Sam Harden to za mało
Lakers Clarkson Russell Walton Randle

Minęła doba od pierwszego meczu w sezonie, a ja dalej siedzę z głupim uśmiechem przed monitorem i oglądam powtórki tego co się wydarzyło. Rockets grają koszykówkę opartą na jednym zawodniku. Patrząc na nasz ubiegły sezon wszyscy zgodnie powiedzą, że to nie jest dobry pomysł i nawet z nami nie mieli szans, gdy Harden musiał odpoczywać lub biegał na oparach w czwartej kwarcie.

To był świetny mecz Jamesa, zdobył 34 punkty, kilkanaście razy rzucał z linii rzutów wolnych (wiedziałem, że tak będzie) i zaliczył rekordowe w swojej karierze 17 asyst. Rola rozgrywającego będzie mu służyć. Jak to w jego przypadku bywa nie ustrzegł się aż 7 strat, które starannie wymuszali nasi zawodnicy.

W pierwszej kwarcie żadna z drużyn nie próbowała nawet bronić. Skończyła się wynikiem 38:38. Zostawialiśmy zbyt dużo wolnego miejsca pod koszem, ale skutecznie odpowiadaliśmy rzutami z dystansu. D’Angelo trafił 3 razy tylko w tej kwarcie, a łącznie zespół rzucił ich siedem. Jack Nicholson, Denzel Washington i inni goście z pierwszego rzędu bawili się przednio razem ze mną.

W drugiej kwarcie za rzucanie wzięli się nasi podkoszowi. Mozgov w pewnym momencie był nie do powstrzymania, a karmił go co chwilę asystami Huertas. Trzy z ostatnich czterech trafionych rzutów z gry było dziełem Juliusa, który w tym meczu strasznie przypominał Draymonda Greena. W zeszłym roku miał pojedyncze występy, w których zaskakiwał swoimi podaniami. W tym roku może być jednym z najlepiej podających wysokich ligi, a przy jego łatwości zbierania piłek i ciągu na kosz licznik triple-double może nabić przyzwoitą wartość. Niestety obwodowi stanęli i Houston w pewnym momencie odskoczyło na 10 punktów. Skończyliśmy połowę z ośmioma punktami straty.

W drugiej połowie poprawiliśmy obronę. Straciliśmy w niej zaledwie 43 punkty. Przestał wyrządzać nam krzywdę Gordon, Capela nie znajdował miejsca pod koszem i musieliśmy martwić się jedynie brodaczem. Prawie zapomniałbym o KJ McDanielsie, który był drugim strzelcem w tej połowie drużyny. Miał świetny epizod, ale oprócz kilku rzutów nie robił nic innego na parkiecie.

My posiadaliśmy swojego człowieka z ławki, który przejął całe show. Jordan Clarkson po zaledwie jednym celnym rzucie z gry w pierwszej połowie został opętany przez bogów tego sportu. Nie tylko rzucił 23 punkty po przerwie, ale dodał energii całej drużynie. Na ten moment nie mamy bardziej charyzmatycznego zawodnika. Gdy jemu wychodzi, to podnosi morale całego zespołu jak jakaś postać z gier RPG, która oddziałuje na statystyki innych graczy. Jego buffy wystarczyły na pokonanie bosa Hardena. Łupem okazała się wygrana i szampański nastrój na kolejne 2 dni.

Troszkę statystyk:

Jordan Clarkson – 25 PKT, 8/12 z gry, 7/7 wolne, 3 zbiórki, 3 przechwyty i od groma uśmiechów
D’Angelo Russell – 20 PTS, 4 trójki, 3 asysty i lód w żyłach, który rozsypywał do drinków gości z pierwszego rzędu
Julius Randle – 18 PTS, 9/11 z gry, 7 zbiórek, 6 asyst, zero kopnięć w jajka
Timofey Mozgov – 12 PTS, 6/10 z gry, 8 zbiórek, dwie słodkie asysty i coraz większa sympatia do niego
Brandon Ingram – 9 PTS, 4/6 z gry, 3 zbiórki, +10 w +/-, wygrana w debiucie
Lou Williams –  12 PTS, 2/4 za trzy, 3 przechwyty, 7 rzutów wolnych oraz + 17 w niecałe 15 minut na parkiecie

Teraz czekamy na Jazzmanów bez Haywarda, Burksa i może Favorsa. Jeśli nie zagra Derrick to nie wykluczam szans na drugie zwycięstwo z rzędu. Do zobaczenia o 3 rano, dla waszego dobra nie przegapcie tego meczu.