Zaczynamy poważne granie
D'Antoni Harden

Wczoraj wystartowała liga, ale dla nas dopiero dzisiaj rusza sezon. Mamy przed sobą 82 spotkania i pewnie w 70 z nich nie będziemy faworytami. To dobrze i źle. Mając na uwadze chroniony w top3 pick, wypadałoby jeszcze ten jeden sezon zostać na dnie i mając trochę szczęścia, wyłowić kolejnego znakomitego zawodnika. Z drugiej strony z obecnym składem i nowym trenerem chcemy obejrzeć coś więcej niż tylko batalię o jak najlepsze miejsce w loterii. W ostatnich latach zmęczenie dostawaniem po tyłku zmieniło się w rutynę. Nie mamy szans na playoffy, jednak fajnie byłoby obejrzeć od czasu do czasu ze dwie wygrane w tygodniu.

Na początek czeka nas batalia z Rockets. James Harden zaliczy swoje pierwsze oficjalne spotkanie jako rozgrywający nowych rakiet, a wspomagać go będą Gordon, Ariza, Anderson i zapewne Capela, któremu skrobie po piętach Nene po dobrym okresie przygotowawczym. U nas sprawa jest jasna na czterech pozycjach. Na rozegraniu wyjdzie Russell, pierwszym niskim skrzydłowym jest Deng, a pod koszem walczyć będą Randle z Mozgovem. Nie wiadomo tylko kto zajmie miejsce rzucającego obrońcy. Na dzisiejsze spotkanie wypadł Jose Calderon, więc Luke może chcieć wykorzystać Lou Williamsa jako zmiennika dla D’Angelo. Oczywiście najlepszym zawodnikiem na tej pozycji jest Jordan Clarkson, ale JC w preseason wyglądał najlepiej jako lider z ławki. Ostatnią opcją jest Nick Young, który rzuca jak za swoich najlepszych lat. W ataku każdy powinien wyglądać dobrze, więc Luke musi skupić się na najlepszym matchupie w obronie dla Erica Gordona.

W Houston zmieniła się nie tylko rola dla Hardena. Ze świeżymi nabytkami z wolnej agentury i nowym trenerem mają grać wesołą koszykówkę opartą na ataku i wielu rzutach za trzy. Dobrze to znamy tym bardziej dlatego, że poprowadzi ich Mike D’Antoni. Ostatnią fuchą tego trenera byli właśnie Lakers. Od 2014 jego koncepcja gry wiele nie ewoluowała i jedyną zauważalną zmianą będzie brak jego charakterystycznego wąsa, który zdaje się odrastać. Mają szanse na zostanie najlepszym atakiem ligi przy jednakowo złym miejscu w obronie. Jedno jest pewne, będzie u nich zabawnie.

Hardena nie powstrzymamy. Będę zdziwiony jeśli nie rzuci 35 punktów i przy tym co najmniej 10 wolnych. Zabawa zaczyna się dalej. Eric Gordon jest bardzo dobrym graczem w ofensywie, ale łatwego życia nie będzie mieć bez piłki. Czeka go kolejny rok grania obok kogoś o mentalności Tyreke’a Evansa. Może to być nawet cięższe doświadczenie, bo James nie łapie kontuzji, gdy wiatr mocniej zawieje, a na parkiecie lubi spędzać po 40 minut. Jeśli nie skupimy się zbyt mocno na pewnej bródce i upilnujemy Erica na dystansie, to nie powinien wyrządzić zbyt wielkiej krzywdy. Trevora Arizę znamy z gry u nas i według mnie jego pojedynki z Dengiem i Ingramem będą najbardziej interesujące dzisiejszej nocy. Jest najlepszym obrońcą w podstawowej piątce Rockets i zmierzy się z najsilniej obsadzoną pod tym względem formacją Lakers. Nie sądzę, aby którykolwiek SF przełamał barierę 15 punktów w tym pojedynku. Dalej mamy Ryana Andersona i tutaj włącza się alarm. Julius nie potrafi bronić czwórek grających na dystansie, a myśląc o silnym skrzydłowym Houston to pierwsza rzecz jaka przychodzi do głowy. Skuteczność Ryana może być elementem, który będzie trzymać mecz na styku lub doprowadzi do kilkunastu punktów przewagi przyjezdnych i będziemy chcieli wyłączać mecz przed startem czwartej kwarty. Na koniec został Capela. Clint ma przejąć obowiązki i od groma minut, które do tej pory rezerwował dla siebie Howard. Jest szybszy od Dwighta, nie ma problemów z plecami, świetnie zbiera i dobrze blokuje. 22-latek ma zadatki na jednego z najlepszych młodych centrów w lidze. Na całe szczęście jego piętą achillesową są rzuty wolne, które wykonuje jeszcze gorzej od Supermana, a równa się do poziomu Andre Drummonda. Jeśli nie będziemy mogli powstrzymać Rockets w konwencjonalny sposób, zawsze możemy spróbować zabić im mecz na linii rzutów wolnych.

Nasza ławka rezerwowych wygląda w tym przypadku lepiej. Dzięki kontuzji Beverleya, Houston nie ma sensownego zmiennika na rozegraniu. Za wyjątkiem Nene i Brewera brakuje im weteranów, którzy mogliby utrzymać korzystny wynik. Jeśli mamy gdzieś szukać szansy na inaugurujące zwycięstwo to właśnie tutaj. Zakładając, że z ławki wchodzić będą Williams, Young, Ingram, Nance Jr i Black i mierzyć będą się przeciwko Ennisowi, Brewerowi, McDanielsowi, Dekkerowi i Nene, czekam na miłą niespodziankę.

Może i jestem niepoprawnym optymistą, ale ostatnie pół roku zmieniło moje nastawienie. Nie ma we mnie tego samego sceptyka, który narzekał na wszystko co się rusza. Wierzę, że prędzej czy później ta drużyna kliknie i obędzie się bez kolejnej wielkiej czystki. Jutro o 7 rano mój nastrój się nie zmieni niezależnie od wyniku, o ile ktoś się nie połamie. W tej chwili liczy się budowa systemu dla tej drużyny. Jeśli będziemy ciągle przegrywać, ale wydarzenia na parkiecie będą wyglądać coraz lepiej, okej. Jeśli sprawimy kilka sensacji i dobijemy do 25-30 wygranych w sezonie, też fajnie. Wybór w drafcie nie jest najważniejszy, bo samą grą obecnych zawodników możemy zachęcić za rok jeszcze lepszych wolnych agentów do połączenia z nimi sił.

Niestety przez nocną zmianę obejrzę mecz z odtworzenia, ale zostawiam kibicowanie Wam. Gdybyśmy przegrali wysoko po koszmarnym spotkaniu, to całą winę zwalę na wasze barki.

PS. Zapraszam Was na fanpage tego bloga, na który będę wrzucać wszystko co związane z Lakers, a co niekoniecznie nadaje się na stronę.