hawks przeciw Nets, Henry James wyrównał ówczesny rekord ligi (należący zresztą do jego kolegi ze składu Atlanty, Steve’a Smitha) pod względem celnych trójek w jednej kwarcie i w połowie meczu, trafiając z dystansu 7 razy. I o ile przez lata przywykliśmy już do tego typu wyczynów, to ten jamesowy pozostaje niesamowity z jednego powodu: te 7 trójek i 24 punkty znalazły się na koncie Henry’ego mimo iż te 10 minut w rekordowej czwartej kwarcie było jego jedynymi minutami w tym spotkaniu!

James wszedł na boisko po raz pierwszy właśnie na 10 minut do końca spotkania, które Hawks przegrywali na początku czwartej części gry 61:80. Atlanta walczyła na koniec sezonu o trzecie miejsce z New York Knicks i takie porażki mogły przekreślić ich szanse. Wejście Jamesa i jego pierwsza bomba z dystansu dały jednak Jastrzębiom sygnał do niebywałego comebacku. Atlanta ograła New Jersey w czwartej kwarcie 48:21, a Henry zdobył połowę punktów swojej drużyny, trafiając 7 z 9 rzutów z dystansu (i dorzucając 3 celne wolne po faulu przy rzucie za trzy). Był nie do powstrzymania. Zdobywał punkty niezależnie od liczby obrońców wiszących na nim i odległości od kosza. „Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak rzucał. To musiał być fart. Nie wierzę. To najgorsza rzecz jaka przytrafiła nam się przez cały rok. Trafiał wszystko!” – biadolił po meczu wściekły lider Nets, Kendall Gill, a że jego klub wygrał wtedy 26 spotkań, czwarte zdanie ma wyjątkowy ciężar gatunkowy.

Henry James i James Robinson są jedynymi (po 1983 roku) koszykarzami, którzy przekroczyli barierę 20 punktów grając w całym meczu tylko 10 minut, ale Robinson miał jeden punkt mniej niż Henry. Nikt tak szybko nie zdobył 24 lub więcej punktów (choć ledwie 9 dni przed wyczynem Henry’ego Jamesa, Lamond Murray z Clippers rzucił 24 punkty w 16 minut), i jest to niewątpliwie ogromny wyczyn – zaaplikować taką ilość punktów bez możliwości porządnego rozkręcenia się i wejścia w rytm meczu.

Niestety nie znalazłem zapisu wideo z wyczynów Jamesa w NBA, ale oto jak rozgrzany do czerwoności James prezentował się w lidze filipińskiej jako zawodnik Ginebra San Miguel w 1996 roku:

Ktoś wyliczył, że w trakcie profesjonalnej kariery Henry James wystąpił w 22 klubach. Trudno to zliczyć, ale Wikipedia odnotowuje – poza NBA, gdzie wiemy, że grał, kolejno, dla Cavs, Kings, Jazz, Clippers, Rockets, Hawks i znów Cavs – takie zespoły jak Wichita Falls Texans, Sioux Falls Skyforce i Scavolini Pesaro (pomijając wspomniane występy w lidze filipińskiej).

Karierę kończył gdzieś w okolicach przełomu wieków i niestety – mówiąc delikatnie – nie najlepiej ułożył sobie życie na emeryturze: w 2007 roku został aresztowany i skazany na 5 lat więzienia za dilowanie crackiem, choć należało mu dołożyć ze dwa lata za głupotę – z dwóch powodów. Po pierwsze: wpadł bo sprzedał narkotyki… policjantowi. Po drugie: w czasie transakcji były obecne mające wówczas mniej niż 11 lat dzieci Jamesa (według różnych źródeł tych dzieci było od dwóch, do sześciu). To zdecydowanie nie było najlepsze 10 minut w życiu Henry’ego…

***

Pozdro Retro to pocztówka z dawnych lat NBA, a jednocześnie pozdrowienia wysyłane dla ich bohaterów – także tych mniej znanych. W tym weekendowym cyklu powrócą postaci i wydarzenia z przeszłości ligi (głównie lata 90, mój konik, ale nie tylko), można będzie więc powspominać, a czasem uzupełnić wiedzę (uwaga: często bezużyteczną). Zalecana wzmożona nostalgiczność.

Polub stronę autora na facebooku i śledź ją na twitterze oraz instagramie.

Kopiuj link do schowka