CZŁOWIEKU, WIELE TYCH KOTÓW TO PRZESTĘPCY!
Unknown

by Jerzy Masztalerz

Dawid: Mamy przerwę na All-Star Weekend, który nie za bardzo nas interesuje, dlatego pojawia się wspominkowo, refleksyjny tekst jednego z naszych czytelników. Zapraszamy na historię jednego z najbardziej lubianych graczy Pistons ostatnich lat – Rasheeda Wallace’a.


Kochają, gdy się irytuje, bo jest ich ostatecznym sprzymieńcem – dwukrotny uczestnik meczu gwiazd, dobrowolnie poświęcający swoje interesy dla dobra drużyny, zawsze z daleka od ligowego blasku” – tak Rasheed Wallace został kiedyś opisany przecz członka sztabu drużyny z Portland. „Kochają, gdy wrzeszczy po spudłowanych wolnych przeciwnika: piłka nie kłamie! Kochają pasy mistrzowskie stylizowane na bokserskie, które polecił zrobić dla całej zwycięskiej ekipy. Kochają, gdy nadaje członkom drużyny żartobliwe przezwiska. I wreszcie kochają, gdy odpowiada na pytania dziennikarzy wątpiących w szanse Pistons na obronienie mistrzowskiego tytułu: „Gdy dojdzie co do czego, zdzielimy ich tym trofeum w twarz!” – LA Times, 23 maja 2005 r.

Lata dziewięćdziesiąte, basket i ja

Jak zwykle dość leniwie zabierałem się za ten tekst i długo zajęło mi jego rzeźbienie (przede wszystkim z uwagi na zmęczenie i zażenowanie styczniowymi występami Tłoków). A inspiracje były dwie. Pierwszą był znakomity, osobisty artykuł Maćka o Benie sprzed kilku miesięcy. Drugą natomiast przypadkowy wrzut na reddicie o intrygującym tytule „Jaki koszykarz sprawił, że zacząłeś jarać się NBA?” Dobre pytanie… Jak dla wielu osób urodzonych w latach 80-tych moja pierwsza styczność z NBA to finały ’91 roku i pierwszy pierścień Jordana. Miałem wtedy raptem pięć lat i pamiętam to jak przez mgłę – syto jak na tamte czasy zastawiony stół, jakaś impreza rodzinna, a obok włączony ruski telewizor z Szaranowiczem i nieziemskim Michaelem równającym z ziemią Lakersów. Nie wiedziałem nawet wtedy co to za gra i na czym polega. Ale pamiętam bardzo dobrze tego gościa w czerwonej koszulce z numerem „23”, który za nic miał prawa fizyki i był jedynym aktorem w swoim teatrze. Tak, Michael był pierwszym koszykarzem, którego mogłem podziwiać, ale to nie on sprawił, że zapałałem miłością do koszykówki. W tamtych czasach numerem jeden była dla mnie piłka nożna i granie w orlikach Olimpii Poznań. NBA było zaś na dalszym planie: na plakatach w Bravo Sport, czasem w telewizji w nieśmiertelnym NBA Action albo w biografii Dennisa Rodmana, którą mój najlepszy kumpel kupił mi na 10. urodziny (do dziś się dziwię, jak to w ogóle przeszło rodzicielską cenzurę).

Przez większość mojego młodego sportowego życia dominował futbol, a kosz był zwykle gdzieś na dalekim tle. Na fali popularności ekipy z wietrznego miasta wielu moich kolegów zapisało się do miejscowej Pyry, ale ja wtedy po prostu wolałem kopaną. I może dlatego, jeśli chodzi o kosza, to jestem kibicem raczej kanapowym, nigdy nie grałem regularnie nawet amatorsko, a basket załapałem późno i nigdy nie miałem do tego jakichś specjalnych warunków fizycznych. Moja optymalna rola na boisku to taki niedojebany, undersized 3&D wing, który w miarę dobrze rzuca i zapiernicza w obronie bo prawie nic innego sensownie nie umie. Ale przecież nie o tym miało być…

Need for Sheed

Po rozpadnięciu się dynastii Bulls całkowicie straciłem zainteresowanie ligą, tak jakby coś się po prostu skończyło na dobre. Instynktownie nienawidziłem Lakersów od samego początku, może dlatego, że mając Shaqa i Kobego zachowywali się tak, jakby tytuł im się należał (podobny niesmak żywię do dziś do tej wiecznie narzekającej dziwki LeBrona, który zanim zagrał pierwszy zawodowy mecz, był na tyle bezczelny, żeby nazwać się królem). Mój jedyny kontakt z NBA odbywał się wtedy za pośrednictwem poniedziałkowej Wyborczej i obowiązkowej lektury „Fruwając pod Koszem” (matko bosko pamiętacie w ogóle, jaki oni mieli cudny flow?!). Miłość do basketu zakiełkowała jednak na nowo w czasach liceum. NBA wróciło na stałe do jadłospisu za sprawą Canal+ (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Michałowicz to totalny głupek), a ja słuchałem rapu, goliłem głowę na zero, biegałem w szerokich spodniach i siłą rzeczy ciągnęło mnie do murzyńskich rozrywek. W tym momencie wracamy do tezy przewodniej – kto sprawił, że zainteresowałeś się NBA? I tu na scenę wkracza Sheed.

Nie uwierzycie, ale w czasach, gdy ekipa z Portland dominowała na zachodzie (zanim przepieprzyli kilkanaście punktów przewagi podczas game seven z Lakers), pisał o nim nawet tygodnik Polityka. Później Rutkowski i Wujec nabijali się z jego ekscesów w Blazers, a ja wciąż szukałem swojej ulubionej drużyny. Za sprawą Lampego było blisko wybrania Suns, ale na szczęście wstrzymałem się do playoffs. I wtedy zobaczyłem jak w pierwszej rundzie niszczymy Bucks i nie dajemy im wyjść powyżej 90 punktów. Ujrzałem ten nieustępliwy, bezwzględny monolit wysysający tlen z wszelkich form życia na parkiecie. Pięciu zawodników niczym złe maszyny wysłane z przyszłości, żeby znaleźć i zlikwidować Johna Connora. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia!

A Rasheed w tym monolicie był sekretarzem obrony, doskonale sterującym pozostałymi elementami. Wszyscy wiemy, co było później – buzzerbeater Billupsa na Netsach, początek końca kariery Millera za sprawą czapy Taya i totalna demolka Lakersów. Tak narodziła się legenda drużyny, która do dziś jest niewytłumaczalną anomalią, przez niektórych uwielbianą, a przez innych nienawidzoną. Ja natomiast z tych finałów nie zapomnę czwartego spotkania. Lakersi byli upokorzeni, ale jeszcze nie całkowicie rozbici. Zwierzyna wiła się w agonii, ale próbowała zadać rozpaczliwy cios (tu wstaw głos Krystyny Czubówny). Mogło nagle być 2-2, ale wtedy Sheed stanowczo stwierdził, że „ni-chu-ja” i reszta jest historią…

I wracamy do punktu wyjścia. Michael Jordan jest półbogiem, a LeBron jego tanią, plastikową imitacją, ale dla mnie jeden i drugi mogą Sheedowi czyścić buty. Ten absolutnie nieracjonalny kibic, który we mnie siedzi, stawia Rasheeda na piedestale. A jaki jest tego powód? Na pewno nie są nim statystyki, bo 14/7/2 to nie jest jakaś powalająca linijka. Na pewno nie ze względu na all-star game, w którym Sheed wystąpił cztery razy i raczej miał gdzieś takie zaszczyty. O all-nba teams nawet nie mówię, bo nie załapał się do żadnej. W takim razie dlaczego Sheed?

Ponieważ miał indywidualny potencjał Duncana i Garnetta, ale świadomie go nie realizował, bo zawsze podporządkowywał się drużynie. Był romantycznym buntownikiem bez powodu, który walczył o swoje racje i w nosie miał co inni myślą. Szydził ze Sterna i z całej ligi, a przy tym miał się dobrze. Patrzyłem na niego i widziałem swoje własne odbicie. Zawsze byłem dobrym uczniem i mogłem mieć same szóstki i piątki, ale wolałem się opierdalać i zadowalać czwórkami i piątkami. Być gdzieś w cieniu, ale w zgodzie i harmonii z samym sobą. Do tego od zawsze kwestionowałem wszelkie możliwe autorytety, a w szkole uwielbiałem pyskować i podskakiwać wszystkim nauczycielom, kolekcjonując uwagi i wizyty u dyrektorki. I pewnie właśnie dlatego kocham Sheeda. A on był jak McNulty z the Wire – na każdym kroku rozbijał się o krawężnik, niszczył swoją reputację, ale działał ze szlachetnych pobudek i dlatego był podziwiany jako profesjonalista. Zmusił ligę do zmiany przepisów, bo zgarnął w jednym sezonie 41 technicznych. Kobe i jego 81 punktów są do pobicia, ten rekord absolutnie nie. Idę o zakład, że Boogie Cousins w tajemnicy o tym śni, ale później się budzi wkurwiony i dlatego jest takim złym człowiekiem na co dzień. A skoro jesteśmy przy faulach – wiecie, kto jest jedynym w historii delikwentem, który został wywalony z McDonald’s All-American game? Głupie pytanie…

Roscoe na campusie

Rasheed Abdul Wallace przyszedł na świat w Filadelfii i tamże uczęszczał do szkoły średniej, gdzie zdobył nagrodę High School Player of the Year. Jako pięciogwiazdkowy rekrut wybrał Uniwersytet Północnej Karoliny, gdzie grał u trenera Smitha dochodząc aż do rozgrywek Final Four w 1995 roku. Wallace w przeciągu dwóch lat spędzonych w barwach Tar Heels notował średnio 13 punktów i ponad 7 zbiórek, na świetnej skuteczności z gry ponad 63 procent. A sam Dean Smith (tak, to ten sam gość, który opierniczał swoich zawodników za „niepotrzebne dunkowanie”, a przez trzy lata trenował młodego Jordana i według znanych anegdot był jedyną na świecie osobą, która mogła MJa zatrzymać poniżej 20 punktów) w jednym z wywiadów powiedział, że „trenowanie Rasheeda jest czystą przyjemnością, jestem pod wrażeniem jego znajomości gry. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to to, że czasem jest po prostu zbyt niesamolubny”. Niejako wtórując mu, Roscoe razem z Jerrym Stackhousem stworzyli jeden z najbardziej widowiskowych duetów w uniwersyteckiej koszykówce, robiąc chłopcom z Duke z dupy taką oto jesień średniowiecza.

I jeszcze kilka ciekawostek z uniwersyteckiego życia Sheeda:

– po porażce w Final Four z Arkansas przestał chodzić na zajęcia, tłumacząc profesorom, że wstydzi się pojawić na campusie;

– uwielbiał spędzać czas na automatach grając w Mortal Kombat 2 i NBA Jam;

– jego ulubionym sportowcem był wówczas tenisista Andre Agassi;

– ponoć będąc jeszcze pierwszoroczniakiem, świeżo po publikacji albumu Shaqa „Diesel” miał rzec, że „nigdy nie upadnie tak nisko, żeby nagrać pieprzony rapowy album”.

Słynna jest również historia z jednego treningu, podczas którego Wallace oddał szybki, nieprzemyślany rzut z półdystansu. Dean Smith chwycił za gwizdek i z miejsca zrugał Sheeda „czy uważasz, że to był dobry rzut?”. Ten tylko wzruszył ramionami i rzekł: „owszem”, na co coach odpowiedział „w takim razie spróbuj trafić dziesięć takich prób z rzędu!”. Skończyło się tak, że Wallace trafił serię ośmiu rzutów, a zawstydzony Smith musiał mu ten pokaz bezczelności pośpiesznie przerwać…

Pierwszy rok w lidze

Następnym krokiem był draft i wybór z numerem czwartym przez Washington Bullets, gdzie w swoim pierwszym sezonie w lidze zastępował w wyjściowej piątce kontuzjowanego Chrisa Webbera. Ten krótki okres jego kariery jest pozornie najmniej ciekawy, ale pojawia się też kilka ważnych historii:

– w jednym ze swoich pierwszych meczów w NBA rzucił piłką w Luca Longleya, po czym wdał się w przepychankę z zawodnikami Bulls;

– zdobył kluczowe punkty w końcówce Rookie Game, które przesądziły o zwycięstwie drużyny Wschodu;

– w trakcie tego sezonu Bullets prowadzili rozmowy z Sixers na temat wymiany Wallace’a za pick, który później stał się Allenem Iversonem,

Sheed skończył swój debiutancki sezon z linijką 10/5/1 i razem m.in. z Garnettem dostał się do All-NBA Rookie 2nd team. Bullets jednak wygrali zaledwie 39 spotkań i swój sezon skończyli w kwietniu.

Finały konferencji, niezapomniane rekordy i… Jailblazers

Pobyt w Waszyngtonie nie trwał jednak zbyt długo i po roku Wallace został wymieniony do Portland za Roda Stricklanda. Po latach wspominał, że był bardzo rozgoryczony tym transferem, bo czuł, że z C-Webbem, Juwanem Howardem i Muresanem mogli potencjalnie stworzyć najlepszy frontcourt w lidze. Sheed grał dla Blazers przez następne siedem pełnych sezonów i przez większość tego okresu był liderem tej drużyny i jej pierwszą opcją w ataku. W tym czasie Blazers wygrywali regularnie po 45-50 spotkań i co roku meldowali się w playoffs, dwa razy przegrywając po walce finały konferencji z późniejszymi mistrzami (Spurs w ’99 i Lakers w 2000). W najlepszym pod względem statystycznym sezonie 2001-02, Wallace zdobywał średnio 19 punktów, 8 zbiórek i 2 asysty, oddając co mecz cztery próby za trzy na skuteczności 36%. Rasheed nie stał się jednak nigdy typowym alfa dogiem i primadonną, gdyż w szatni miał obok siebie wielu znakomitych weteranów. Pamiętacie jeszcze tych Blazers z Pippenem, Sabonisem, Steviem Smithem i Stoudamirem? To była chyba jedyna drużyna, która miała wystarczający talent, zawziętość i swag, żeby zagrozić trylogii Lakers. Owszem, Stern może i dwa lata później perfidnie uwalił sędziowanie w serii Lakers z Kings, to chyba jedna z niewielu ligowych teorii spiskowych, w które wierzę. Jednak to Blazers w 2000 roku byli najbliżej i przegrali wtedy wyłącznie na własne życzenie.

Niestety z upływem czasu, głównie na skutek złych decyzji personalnych, jak za dotknięciem chujowej różdżki drużyna zaczęła implodować i nastąpiła era Jailblazers, a Sheed czuł się tam jak ryba w wodzie. Wallace z miejsca został hersztem bandy łotrów i łobuzów, których niesława była taka wielka, że HBO podobno kręci na ich temat film dokumentalny (choć moim zdaniem materiału jest tyle, że pewnie spokojnie dałoby się zrobić kilkuodcinkowy serial). Warto jednak te wszystkie historie w tym miejscu przypomnieć, bo to już se ne vrati w tej do zrzygania poprawnej politycznie lidze. A od Blazers bardziej walnięci byli już chyba tylko Arenas i Crittenton wymachujący spluwami w szatni. Dlatego po kolei, dla młodszego pokolenia, które może już tego nie pamiętać, w tamtej Rasheedowej drużynie odpierdalały się m. in. takie rzeczy:

– mniej więcej połowa składu (w tym Ra) była zatrzymywana za jeżdżenie pod wpływem albo posiadanie marihuany;

– trudno policzyć ile razy z gandzią złapali Stoudamire’a, zasłynął tym, że na lotnisku zgarnęli go z dwiema uncjami w bagażu;

– Quintel Woods był pewnego razu tak zjarany, że zamiast prawa jazdy pokazał policjantowi koszykarską kartę kolekcjonerską (!);

– Darius Miles przyjechał na obóz treningowy swoim lowriderem z namalowanym na masce Benem Franklinem palącym blanta;

– Isaiah Rider podobno handlował kradzionymi komórkami; w przypływie złości na fanów miał też powiedzieć, że „40 mil od Portland nadal wieszają czarnych na drzewach”;

– Zach Randolph dał na treningu po mordzie Rubenowi „Kobe Stopperowi” Pattersonowi rozwalając mu łuk brwiowy, po czym przez kilka dni ukrywał się w domu Dale’a Davisa ze strachu przed zemstą Pattersona (ten podobno groził, że go zastrzeli);

– Z-Bo wsławił się również tym, że wziął dzień wolnego od treningów, tłumacząc to pogrzebem przyjaciela…i następnego rana znaleźli go w klubie ze stripteasem;

– Patterson miał sprawę o przemoc domową i został skazany za seksualne napastowanie opiekunki dla dziecka; co jednak najlepsze koledzy z drużyny stwierdzili, że zrobią mu kawał i oblepili cały jego samochód zdjęciami owej niani;

– ściągnięty przed sezonem Shawn Kemp został przyłapany w szatni na wciąganiu kokainy i decyzją drużyny został wysłany na odwyk;

– Sebastian Telfair wniósł broń na pokład drużynowego samolotu;

– Bonzi Wells prowadził swoją prywatną wojnę z fanami, używając obscenicznych gestów i oficjalnie oświadczając, że ma ich w dupie („Serio nie przejmujemy się tym, co oni o nas myślą. Mamy ich gdzieś. Mogą na nas buczeć każdego dnia, ale i tak na ulicy poproszą o autografy. Bo to my jesteśmy zawodnikami NBA, a oni jedynie fanami”.);

Bonzi miał również napluć na Dannego Ferrego i grozić spuszczeniem wpierdolu dziennikarzowi Jasonowi Quickowi;

– Woods został skazany za znęcanie się nad swoimi pit-bullami Hollywoodem i Sugarem (nielegalne walki psów);

no i wreszcie sam Sheed, który:

– rzucał spoconym ręcznikiem w przypadkowych ludzi: raz trafił w sędziego, innym razem Arvydasa Sabonisa;

– znęcał się nad rookiem Boumtje-Boumtje, zakładając się z Bonzim „o stówę, że trafii go piłką w łeb z drugiego końca boiska”;

– pewnego razu w szatni po przegranym meczu wyciągnął na wierzch przyrodzenie i krzyknął do Dariusa Milesa „nie martw się, jesteś tylko drugą największą fujarą w tym pomieszczeniu” (dosł. Hey Darius you’re only the second biggest bust in the room!„)

dostał bana na siedem spotkań za grożenie sędziemu Timowi Donaghy – podobno gonił go aż na sam parking Rose Garden, krzycząc, że mu przywali;

Sheed zaliczył też w tym okresie jeden z najbardziej epickich fauli technicznych w historii ligi – WHACK! GET OUT!

Do Motown z przesiadką w Atlancie

Zdumiewające jest to, że mimo tego ogromu pozaboiskowych ekscesów, Trailblazers w sezonie 2002-03 znowu wygrali 50 spotkań i spacerkiem weszli do playoffs, co świadczy tylko o tym, jak bardzo porąbana, ale jednocześnie utalentowana była to drużyna. Cały stan Oregon miał już jednak dosyć tych wyczynów, a zarząd Blazers rozmontował skład i wprowadził politykę zero tolerancji. Sheed był w tym czasie w samolocie do Atlanty (w drugą stronę powędrowali Shareef Abdur-Rahim i Theo Ratliff), ale zła reputacja zdawała się go wyprzedzać. W barwach Hawks zdążył zagrać jedno całkiem niezłe spotkanie (20 pt, 6 zb, 5 blk), po czym wyraźnie spanikowany zarząd drużyny ze stanu Georgia przehandlował go do Detroit za bandę rolesów i pierwszorundowy pick (który to pick tak na marginesie wrócił do nas po latach i niestety straszy nas do dziś, nawet z Chin – karma is a bitch jak to mówią…).

Mimo wszystko o tym, jak wspaniały i odważny to był trade w wykonaniu naszego front office można by pewnie napisać książkę. Zagraliśmy va banque i spod warstwy gówna wykopaliśmy diament, który okazał się być brakującym elementem mistrzowskiej układanki. Sam Dumars wspominał zaś niedawno, że o pozyskanie Wallace’a starał się jeszcze w listopadzie, na samym początku tamtego mistrzowskiego sezonu. Wtedy zarząd Portland postawił jednak zaporową cenę (zażądali Billupsa i Big Bena) i chwilowo trzeba było obejść się smakiem. Ale Joe D. cały czas miał Rasheeda na swojej krótkiej liście i gdy tylko dowiedział się o dealu między Blazers i Hawks, natychmiast chwycił za swój telefon (telefony?) i wykręcił numer Billy’ego Knighta. Joe potrzebował dosłownie kilku godzin, żeby przekonać go, że Sheed i tak nie podpisze latem z Jastrzębiami nowego kontraktu, więc dużo lepiej wyjdą wymieniając go na pierwszorundowy wybór w drafcie. Przy pomocy Celtics deal udało się dopiąć na 15 minut przed trade deadline, a banda Going to Work została wreszcie skompletowana.

Sheed zaś w nowej atmosferze przeszedł metamorfozę wizerunku i stał się bohaterem zdecydowanie pozytywnym. Jak mówił wtedy Darvin Ham: „Powitaliśmy go z otwartymi ramionami, a on odpłacił się w najlepszy sposób. Jest świetnym zawodnikiem, ale jeszcze lepszym kolegą”. Podobno ogromny wpływ na szybkie zaadoptowanie Wallace’a do składu miał również trener Larry Brown, gdyż obaj mieli swoje korzenie na Uniwersytecie Północnej Karoliny. Sam Rasheed był za to podekscytowany chemią, jaką błyskawicznie złapał z Big Benem „Wypuśćcie ogary! Nie wyobrażam sobie lepszej niż Ben osoby, z którą mógłbym codziennie walczyć ramię w ramię”. Doszło do niecodziennego katharsis, a syn marnotrawny nagle w nowym otoczeniu znowu stał się jednym z liderów i podstawowym ogniwem sprawnej maszyny. Pistons wygrali 21 z 28 ostatnich spotkań sezonu i zakończyli rok z najlepszym od ’97 roku bilansem 54-28. W marcu natomiast na stałe wpisali się do annałów ligi serią pięciu wygranych spotkań, w których nie dali przeciwnikom zdobyć więcej niż 70 punktów (streak został przerwany dopiero przez Nets, którzy przekroczenie tej granicy postawili sobie za punkt honoru i w tym celu – mimo wysokiego blowoutu – w końcówce uciekali się nawet do celowych fauli). Defensywne monstrum ożyło i za chwilę miało przetoczyć się jak walec po całej wschodniej konferencji.

Pionier nowoczesnej gry

Rasheed przez całą swoją karierę w NBA był zawodnikiem niesamowicie wszechstronnym i świetnie wyszkolonym technicznie. W obecnej erze od silnego skrzydłowego wymaga się przede wszystkim skutecznego rzutu zza łuku, a zespoły bez dobrych shooterów są uważane za źle skonstruowane i anachroniczne. Jednak w czasach, gdy Sheed debiutował w lidze, tendencje były zupełnie inne. Power forward operował przede wszystkim w strefie podkoszowej i na półdystansie, gra w post oraz izolacje były uważane za chleb powszedni i nikt jeszcze wtedy nie słyszał o „stretch 4”. Protoplastami tej pozycji na boisku byli m.in. Bob McAdoo, Jack Sikma, Bill Laimbeer i Sam Perkins, ale w latach 90-tych na takich graczy mówiło się po prostu „shooting bigs” i byli zjawiskiem raczej rzadkim. Rasheed zaś wielokrotnie w wywiadach wspominał, że tajników rzutu z dystansu uczył się od Clifforda Robinsona, który był jego mentorem podczas pierwszego sezonu w Portland. Z upływem lat i spadkiem atletyzmu Wallace w coraz większym stopniu opierał swoją grę na trójkach, dzięki czemu nawet pod koniec kariery pozostawał skutecznym i przydatnym w ataku zawodnikiem.

Nazywanie Sheeda „stretch 4” byłoby jednak sporym nadużyciem, gdyż był on graczem niezwykle uniwersalnym, a repertuar skutecznych zagrań w ataku miał bardzo rozbudowany. Potrafił zdobywać punkty tyłem do kosza, świetnie również biegał do kontry i wykańczał podania efektownymi alley-oopami. Jego znakiem rozpoznawczym i popisowym zagraniem był jednak zabójczy turnaround jumper. Gdy Sheed dostawał piłkę w high post i schodził do linii końcowej, przeciwnik mógł w zasadzie szykować się do wznowienia gry spod własnego kosza. Tak, jeśli chodzi o grę midrange był wirtuozem i mało kto mógł się z nim równać. Świetnie ułożony nadgarstek i umiejętność trafienia z każdego miejsca na parkiecie. Czy przesadzę, jeśli bezczelnie porównam go tu do Stepha Curry? Pewnie tak, ale…pamiętacie jak dziabnął ten gwóźdź na dogrywkę przeciwko Nuggets? Deja vu?

Wallace był również nieustępliwym i inteligentnym obrońcą, świetnie rozumiał schematy i rotacje, a w kluczowym momencie potrafił przybyć z odsieczą i zakończyć akcję przeciwnika solidną czapą. Razem z Benem tworzyli znakomity tandem twardych i irytujących defensorów, będąc godnymi następcami Mahorna i Laimbeera. Bo w końcu zastopowanie Shaqa podczas jego absolutnego prime to jednak wyczyn nie byle jaki, a sztuka ta udała się w zasadzie jeszcze tylko Duncanowi i Robinsonowi. W tej beczce miodu musi być jednak i łyżka dziegciu, bo również Wallace miał swój mało chwalebny moment w obronie, który kosztował nas bardzo dużo. Wiecie już pewnie o czym mówię…Pałac, piąty mecz finałów, Ra biegnie podwoić Ginobiliego, a w tym czasie pieprzony Robert Horry ładuje trójkę i rujnuje nasze marzenia o tytule. Do dziś, gdy oglądam powtórki tej akcji, zwyczajnie boli mnie serce…

Ale to już tylko smutna przeszłość, wróćmy więc na moment do teraźniejszości. Czasem zastanawiam się jacy gracze obecnie występujący w NBA w swojej grze najbardziej przypominają Sheeda. Jeśli chodzi o skillset w ofensywie, oczywistą odpowiedzią wydaje się być LaMarcus Aldridge. Elitarny rzut z półdystansu, świetna gra w post i podobne ulubione klepki na parkiecie. LMA nie jest jednak w połowie tak dobrym defensorem jak Sheed no i…nie zbiera prawie w ogóle przewinien technicznych (co za rozczarowanie!). W obronie zaś sobowtórami Wallace’a są chyba obecnie Millsap i Ibaka – inteligentni i mobilni team defenders, potrafiący kryć więcej niż jedną pozycję. A czy tamten Sheed poradził by sobie w obecnej szalonej lidze spod znaku pace&space? Moim zdaniem absolutnie. Miałby papiery na top 20, a może nawet top 15 gracza ligi, choć prawdopodobnie grałby wyłącznie na centrze i robił za „stretch 5”. Stosując obecną twitterową nomenklaturę można by rzec, że byłby „jednorożcem”, ale takim czarnym, złym i wkurwionym, a zamiast tęczy z pyska buchały by mu płomienie…

Sheed po godzinach

Tęczowa nie była bynajmniej końcówka epoki Dumarsa za sterami Pistons. Po beznadziejnych playoffach w 2009 roku, Joe próbował ekspresowo przebudować drużynę i dla starzejącego się Sheeda zabrakło w niej miejsca. Wallace przeniósł się więc z Motor City do Bostonu, gdzie podpisał trzyletni kontrakt. Ten okres to jednak gwałtowny zmierzch jego kariery. Rasheed cieszył się wielkim autorytetem wśród swoich nowych, utytułowanych kolegów, ale nie potrafił być już tak produktywny na parkiecie. Momentami bywał tak nieskuteczny, że Bill Simmons piszący wówczas dla ESPN w długiej tyradzie nazwał go nowotworem zżerającym od środka mistrzowską ekipę. A sam Simmons w swoich artykułach potrafi grubo przesadzać i być skończonym, złośliwym chujkiem, jednakże tym razem nie można było mu odmówić racji. Na tablicy zapaliła się pomarańczowa lampka, a w baku zostały już tylko opary. Wraz z końcem tego sezonu, w czerwcu 2010 r. Celtics wykupili jego kontrakt, a Sheed oficjalnie przeszedł na emeryturę.

Nie wytrzymał jednak długo i po dwóch latach zaliczył krótki, niespodziewany comeback w barwach Knicks. O czasie spędzonym w Nowym Jorku ciężko jednak powiedzieć coś pozytywnego. Sheed ku uciesze fanów złapał kilka technicznych, trafił parę trójek i w zasadzie tyle go widzieli. Rzadko opuszczał ławkę, a na domiar złego w lutym uszkodził stopę. Tym razem wyrok był bez zawieszenia – 15 kwietnia 2013 r. Wallace zagrał swoje ostatnie trzy minuty w NBA i ostatecznie zawiesił buty na kołku. Później przez rok był trenerem asystentem dla Pistons w burzliwym sezonie 2013-14, ale wraz z nadejściem ery Van Gundy’ego po raz kolejny został na lodzie. Jego miłość do koszykówki musiała być jednak tak wielka, że wolne chwile wykorzystywał na skopywanie tyłków młodzieży w pokazowych meczach.

Czterdzieści lat na karku, a nadal jak młody bóg. Thrash talking? Zawsze i wszędzie, nawet w meczu o pietruszkę. No i ten cudny windmill z obrotu? Chyba nie tylko Vince zna receptę na eliksir młodości… A tak serio – jeśli Sheed zapisze się do tej letniej ligi 3v3 organizowanej w tym roku przez Ice Cube’a to się chyba posikam ze szczęścia.

Patrząc z oddalenia na karierę Wallace’a – niewątpliwie bardzo kolorową i bogatą w rozmaite ekscesy – można by pomyśleć, że obecnie w wolnych chwilach nie robi nic innego poza jaraniem blantów, słuchaniem rapu i lansowaniem się u Kevina w Area21. Nic bardziej mylnego. Rasheed interesuje się sprawami społecznymi, które dotyczą zwłaszcza tych najsłabszych i najbiedniejszych. Nie tak dawno temu zaangażował się w pomoc dla miasta Flint w stanie Michigan, którego mieszkańcy są pozbawieni dostępu do wody pitnej, z uwagi na zanieczyszczenie rzeki ołowiem. Szacuje się, że na skutek tego skażenia w przyszłości poważne problemy zdrowotne mogą dotknąć od 6 do 12. tys dzieci. Sheed razem z przyjaciółmi zorganizował akcję dostawy butli z wodą i nagłośnił cały problem na łamach Players Tribune w dość emocjonalnym i smutnym wywodzie. Nie stroniąc od rzucania ostrymi przekleństwami, winą obarczył władze, które cały skandal próbowały zatuszować i nie dostarczyły niemal żadnej pomocy, skazując najuboższych na życie w nieludzkich warunkach. I tak po raz kolejny Sheed nie bał się wystąpić przed szereg i w bezpardonowy sposób przedstawić swoje racje – coś do czego przyzwyczaił nas przez te wszystkie lata na parkietach NBA.

Hall don’t lie!

Nieubłaganie docieramy do końca tego pochwalnego peanu na cześć mojego najulubieńszego grajka wszechczasów. Zanim jednak pozwolę Wam odpocząć od tej całej pisaniny, zastanówmy się jeszcze nad jedną istotną rzeczą: czy Sheed ma w ogóle szansę na Hall of Fame? Był jednym z najzdolniejszych koszykarzy swojego pokolenia i do dziś jest bardzo rozpoznawalną kulturową ikoną. Czy jednak uczynił wystarczająco wiele, żeby dostać się do Springfield? Basketball Reference i wymyślony przez nich model ocenia prawdopodobieństwo takiego wydarzenia na nieco ponad 8 procent. Nie najlepiej. Nawet wypalony i nielubiany Derrick Rose ma według nich większą szansę. Urggghhhhh…Dobra, wiecie co? Jebać tych matematyków i nerdów, chuja się tam oni znają. Bo przecież nie trzeba długo myśleć, żeby stworzyć jedyną słuszną listę argumentów za wyniesieniem Ra na ołtarze. No to po kolei:

– jest mistrzem NBA i wielokrotnym all-starem;

– zmusił ligę do zmiany przepisów nie raz, lecz dwa razy: pierwszy raz za sprawą niemożliwego rekordu 41 technicznych (zawieszenie po 16 faulu), drugi raz dołączając do Pistons w 2004 i tworząc najbardziej kurewską obronę w historii, która zmusiła ligę do wyeliminowania hand-checkingu i pozwoliła Nashowi na dwukrotne zdobycie nagrody MVP – można by więc rzec, że pod tym względem Sheed jest na równi z Mikanem, Wiltem i Shaqiem;

– przez 16 sezonów gry, 14 razy występował w playoffs, a 7 razy grał w finałach konferencji – jego drużyny po prostu sporo wygrywały. Przypadeg? Nie sądzę. Pod tym względem Sheedowi blisko do Timmy’ego D;

– był niesamowicie szanowany przez kolegów, zawsze był dobrym duchem w szatni (no dobra – może nie zawsze, na okres Jailblazers spuśćmy zasłonę milczenia), a jeśli taki nieufny i ponury typek jak KG zaprosił go jako swojego pierwszego gościa do studia, to chyba mówi to samo za siebie;

– jest kulturową ikoną, a większość jego ekscesów i powiedzeń przeszła do annałów: ball don’t lie, guaransheed, both teams played hurd – lista jest naprawdę długa;

– bo w Hall of Fame jest ktoś taki jak Mitch Richmond – koleś, który przez większość kariery tłukł puste statsy w Sacramento nie ocierając się w zasadzie o playoffs, a mistrzowski pierścień wyżebrał dopiero w wieku 36 lat w barwach Lakers;

– bo do Springfield wielu próbuje wysyłać Chrisa Webbera – gościa, który może i był wybierany do All-NBA, ale nic w swojej karierze nie wygrał, strasznie „gwiazdorzył”, był nielojalny wobec swoich fanów i pracodawców, a po serii kontuzji był cieniem samego siebie; serio nie wiem, jak można twierdzić, że ten typ zasługuje na HoF bardziej niż Wallace…

Ehh, no dobra może z tym rantem na C-Webba trochę przesadzam, ale jednak gdy na ten temat rozmyślam, to zawsze ostatecznie emocje biorą górę. Pewnie dlatego, że ta schowana głęboko racjonalna część mnie jest niestety przekonana, że Sheed nie ma w tym wyścigu żadnych szans. W tym biznesie liczą się ładne cyferki i indywidualne wyróżnienia, a tych Rasheedowi po prostu brakuje. Jedynym pocieszeniem jest to, że Big Bena w przyszłym roku powinni wybrać bez zastanowienia (bo jeśli nie to będzie zwykły skandal i hańba), z kolei Billups ma moim zdaniem jakieś 30-40 proc szans, żeby również dostać się do tego elitarnego grona. W związku z tym problemem przyszedł mi jednak niedawno do głowy inny karkołomny postulat. A co gdyby tak nagrodzić tym zaszczytem całą pierwszą piątkę Going to Work? Przecież nie będzie to precedens – w Hall of Fame jest już m.in. drużyna Naismitha i Harlem Globtrotters. A w tej naszej bezlitosnej maszynie z 2004 roku każdy element był równie istotny. Jako jedyni w ciągu 40 lat „nowożytnej” NBA zdobyli mistrzostwo nie mając gracza z top 10 ligi. W czasach miękkich bolków tworzących superduperteams fajnie by było to uhonorować. Nie wspominam już o wkładzie w rozwój zawodowej koszykówki w ostatnich latach. Bo to przecież oni rozjeżdżając Lakersów wymusili gruntowną zmianę przepisów, bez której prawdopodobnie nie byłoby czarodziejskiego Stepha, nie byłoby grubego hajsu od TV, a o MVP pewnie walczyłyby teraz takie kwadratowe klocuchy jak Monroe i Okafor. Czy wyróżnienie w ten sposób tamtych Pistons byłoby aż taką przesadą? Moim zdaniem nie.

A piłka nadal nie kłamie…

Trochę chyba za bardzo zboczyłem z kursu, a czas goni, więc na koniec wróćmy jeszcze na moment do głównego bohatera. Pisząc ten tekst, udało mi się wyszukać kilka bardziej lub mniej znanych faktów, ciekawostek i cytatów, a że nie wszystkie pasowały tematycznie to wcześniejszych przemyśleń, postanowiłem je jednym zamachnięciem zamieścić w małej wyliczance:

– Sheed jest wierzącym muzułmaninem, ma żonę Fatimę i trójkę dzieci;

– gdy był jeszcze dzieckiem, cały jego pokój był zaaranżowany jak boisko do koszykówki, wraz z liniami namalowanymi na podłodze;

– unikał wywiadów pomeczowych, gdyż zawsze od razu po grze dzwonił do swojej mamy;

– ta „łysa” plama na jego głowie to znamię, które towarzyszy mu od urodzenia – plotki, że to efekt zgaszenia mu na głowie jointa przez Damona Stoudamire’a są całkowicie nieprawdziwe;

– w ciągu całej kariery zaliczył 304 przewinienia techniczne;

– lubi śpiewać popularne kolędy, ale jest przy tym beznadziejnym beatboxerem;

– podczas jednego ze spotkań preseason rzucił się z pięściami na byłego kolegę z drużyny…Chrisa Webbera;

– po tym, gdy NBA wprowadziła opaski na głowę z własnym logo, Rasheed przez długi czas odwracał swoją na lewą stroną – a tak, dla zasady;

– po trafieniu trójki w trakcie game seven przeciwko Heat zanucił Udonisowi Haslemowi na cały głos romantyczny utwór r’n’b autorstwa Blackstreet „Don’t leave me”;

– Antonio McDyess o Rasheedzie: “Myślę, że gra lepiej gdy jest wnerwiony. (…) Kiedy jest zły, wtedy po prostu idzie na całość

– Wallace przed wizytą w Białym Domu u Georga W. Busha „Nie zamierzam z nim gadać. Nie głosowałem na niego. W ogóle się tym nie jaram”. Na co Chauncey wtórując: „On nie kłamie. Nie będzie z nim gadał”.

– Sheed o presji przed game 7 „Presja? Presja to jest w Iraku, Afganistanie albo Bośni. A to? To jest tylko zwykła koszykówka.”

– o Carlosie Delfino powiedział kiedyś: „to nie jest jakiś tam cienias, w tym kraju z którego pochodzi, porywają ludzi

A o co chodziło z tymi tytułowymi zbójeckimi kotami? Nie mam zielonego pojęcia, ale tak właśnie brzmiała odpowiedź Rasheeda, gdy został zapytany o ZEBRY (dosł. a lot of them cats are felonious, man!). I taki właśnie był mój Sheed. Barwny, odważny, komiczny, momentami nieco surrealny, ale jednocześnie śmiertelnie poważny, jeśli chodzi o wygrywanie. Przede wszystkim jednak cholernie prawdziwy. Wspaniały zawodnik i jeszcze lepszy teammate. I gdy tak po raz kolejny oglądam i słucham, jak śpiewał i rapował z naszymi rookies, to myślę sobie, że takiego właśnie lidera potrzebuje nasz młody, ale utykający ostatnio zespół. Kogoś, kto odrzuci własne ego i choćby zwykłymi wygłupami będzie w stanie zbudować więź z kolegami. Wszystkim nam zatem życzę, żeby Pistonsi w najbliższych miesiącach kogoś takiego odnaleźli i obudzili w sobie choćby małą namiastkę Sheeda.

RA!